– A Marie i dzieci?
– Są na wyspie – odparł Aleks, unikając spojrzenia Hollanda.
– Co to za punkt numer pięć? – Panov skierował wzrok na dyrektora CIA. – Mam nadzieję, że znajdzie się tu jakiś odpowiedni specjalista?
– Mają dyżury przez całą dobę. Przypuszczam, że znasz kilku z nich.
– Wolałbym nie.
Długa czarna limuzyna zakręciła na owalnym podjeździe i zatrzymała się przed kamiennymi schodami budynku utrzymanego w stylu południowych dziewiętnastowiecznych rezydencji.
– Chodźmy – powiedział spokojnie Mo, wysiadając z samochodu.
Pokryte bogatymi ornamentami białe drzwi, posadzki z różowego marmuru i eleganckie, wznoszące się spiralnie schody – wszystko to było znakomitym kamuflażem dla tego, co naprawdę działo się w punkcie numer pięć. Pensjonariuszami rozległego domu byli zdrajcy, podwójni i potrójni agenci, a także ludzie wracający z niebezpiecznych, długotrwałych operacji. Personel placówki składał się z trzech zespołów opieki medycznej – w skład każdego wchodzili dwaj lekarze i trzy pielęgniarki – kucharzy i służby, wybranej spośród osób zakwalifikowanych do pracy w najważniejszych ambasadach i konsulatach, a także z doskonale wyszkolonych, uzbrojonych strażników patrolujących teren przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Wszyscy bez wyjątku goście otrzymywali niewielkie, przeznaczone do wpięcia w klapę spinki, po czym człowiek, pełniący funkcję kogoś w rodzaju głównego kamerdynera, prowadził ich tam, gdzie chcieli dotrzeć. W rzeczywistości był to emerytowany tłumacz, pracujący od wielu lat dla Centralnej Agencji Wywiadowczej, ale wykonywał swoje obowiązki tak znakomicie, jakby całe życie nie robił nic innego.
Mimo to nie udało mu się ukryć zaskoczenia na widok Petera Hollanda.
– Niespodziewana wizyta, sir?
– Miło cię znowu widzieć, Frank. – Dyrektor uścisnął rękę byłemu tłumaczowi. – Pamiętasz Aleksa Conklina?
– Dobry Boże, to ty, Aleks! Nie widziałem cię całe lata! – Kolejny uścisk dłoni. – Co to wtedy było…? Aha, ta wariatka z Warszawy, pamiętasz?
– KGB ma z tego ubaw po dziś dzień – roześmiał się Conklin. – Jedyną tajemnicą, którą znała, był przepis na najgorsze gołąbki, jakie jadłem w życiu… Jeszcze się trochę udzielasz, Frank?
– Od czasu do czasu – odparł kamerdyner, wykrzywiając twarz w pełnym niezadowolenia grymasie. – Ci młodzi tłumacze nie potrafią odróżnić kluski od łuski.
– Ponieważ ja też nie potrafię, czy mogę zamienić z tobą kilka słów na osobności? – zapytał Holland. Obaj mężczyźni odeszli na bok i pogrążyli się w cichej rozmowie. Aleks i Panov pozostali na miejscu; ten drugi marszczył co chwila brwi i wciągał głęboko powietrze. Po pewnym czasie dyrektor wrócił i wręczył każdemu po jednej spince. – Już wiem, gdzie mamy iść – oznajmił. – Frank zawiadomi ich, że zaraz tam będziemy.
We trójkę ruszyli w górę po kręconych schodach, a następnie, po puszystym chodniku, korytarzem prowadzącym do lewego skrzydła ogromnego budynku. Po prawej stronie dostrzegli drzwi niepodobne do żadnych, które do tej pory mijali; były nadzwyczaj potężne, wykonane z ciemnego dębu, w swojej górnej części miały cztery małe okienka, a koło klamki dwa przyciski. Holland włożył klucz do zamka, przekręcił go i wcisnął dolny guzik. Natychmiast ożyła czerwona dioda zainstalowana w wiszącej pod sufitem kamerze. Dwadzieścia sekund później rozległ się charakterystyczny odgłos zatrzymującej się windy.
– Proszę do środka, panowie – zachęcił towarzyszących mu mężczyzn dyrektor CIA.
Kiedy drzwi się zamknęły, winda natychmiast ruszyła w dół.
– Wchodziliśmy na górę, żeby teraz zjechać na dół? – zapytał z niesmakiem Conklin.
– Konieczne środki ostrożności – wyjaśnił Holland. – To jedyny sposób, żeby się tam dostać. Na parterze nie ma windy.
– Dlaczego, jeśli człowiekowi bez jednej stopy wolno o to zapytać?
– Wydaje mi się, że potrafisz odpowiedzieć na to pytanie lepiej ode mnie – odparł dyrektor. – Do piwnicy można dotrzeć jedynie dwiema windami otwieranymi specjalnym kluczem, nie zatrzymującymi się na parterze. Ta zawiezie nas tam, gdzie chcemy, druga zjeżdża do kotłowni, urządzeń klimatyzacyjnych i innych instalacji, jakie zwykle znajdują się w piwnicy. Frank dał mi klucz, ale jeśli nie odłożę go na miejsce w ściśle określonym czasie, zostanie uruchomiony alarm.
– Mam wrażenie, że niepotrzebnie komplikujecie sobie życie – zauważył Panov. – To kosztowne zabawy.
– Niekoniecznie, Mo – odparł łagodnie Conklin. – Przewody wentylacyjne i ogrzewcze znakomicie nadają się do ukrycia ładunków wybuchowych. Może o tym nie wiesz, ale w ostatnich dniach wojny, kiedy Hitler nie opuszczał już swojego bunkra, kilku rozsądniejszych ludzi z jego otoczenia próbowało wpuścić trujący gaz do klimatyzacji. To tylko niezbędne środki ostrożności.
Winda znieruchomiała i drzwi otworzyły się szeroko.
– W lewo, doktorze – podpowiedział Holland.
Korytarz lśnił nieskalaną, sterylną bielą oddającą w pełni prawdziwy charakter podziemnego kompleksu, będącego po prostu doskonale wyposażonym ośrodkiem medycznym. Służył nie tylko leczeniu kobiet i mężczyzn, ale również ich niszczeniu, łamaniu woli i pokonywaniu ich oporu po to, by dowiedzieć się od nich prawdy, nie dopuścić do zdemaskowania tajnych operacji i zapobiec tym samym śmierci wielu ludzi.
Pokój, do którego weszli, różnił się bardzo od sterylnego, rzęsiście oświetlonego korytarza. Stały w nim obszerne fotele, stoliki z filiżankami i dzbankiem z kawą, a także inne stoliki, na których starannie poukładano czasopisma, światło zaś było jasne, ale rozproszone i nie jaskrawe. Pomieszczenie urządzono z myślą o tym, żeby można w nim było wygodnie czekać na coś lub na kogoś. W drugich drzwiach, mieszczących się w przeciwległej ścianie, stanął mężczyzna w białym kitlu. Na jego twarzy malował się wyraz niepewności; podszedł do Hollanda i podał mu rękę.
– Pan dyrektor? – zapytał. – Jestem doktor Walsh z drugiego zespołu. Chyba nie muszę mówić, że nie spodziewaliśmy się pana.
– Obawiam się, że to zupełnie nadzwyczajna sytuacja, na którą nie miałem najmniejszego wpływu. Pozwoli pan, że przedstawię doktora Morrisa Panova… Chyba że pan już go zna?
– Tylko o nim słyszałem. – Walsh ponownie wyciągnął rękę. – To dla mnie przyjemność i zaszczyt, doktorze.
– Zobaczymy, co pan powie, jak skończymy. Możemy porozmawiać w cztery oczy?
– Oczywiście. Proszę do mojego gabinetu. – Dwaj mężczyźni zniknęli za wewnętrznymi drzwiami.
– Nie powinieneś z nimi pójść? – zapytał Conklin, spoglądając na Petera.
– A dlaczego nie ty?
– Do licha, przecież ty jesteś dyrektorem. Powinieneś im to zaproponować!
– Ty jesteś jego najbliższym przyjacielem.
– Nie mam tu nic do gadania.
– Ja też nie, odkąd Mo wziął sprawy w swoje ręce. Chodź, napijemy się kawy. Zawsze dostaję tutaj gęsiej skórki. – Holland nachylił się nad stolikiem i nalał dwie filiżanki. – Jaką chcesz?
– Używam dwa razy więcej mleka i cukru niż powinienem.
– Ja zawsze piję czarną – powiedział dyrektor CIA, prostując się i wyjmując z kieszeni pudełko papierosów. – Moja żona ciągle powtarza, że to mnie kiedyś zabije.
– Inni twierdzą, że raczej papierosy.
– Czemu?
– Spójrz. – Aleks wskazał wiszącą na ścianie tabliczkę z napisem: DZIĘKUJEMY ZA NIEPALENIE.
– Tyle jeszcze mam tu do gadania – oświadczył spokojnie Holland, po czym wydobył z kieszeni zapalniczkę i przypalił papierosa.
Minęło prawie dwadzieścia minut. Od czasu do czasu któryś z mężczyzn brał do ręki jakieś pismo, żeby zaraz odłożyć je z powrotem i spojrzeć na wewnętrzne drzwi. Wreszcie, dwadzieścia osiem minut po ich przybyciu, w pokoju ponownie zjawił się doktor Walsh.