– Jest wiele rzeczy, których nie potrafimy zrozumieć, panie Matlock – powiedział detektyw Morales z lekkim obcym akcentem. – Czy moglibyśmy jednak porozmawiać z pana córką? Zadać jej kilka pytań? Wygląda na bardzo chorą, więc nie będziemy jej długo męczyć.
Najgorsze jest to, pomyślała Letitia Gordon, podchodząc do łóżka dziewczyny, która patrzyła na nią z przerażeniem, że bez wahania stanęłabym na baczność przed tym mężczyzną i wykonała wszystkie jego rozkazy. A Hector traktował go z takim szacunkiem, jakby on był prezydentem albo komisarzem policji. Kimkolwiek był, ten człowiek roztaczał wokół siebie aurę władzy.
– Panno Matlock, jeśli pani nie pamięta, to ja jestem detektyw Gordon, a to jest detektyw Morales.
– Bardzo dobrze was pamiętam – stwierdziła Becky.
Wiedziała, że oni już nie mogą zrobić jej krzywdy, bo ojciec do tego nie dopuści. Poza tym przeżyła już tyle koszmarnych sytuacji, że nie da się zastraszyć tym tępym gliniarzom.
– To dobrze. – Detektyw Gordon zerknęła na Matlocka, jakby szukając u niego aprobaty. – Pani ojciec powiedział, że możemy zadać kilka pytań.
– Słucham.
– Dlaczego pani uciekła, panno Matlock?
– Po śmierci matki nie miałam powodu, żeby tu zostać. Ukryłam się w hotelu, ale on mnie tam odnalazł. Wiedziałam, że w końcu mnie dopadnie. Żadne z was nie chciało mi uwierzyć, więc nie miałam wyboru. Uciekłam.
– Panno Matlock. – Detektyw Gordon podeszła bliżej do łóżka. – Nadal nie mamy pewności, czy jakiś mężczyzna rzeczywiście do pani dzwonił i czy on pani zagrażał.
– Kto więc wyrzucił ją z samochodu na One Police Plaża? -wtrącił Adam. – Duch?
– Może to był jej wspólnik – zastanawiała się głośno detektyw Gordon. – Ten, który strzelał do gubernatora Bledsoe'a.
– Przecież nasz psychiatra stwierdził, że ma pani wiele problemów, panno Matlock, mnóstwo nierozwiązanych wątków.
– Nierozwiązane wątki? – Adam uniósł brew. – Uwielbiam żargon psycholi. Proszę nam powiedzieć, co to może znaczyć.
– Psychiatra uważa, że ona ma obsesję na punkcie gubernatora Bledsoe'a, że za wszelką cenę chciała zwrócić na siebie jego uwagę i dlatego wymyśliła tę historyjkę, że jakiś facet ją prześladuje i grozi, że zabije gubernatora, jeśli ona nie przestanie z nim sypiać.
Adam roześmiał się głośno.
– Jezu! – wykrztusił. – To niesłychane!
– Jestem pewna, że ta stara kobieta, która zginęła przed Metropolitan Museum, nie uznałaby tego za śmieszne. – Detektyw Gordon nie ustępowała ani na krok.
– Wyjaśnijmy to sobie. – Adam spoważniał. – Pani uważa, że ona zabiła tę bezdomną kobietę, żeby zwrócić na siebie uwagę gubernatora?
– Powiedziałam wam całą prawdę – wtrąciła szybko Becky. – Mówiłam, że zadzwonił do mnie i powiedział, żebym wyszła na balkon. Miałam stamtąd widok na park i na muzeum. Zabił tę biedną kobietę, a wy nie kiwnęliście nawet palcem.
– Zajęliśmy się tym – dorzucił detektyw Morales polubownym tonem. – Niestety, mieliśmy zbyt wiele sprzecznych informacji.
– Właśnie – odezwała się Becky. – Na przykład to, co Dick McCallum powiedział gliniarzom z Albany. Wtedy przestaliście traktować mnie poważnie. Ten facet pewnie zapłacił Dickowi za te kłamstwa, a potem go zamordował. Nie pojmuję, jak możecie jeszcze tego nie widzieć?
– Ponieważ pani uciekła, panno Matlock. Nie chciała pani już więcej z nami rozmawiać, zadzwoniła pani tylko do detektywa Moralesa ze swojej kryjówki. Pani jest w samym centrum tej sprawy. Nikt inny, tylko pani. Proszę nam powiedzieć, o co tu chodzi, panno Matlock.
– Sądzę, że czas już zakończyć tę rozmowę – odezwał się Thomas, stając pomiędzy córką a dwójką nowojorskich detektywów. – Sprawiliście mi zawód. Nie słuchacie tego, co się do was mówi. Nie umiecie wyciągać wniosków. Postawmy sprawę jasno: ponieważ macie trudności z logicznym powiązaniem faktów, chcę, żebyście zajęli się poszukiwaniem człowieka, który porwał moją córkę i wyrzucił ją z samochodu tuż przed waszą komendą. Chyba staraliście się znaleźć świadków? Przepytywaliście ich? Macie jakieś pojęcie o tym facecie?
– Tak, sir, oczywiście – powiedział detektyw Morales.
Detektyw Gordon miała ochotę poradzić temu mężczyźnie, żeby znalazł dobrego adwokata dla swojej córeczki, która również mogła maczać palce w zabójstwie Dicka McCalluma.
Była tak rozsierdzona, że już otwierała usta, ale Thomas Matlock ją ubiegł:
– Jeśli chodzi o ścisłość, jestem dyrektorem w CIA. Uważam rozmowę za skończoną. Możecie odejść.
Detektywi już po trzech sekundach byli za drzwiami. Detektyw Gordon wyszła pierwsza, za nią szedł Morales. Byli wyraźnie przestraszeni.
– Nie próbowali się niczego o nim dowiedzieć – zauważyła Becky. – Czy nie powinni mi teraz uwierzyć, że Dick McCallum też został zamordowany?
– Tak by się wydawało – odparł Adam. – No cóż, nowojorska elita nie pokazała się ze swojej najlepszej strony. A ty nie masz się czym martwić, Becky.
– Uważam, że należy odsunąć detektyw Gordon od tej sprawy – stwierdził Thomas. – Z jakiegoś powodu wyrobiła sobie od początku własne zdanie i nie jest obiektywna. Zaraz to załatwię.
– Chcę stąd wyjechać, Adamie. Wyjechać na zawsze.
– Przykro mi, Becky, ale jeszcze nie możemy niczego zrobić „na zawsze” – powiedział Thomas. – Krimakow osiągnął swój cel. Namierzył nas oboje. Matlock wyjął z kieszeni komórkę i wyszedł z pokoju, pogrążony w myślach.
Po upływie czterdziestu pięciu minut pojawili się federalni.
Pierwszy mężczyzna, który ukazał się w drzwiach, nagle zatrzymał się w miejscu. Odchrząknął i poprawił granatowy krawat.
– Panie Matlock, sir, nie wiedzieliśmy, że pan jest osobiście zaangażowany w tę sprawę. Nie mieliśmy pojęcia, że jest z panem spokrewniona…
– Oczywiście, panie Hawley. Proszę, wejdźcie panowie i poznajcie moją córkę.
Pochylił się nad łóżkiem i lekko dotknął jej policzka.
– Becky, jest tu dwóch ludzi, którzy chcą z tobą porozmawiać. Nie będą cię gnębić, jak detektywi z nowojorskiej komendy, ale chcą trochę pogadać. Powiesz im, kiedy się poczujesz zmęczona, okay?
– Tak – odparła słabym głosem.
Adam widział, że Becky niknie w oczach. Gdyby nie to, że był tym tak bardzo zmartwiony, zapewne czerpałby dużą satysfakcję z faktu, że stanowisko Thomasa wywiera piorunujące wrażenie na facetach z FBI. Zastanawiał się, skąd Thomas zna Telliego Hawleya, długoletniego agenta FBI, o którym mówiono, że zjada przestępców na śniadanie.
– Cześć, Adam – powiedział Hawley. – Pewnie zaraz się dowiem, dlaczego tu jesteś. A gdzie Savich?
– Przyjdą z Sherlock trochę później.
Adam skinął głową Scratchowi Cobbowi, groźnie wyglądającemu niewielkiemu mężczyźnie, który w butach na wysokich platformach ledwie sięgał mu do brody.
– Scratch, miło cię widzieć. Jak leci?
– W porządku. A u ciebie, chłopcze?
– Jakoś się trzymam.
Adam nachylił się nad Becky i wziął ją za rękę.
– Ten facet po lewej stronie – szepnął jej do ucha – ma przezwisko Scratch. A ten wielki, o zimnym wzroku, to Hawley, który chętnie by cię przycisnął, lecz nie ośmieli się zrobić tego przy twoim tacie. Ma pięć psów i one rządzą jego domem. Rzuć się na nich, tygrysku.
Jestem bardzo żałosnym tygryskiem, pomyślała, ale uśmiechnęła się ciepło.
– Witam, panów -powiedziała silniejszym głosem. – Chcecie ze mną rozmawiać?
– Tak. – Hawley wysunął się do przodu.