– Zostań tu i bądź czujna – szepnął. – Nie wychodź z ukrycia, rozumiesz? Jak go zobaczysz, to rozwal mu łeb.
– Proszę cię, Adamie, uważaj na siebie. Czy dobrze założyłeś kamizelkę?
– Tak. Bądź czujna- powtórzył, dotykając koniuszkami palców jej policzka. Wydawało mu się, że przebiegnięcie tych przeklętych sześciu metrów trwało godzinę. Przylgnął do ściany domu, trzymając oburącz pistolet, po czym ostrożnie rozejrzał się po sypialni. Stały tam stare, pomalowane na biało wiklinowe meble z wypłowiałymi czerwonymi poduszkami. Na nocnym stoliku świeciła się lampka. W pokoju nie było nikogo, a pod łóżkiem widział jedynie kłęby kurzu. Drzwi były zamknięte. Zaczął powoli podnosić okno; nie było zabezpieczone.
Okno było na wysokości półtora metra od ziemi. Musiał włożyć pistolet za pasek dżinsów. Nie lubił tego robić od czasu, kiedy usłyszał historię o agencie, który z pistoletem za paskiem uderzył się o błotnik samochodu i tym sposobem nacisnął spust. Odstrzelił sobie wtedy kawałek penisa. Adam podniósł się na rękach i przerzucił nogi przez parapet, dając gestem znaki, żeby Becky pozostała w ukryciu. Ona jednak podbiegła do okna i wyciągnęła rękę, żeby jej pomógł wejść do środka.
– Pomogę ci, jeśli tu zaczekasz, kiedy ja będę przeszukiwał dom.
– Dobrze, ale pomóż mi. Okropnie się denerwuję. Czuję, że on jej zrobił coś złego.
Wciągnął ją do sypialni, a sam podszedł do zamkniętych drzwi. Stanął z boku, powoli przekręcił gałkę i gwałtownie pchnął drzwi. Wszedł do holu, trzymając pistolet w pogotowiu. Becky została sama.
– Becky – usłyszała wreszcie głos Adama – wyjdź przez okno i powiedz Savichowi, że wszyscy mogą już wejść. Jego tu nie ma.
– Nie, wolę wyjść…
– Przez okno! Becky, proszę cię.
Kiedy upewnił się, że Becky jest już poza domem, wyszedł na walący się ganek.
– Jego już nie ma. Chodź tu na chwilę, Savich. A reszta niech jeszcze zostanie na zewnątrz i zachowa czujność.
– No dobra – powiedział Tommy, wyjmując fajkę. – Ale to czyste wariactwo. Nikt się nie poruszył od naszego przyjazdu, a byliśmy tu dziesięć minut po waszym telefonie.
– To znaczy, że on wiedział, że założyliśmy podsłuch -stwierdził Savich.
– Tak. Ten łajdak to wiedział – przyznał Adam. – Chodźmy do kuchni, Savich.
– To mi się nie podoba – powiedziała Becky do Sherlock. -Dlaczego nie możemy wejść do domu?
– Zaczekaj, Becky.
Minęło kilka minut. Nikt się nie odzywał, ale mężczyźni zaczęli wchodzić do środka przez otwarte frontowe drzwi.
Becky nie wiedziała, co robić. Sherlock stała na ganku z pistoletem w dłoni, przepatrując okolicę.
– Wejdę tam – powiedziała – a ty zaczekaj tu jeszcze chwilę.
– Dlaczego? – spytała Becky.
– Zaczekaj – powiedziała Sherlock nieoczekiwanie ostrym tonem. – To rozkaz. Becky słyszała głosy. Wiedziała, że wszyscy, poza nią, są już w domu.
Dlaczego nie chcą jej tam wpuścić?
Pobiegła do tylnego wejścia. Kuchnia była przeraźliwie jasna. Z sufitu zwieszały się nagie dwustuwatowe żarówki. Było to małe, bardzo czyste pomieszczenie. Stał tam zniszczony drewniany stół, który ktoś przesunął pod ścianę. Na podłodze leżały przewrócone krzesła.
Becky prześlizgnęła się obok stojącego w drzwiach mężczyzny. Próbował ją zatrzymać, ale się wyrwała. Tommy, Savich i Sherlock stali półkolem, ze wzrokiem wbitym w jasnozielone linoleum. Adam właśnie podnosił się z klęczek.
I wtedy ją zobaczyła…
17
Ta kobieta nie miała twarzy. Silne ciosy pogruchotały jej kości. Ciało pokryte było zakrzepłą krwią, którą również zbryzgane były ściany i linoleum. Zakrwawione, zmierzwione włosy ubrudzone były ziemią.
– Jest młoda – usłyszała głos jednego z mężczyzn. – To Linda Cartwright, prawda?
– Tak – odrzekł Adam. – On ją zabił tu, w kuchni.
Linda Cartwright leżała na plecach, w starym, spranym szlafroku, który był także ubrudzony ziemią. Nawet jej bose stopy, z paznokciami pomalowanymi jasnoczerwonym lakierem, były powalane ziemią. Becky podeszła bliżej. Och Boże, nie… Zobaczyła, że Savich schyla się, żeby odpiąć karteczkę przyczepioną do szlafroka Lindy Cartwright.
– Nie pozwól Becky tu wejść – zwrócił się do Sherlock, czytając jednocześnie karteczkę. – Przypilnuj, żeby została na zewnątrz.
– Już tu jestem – Becky przełykała ślinę, walcząc z narastającą falą mdłości. – Co to za kartka?
– Becky… – Adam odwrócił się do niej. Powstrzymała go gestem.
– Co to za kartka? – powtórzyła. – Przeczytaj ją, proszę. Savich przeczytał spokojnym, wyraźnym głosem:
Cześć, Rebecco, możesz nazywać ją Gleason. Nie była podobna do psa, więc musiałem ją trochę poobijać. Teraz już jest. Do zdechłego psa. Jest miła i gruba, tak jak Gleason. To ty ją zabiłaś. Ty, nikt inny. Zrób jej ładny pogrzeb. Robię to wszystko dla ciebie, Rebecco. Niedługo się zobaczymy. Będziemy tylko we dwoje na drodze do wieczności.
Twój chłopak
– Napisał to czarnym długopisem – powiedział Savich beznamiętnym głosem. Wyjął z kieszeni spodni plastikową torebkę, włożył do niej kartkę i zasunął suwaczek. – To zwykła kartka papieru, wyrwana z notesu.
– Sądzicie, że on już utracił kontrolę nad swoim postępowaniem? – spytała Sherlock. Była blada, miała w oczach wyraz grozy.
– Nie. – Adam pokręcił głową. – Nie sądzę. Myślę, że on się świetnie bawi. Mogę sobie nawet wyobrazić bieg jego myśli. „Chcę śmiertelnie wystraszyć Rebeccę, udowodnić jej, jaki jestem zły. Kiedy znowu zadzwonię, ona nie będzie się już stawiać. Usłyszę w jej głosie strach i bezradność. Co mogę zrobić, żeby tak się stało?” – Adam zamilkł na chwilę. – Postanowił więc zabić Lindę Cartwright i zrobić z niej swojego wymyślonego psa.
– Tak – potwierdził Tommy. – Uważam, że Adam ma słuszność. On dobrze kontroluje to, co robi. Cholernie dobrze.
– Muszę załatwić kilka telefonów – powiedział Savich, nie ruszając się z miejsca. Wciąż patrzył na to, co pozostało z Lindy Cartwright.
W kuchni zapanowała cisza. Becky wybiegła nagle na dwór, upadła na kolana i wymiotowała, dopóki miała czym. Pozostała tam skulona, pragnąc umrzeć, z poczuciem, że to ona ściągnęła śmierć na Lindę Cartwright, tak samo jak na tamtą biedną bezdomną kobietę, która stała przed Metropolitan Museum. Również przez nią omal nie zginął gubernator stanu Nowy Jork. Usłyszała, że ktoś do niej podszedł. Wiedziała, że to Adam.
– Jej twarz… jej zmasakrowana twarz, Adamie, ten jego patologiczny żart. On ją zamordował, a twarz…
– Wiem. – Adam ukląkł za nią i przyciągnął ją do siebie. -Wiem. – Zaczął nią delikatnie kołysać, do przodu i do tyłu. -Wiem, Becky.
– To przeze mnie, Adamie. Gdybym go nie postrzeliła. Gdybym… Adam podał jej chusteczkę, żeby wytarła usta.
– Teraz słuchaj uważnie – polecił. – W niczym nie ma twojej winy. To on jest zbrodniarzem. Zrobi wszystko, żeby cię sterroryzować, żeby usłyszeć, jak błagasz go o litość. Nie cofnie się przed niczym.
– Już mu się to udało.
– Przestań. Nie możesz pozwolić, żeby uzyskał nad tobą władzę. Rozumiesz? Odsunęła się o krok i położyła mu ręce na ramionach.
– To nie jest takie łatwe, Adamie. Wiem, że on jest zbrodniarzem, wiem, że ma jakiś sobie tylko znany powód, żeby to robić, ale ja się czuję tak, jakbym sama zmasakrowała twarz tej nieszczęsnej kobiety. Och, Boże, gdybym do niego nie strzeliła, nie trafiła go…