Выбрать главу

Zderzyła się z przewodnikiem oprowadzającym grupę Japończyków; próbował odepchnąć ją z wściekłością, ale jej wściekłość była znacznie większa, przedarła się więc przez tłumek zdumionych skośnookich mężczyzn i kobiet, lecz nic jej to nie dało. Jej mąż zniknął. Dokąd poszedł? Do ogrodów? A może na ulicę, wypełnioną tłumem ludzi i samochodów nadciągających od Pont d'Iena? Na litość boską, dokąd?

– Jason! – krzyknęła ze wszystkich sił. – Jason, wróć!

Zaczęła ściągać na siebie uwagę ludzi. Część spoglądała na nią ze współczuciem, jakim zwykle obdarza się zawiedzionych kochanków, większość po prostu z niechęcią. Zbiegła po przeraźliwie długich schodach na ulicę i zaczęła go rozpaczliwie szukać; nie miała najmniejszego pojęcia, jak długo to trwało. Wreszcie, kompletnie wyczerpana, wróciła taksówką do hotelu, poruszając się jak we mgle, dotarła do swego pokoju i padła na łóżko, nie pozwalając jednak, żeby po jej policzkach spłynęła choćby jedna łza. Nie miała czasu na płacz, tylko na krótki odpoczynek i posiłek. Koniecznie musiała podreperować nadwątlone siły – jeszcze jedna lekcja otrzymana od Jasona Bourne'a. A zaraz potem z powrotem na ulicę kontynuować poszukiwania. Kiedy tak leżała, wpatrując się w ścianę i czując bolesny ucisk w piersi, doznała czegoś w rodzaju łagodnego uniesienia. Nie tylko ona szukała Davida; on także szukał jej. David Webb nie uciekł od niej, nawet Jason Bourne z pewnością tego nie zrobił. Po prostu nie zauważył jej, a przyczyną, dla której opuścił tak nagle Trocadero, musiało być coś zupełnie innego. Jedno nie ulegało najmniejszej wątpliwości: znalazł się tam dlatego, że jej szukał. On także szedł tropem wspomnień sprzed trzynastu lat, wiedząc, że być może gdzieś w ich gąszczu uda mu się odnaleźć żonę.

Nabrała sił, zamówiła do pokoju wczesny lunch i w dwie godziny później znowu wyszła z hotelu.

A teraz siedziała w łóżku i piła gorącą herbatę, nie mogąc się doczekać wschodu słońca. Ten dzień miał być w całości przeznaczony na poszukiwania.

Bernardine!

– Mon Dieu, jest czwarta rano, więc przypuszczam, że masz coś na prawdę ważnego do powiedzenia siedemdziesięcioletniemu starcowi…

– Mam problem.

– Wydaje mi się, że masz wiele problemów, ale to chyba mało istotna różnica. O co chodzi?

– Jestem już bardzo blisko, ale potrzeba mi podstawionego faceta.

– Byłbym ci bardzo zobowiązany, gdybyś zechciał się wyrażać nieco jaśniej. To chyba jakiś amerykański termin, ten "podstawiony facet". Założę się, że macie w Langley człowieka, który nie robi nic innego, tylko siedzi i wymyśla takie określenia.

– Daj spokój, nie mam czasu na twoje bon mots.

– To ty daj spokój, przyjacielu. Wcale nie staram się błysnąć dowcipem, tylko usiłuję się obudzić… Dobrze, udało mi się usiąść i wsadzić do ust papierosa. O co ci właściwie chodzi?

– Człowiek, który ma mnie zaprowadzić do Szakala, spodziewa się, że dziś rano przyleci do mnie z Londynu pewien Anglik, przywożąc ze sobą dwa miliony osiemset tysięcy franków…

– Wydaje mi się, że dysponujesz znacznie większą sumą – przerwał mu Bernardine. – Chyba nie miałeś żadnych kłopotów w Banque Normandie?

– Żadnych. Pieniądze są na miejscu, a ten twój Tabouri to prawdziwe cudo. Usiłował sprzedać mi jakieś nieruchomości w Bejrucie.

– Tabouri to złodziej, ale Bejrut brzmi całkiem interesująco.

– Nie wygłupiaj się.

– Przepraszam. Mów, słucham.

– Jestem cały czas śledzony, więc nie mogę pójść do banku ani nie mam Anglika, który zjawiłby się z forsą w hotelu.

– Więc na tym polega twój problem?

– Tak.

– Czy miałbyś coś przeciwko rozstaniu się z, powiedzmy, pięćdziesięcioma tysiącami franków?

– Po co?

– Żeby dać je Tabouriemu.

– Raczej nie.

– Rozumiem, że podpisałeś tam jakieś dokumenty?

– Oczywiście.

– Więc podpisz jeszcze jeden, który najpierw własnoręcznie sporządzisz. Polecenie wypłacenia określonej sumy pieniędzy… Zaczekaj chwilę, muszę podejść do biurka. – W słuchawce zapadła cisza. – Allo? – przerwał ją po kilkudziesięciu sekundach głos Bernardine'a.

– Jestem, jestem.

– To cudownie – odparł uprzejmie były specjalista Deuxieme. – Posłałem go na dno wraz z jego jachtem w pobliżu Costa Brava. Był taki tłusty i apetyczny, że rekiny chyba oszalały z radości. Nazywał się Antonio Scarzi, mieszkał na Sardynii i wymieniał narkotyki na różne ważne informacje, ale ty o niczym nie wiesz, ma się rozumieć.

– Oczywiście – potwierdził Bourne i dla pewności przeliterował nazwisko.

– Zgadza się. Zaklej kopertę, zrób pieczęć z wosku, odciśnij na niej palec, po czym zostaw ją u recepcjonisty dla niejakiego pana Scarzi.

– Rozumiem. A co z Anglikiem? Do rana zostało tylko kilka godzin.

– Z Anglikiem nie będzie najmniejszych kłopotów, natomiast gorzej z tą wczesną porą… To rzeczywiście zaledwie kilka godzin. Przekazanie pieniędzy z banku do banku to teraz fraszka: wystarczy nacisnąć kilka guzików, a resztą zajmują się komputery. Zupełnie inaczej wygląda sprawa z trzema milionami franków w gotówce, bo twój znajomy na pewno nie zgodzi się na inną walutę, żeby nie wpaść przy wymianie. W dodatku potrzebne będą bank

noty o dużych nominałach, żeby nie zajęły pięciu walizek… Ten osobnik z pewnością zdaje sobie sprawę z tych wszystkich problemów.

Jason wpatrywał się intensywnie w ścianę, zastanawiając się nad tym, co usłyszał od Bernardine'a.

– Myślisz, że mnie sprawdza?

– Jestem tego pewien.

– Pieniądze mogły zostać podjęte nie w jednym, ale kilku bankach, a potem wsadzone razem z posłańcem w mały, prywatny samolot i przerzucone na drugą stronę Kanału, gdzie na jakiejś łące czekał samochód, żeby zawieźć je do Paryża.

– Bien. Oczywiście. Tyle tylko, że przygotowanie takiej operacji musi trochę potrwać, nawet jeśli zajmują się tym najbardziej wpływowi ludzie. Staraj się, żeby to nie wyglądało na zbyt proste, bo możesz wzbudzić podejrzenia. Informuj swojego łącznika o postępach i wyjaśnij powód opóźnienia, podkreślając przede wszystkim konieczność zachowania ścisłej tajemnicy. Gdyby wszystko szło jak po maśle, mógłby pomyśleć, że to pułapka.

– Rozumiem. Nic, co łatwe, nie jest wiarygodne.

– Chodzi o coś więcej, mon ami. Kameleon może wcielać się w dzień w wiele różnych postaci, ale zawsze najbezpieczniej czuje się w ciemności.

– Zapomniałeś o czymś. Co z Anglikiem?

– Spokojna głowa, kolego – odparł Bernardine i odłożył słuchawkę.

Operacja przebiegła tak gładko, jak chyba żadna z tych, jakie Bourne do tej pory przygotowywał lub których był świadkiem. Bez wątpienia przyczynił się do tego spryt zawziętego, utalentowanego człowieka, urażonego tym, że zbyt wcześnie odstawiono go na boczny tor. Podczas gdy Jason co kilka godzin dzwonił do Santosa, informując go o "rozwoju wydarzeń", Bernardine wysłał człowieka do hotelu po zapieczętowaną kopertę, a otrzymawszy ją spotkał się z monsieur Tabourim. Kilka minut po wpół do piątej po południu weteran Deuxieme wkroczył do hotelu Pont Royal ubrany w ciemny prążkowany garnitur, tak angielski, jak tylko można było sobie wyobrazić. Skierował się od razu do windy, a dotarłszy na odpowiednie piętro, zdołał po krótkich poszukiwaniach znaleźć pokój Bourne'a.

– Oto pieniądze – powiedział, stawiając na podłodze teczkę, i podszedł do baru, skąd wyjął dwie miniaturowe buteleczki dżinu, otworzył je i przelał zawartość do niezbyt czystej szklanki. – A votre sante – dodał, po czym wypił połowę drinka, odetchnął kilka razy głęboko i wychylił resztę. – Nie robiłem czegoś takiego od wielu lat.