– Naprawdę?
– Naprawdę. Zawsze starałem się wysłać kogoś innego. To zbyt niebezpieczne… Tak czy inaczej, Tabouri jest po wsze czasy twoim dłużnikiem, a przy okazji udało mu się mnie przekonać, żebym zainteresował się nieruchomościami w Bejrucie.
– Co takiego?
– Ma się rozumieć, nie dysponuję takimi środkami jak ty, ale przez czterdzieści lat pracy w tym zawodzie zdążyłem się dowiedzieć, jak się zakłada konto w Genewie. Nie mogę powiedzieć, żebym był ubogim człowiekiem.
– Możesz być martwym człowiekiem, jeśli zgarną cię, jak będziesz stąd wychodził.
– Nie mam najmniejszego zamiaru na to pozwolić – oświadczył Bernardine, buszując we wnętrzu małej lodówki. – Zostanę tutaj, dopóki ty wszystkiego nie załatwisz. – Otworzył dwie kolejne buteleczki i wlał ich zawartość do szklanki. – No, może teraz moje stare serce wreszcie trochę zwolni – mruknął, podchodząc do biurka. Postawił na nim szklankę, wyjął z kieszeni garnituru dwa pistolety i trzy granaty i ułożył je rzędem na blacie. – Tak, teraz już chyba mogę się odprężyć.
– Co to jest, do diabła? – wykrzyknął ze zdumieniem Jason.
– Wydaje mi się, że wy, Amerykanie, nazywacie to środkiem odstraszającym. Choć jeśli mam być zupełnie szczery, to mam wrażenie, że i wy, i Rosjanie wyłącznie dla zabawy ładujecie masę forsy w broń, która nie działa. Ja pochodzę z innej epoki. Kiedy pójdziesz zająć się swoimi sprawami, zostawisz drzwi otwarte. Pierwszy człowiek, który wejdzie w ten wąski korytarzyk, zobaczy w mojej ręce granat. To nie jest nuklearna abstrakcja, tylko prawdziwy środek odstraszający.
– Kupuję ten pomysł – oznajmił Jason, ruszając do drzwi. – Chcę z tym jak najprędzej skończyć.
Znalazłszy się na ulicy, skręcił za najbliższy róg i, jak to uczynił niedawno przy bramie starej fabryki w Argenteuil, oparł się o mur i zapalił papierosa. Czekał, pozornie odprężony, choć jego umysł pracował na najwyższych obrotach.
Z rue du Bac wyszedł jakiś mężczyzna i podszedł do niego. Okazało się, że to rozmowny posłaniec, którego poznał minionej nocy. Prawą rękę trzymał w kieszeni marynarki.
– Gdzie pieniądze? – zapytał po francusku.
– Gdzie informacja? – odpowiedział pytaniem Bourne.
– Najpierw pieniądze.
– Nie tak się umawialiśmy. – Jason błyskawicznie złapał mężczyznę za klapy, przydusił do ściany i zacisnął na gardle żelazny uchwyt dłoni. – Wracaj i powiedz Santosowi, że kupił sobie bilet w jedną stronę do piekła! Ja nie dam się nabrać.
– Dosyć! – rozległ się przyciszony głos i nagle zza rogu wyłoniła się potężna postać Santosa. – Puść go, Simon. On nic nie znaczy. To sprawa tylko między tobą i mną.
– Myślałem, że nigdy nie opuszczasz Le Coeur du Soldat.
– Uczyniłem wyjątek specjalnie dla ciebie.
– Na to wygląda.
Bourne uwolnił posłańca, który spojrzał na swego chlebodawcę i odszedł szybko, dostrzegłszy ruch jego głowy.
– W hotelu był Anglik – stwierdził Santos, kiedy już zostali sami. – Niósł teczkę. Widziałem na własne oczy.
– Rzeczywiście, był i niósł teczkę – zgodził się Jason.
– A więc jednak Londyn skapitulował? Wygląda na to, że bardzo im zależy.
– Mogę powiedzieć tylko tyle, że stawka jest bardzo wysoka. Czekam na informację.
– Może najpierw ustalimy dalszy tryb postępowania?
– Już go ustaliliśmy. Przekazujesz mi informację, ja zawiadamiam mojego klienta i jeśli dojdzie do nawiązania zadowalającego kontaktu, wypłacam ci dwa miliony osiemset tysięcy franków.
– Co to znaczy zadowalający kontakt? Co was zadowoli? Skąd będziesz wiedzieć, że was nie oszukałem? Skąd ja mam mieć pewność, że nie będziesz chciał mnie oszukać, twierdząc, że coś poszło nie po myśli twojego klienta?
– Jesteś podejrzliwym człowiekiem, prawda?
– Bardzo podejrzliwym. W świecie, w którym żyjemy, nie ma zbyt wielu świętych, czyż nie tak?
– Chyba jednak więcej, niż przypuszczasz.
– Zdziwiłbym się, gdyby tak było. Nie odpowiedziałeś na moje pytania.
– Już to robię. Skąd będę wiedział, że mnie nie oszukałeś? To proste. Będę wiedział, bo od tego jestem. Za to mi płacą, a człowiek w mojej sytuacji nie może popełnić błędu, powiedzieć przepraszam i żyć dalej, jakby nigdy nic. Zbadałem teren, dowiedziałem się tego i owego i na samym początku zadam dwa lub trzy pytania. Zapewniam cię, że wtedy wszystko będę wiedział.
– To bardzo wymijająca odpowiedź.
– W świecie, w którym żyjemy, umiejętność udzielania wymijających odpowiedzi trudno zaliczyć do wad, czyż nie tak…? Co do twoich obaw, że oszukam cię i zabiorę twoje pieniądze, to zapewniam, że nie mam najmniejszej ochoty robić sobie wrogów wśród ludzi takich jak ty ani wśród takich jak moi klienci, bo to oznacza sporo niewygód i bardzo krótkie życie.
– Doceniam zarówno twoją mądrość, jak i ostrożność – odparł Santos.
– Książki nie kłamały. Jesteś wykształconym człowiekiem.
– Nie ma to wprawdzie nic do rzeczy, ale istotnie, wiem to i owo. Pozory mylą, choć czasem potrafią pomóc… O tym, co ci teraz powiem, wiedzą tylko czterej ludzie na Ziemi, wszyscy mówiący płynnie po francusku. Od ciebie zależy, jak wykorzystasz tę informację. Jeżeli jednak piśniesz choć słowo o Argenteuil, natychmiast się o tym dowiem, a zapewniam cię, że wtedy nie opuścisz żywy hotelu Pont Royal.
– Czyżby kontakt można było nawiązać aż tak szybko?
– Przez telefon, ale zadzwonisz pod ten numer najwcześniej w godzinę po tym, jak się rozstaniemy. Jeśli się nie zastosujesz do tego warunku, również się o tym dowiem i zginiesz.
– Godzina? W porządku… Oprócz mnie numer znają tylko trzy osoby? Może ujawnisz tę z nich, którą najmniej lubisz, żebym mógł mimochodem rzucić jej nazwisko…?
Przez twarz Santosa przemknął lekki uśmiech.
– Moskwa – powiedział cicho. – Plac Dzierżyńskiego. Bardzo wysoko.
– KGB?
– Kos ma obsesję na punkcie Moskwy. Ciągle stara się tam rozbudować swoją siatkę.
Iljicz Ramirez Sanchez, pomyślał Bourne. Wyszkolony w Nowogrodzie, uznany przez Komitet za niebezpiecznego szaleńca. Szakal.
– Będę o tym pamiętał… Oczywiście, jeśli ktoś mnie zapyta. Jaki to numer?
Santos powtórzył go dwukrotnie wraz ze słowami, jakie powinien wypowiedzieć Bourne. Nie starał się ukryć zabarwionego podziwem zaskoczenia, kiedy przekonał się, że Jason niczego nie zapisuje.
– Czy wszystko jasne?
– Całkowicie. Jak mam ci dostarczyć pieniądze, jeśli wszystko potoczy się po mojej myśli?
– Zadzwoń do mnie, masz mój numer. Przyjadę do ciebie i już nigdy nie wrócę do Argenteuil.
– Życzę ci szczęścia, Santos. Coś mi podpowiada, że zasługujesz na nie.
– Jestem tego pewien. Zbyt często musiałem wychylać czarę cykuty.
– Sokrates – powiedział Jason.
– Niezupełnie. Dialogi Platona. Au revoir.
Santos odwrócił się i odszedł, a Jason ruszył w kierunku hotelu, powstrzymując się z trudem, żeby nie popędzić co sił w nogach. Biegnący człowiek ściąga na siebie uwagę, a tym samym staje się dogodnym celem – jedna z nauk katechizmu Jasona Bourne'a.
– Bernardine! – krzyknął, wpadając w wąski, kręty korytarz prowadzący do pokoju, w którym siedział weteran Deuxieme z pistoletem w jednej, a granatem w drugiej ręce. – Trafiliśmy w dziesiątkę!
– Kto wypłaca nagrodę? – zapytał Francuz, kiedy Jason zamknął za sobą drzwi.
– Ja – odparł Bourne. – Jeżeli wszystko potoczy się tak, jak powinno, będziesz mógł sporo dopisać do swojego konta w Genewie.
– Wcale na to nie liczyłem, przyjacielu. Szczerze mówiąc, nawet nie przeszło mi to przez myśl.