– Jesteś Lavier! Królowa Faubourga, główny łącznik z kobietą Szakala, żoną generała! Nie próbuj mi wmówić, że się mylę… Szedłem za wami do Neuilly, do tego kościoła, gdzie wiecznie biją dzwony i kręci się mnóstwo księży… Wśród nich był Carlos! Zaraz potem jego dziwka wyszła z kościoła, a ty zostałaś. Bardzo się śpieszyła, więc wbiegłem do środka i zapytałem o ciebie jakiegoś starego księdza, jeżeli to był ksiądz, a on powiedział mi, że jesteś w drugim konfesjonale z lewej strony. Podszedłem tam, odsunąłem kotarę i zobaczyłem cię… martwą. Wszystko działo się tak szybko, myślałem, że właśnie cię zabił i że jest gdzieś w pobliżu, w zasięgu mojej ręki… albo ja w zasięgu jego. Zacząłem biegać dookoła jak wariat i wreszcie go zobaczyłem! Był na ulicy, w sutannie. Wiedziałem, że to on, bo na mój widok rzucił się do ucieczki. Zgubiłem go, ale miałem jeszcze w zanadrzu jedną kartę: ciebie. Zacząłem rozpowiadać na lewo i prawo, że nie żyjesz… Właśnie tego się po mnie spodziewaliście, prawda? Właśnie tego?…
– Powtarzam panu, że pan się myli! – Kobieta zrezygnowała z bezowocnej szarpaniny. Stała teraz bez najmniejszego ruchu, jakby sądziła, że dzięki temu będzie mogła mówić. – Wysłucha mnie pan? – zapytała z trudem. Ramię Jasona w dalszym ciągu uciskało jej gardło.
– Na pewno nie teraz – odparł Bourne. – Pójdziemy razem, ty lekko słaniając się na nogach. Litościwy przechodzień pomaga siostrzyczce, która nie wiedzieć czemu o mało nie zemdlała. Każdemu może się zdarzyć, szczególnie w tym wieku, prawda?
– Poczekaj!
– Za późno.
– Musimy porozmawiać!
– Porozmawiamy.
Bourne zwolnił ucisk na gardło kobiety, tylko po to jednak, żeby uderzyć obiema rękami w mięśnie u nasady jej karku. Zachwiała się, ale zanim zdążyła upaść na ziemię, chwycił ją pod ramiona i troskliwie podtrzymując częściowo wyniósł, a częściowo wyciągnął z uliczki. Natychmiast zwróciło na nich uwagę kilka osób, wśród nich uprawiający jogging młody chłopak w szortach.
– Od dwóch dni prawie wcale nie spała, bo opiekowała się moją chorą żoną i dziećmi! – powiedział błagalnym tonem kameleon. – Czy ktoś może sprowadzić taksówkę? Muszę zawieźć ją do klasztoru w IX dzielnicy.
– Ja to zrobię! – zawołał z entuzjazmem młody biegacz. – Przy rue de Sevres jest całodobowy postój. To zajmie tylko chwilę, bo jestem bardzo szybki!
– Z nieba mi pan spadł, monsieur – odparł Jason, ukrywając niechęć, jaką natychmiast poczuł do zbyt gorliwego i zbyt młodego lekkoatlety.
Po sześciu minutach nadjechała taksówka, a w niej szybkonogi samarytanin.
– Powiedziałem kierowcy, że ma pan pieniądze – oznajmił, wysiadając z samochodu.
– Oczywiście. Pięknie panu dziękuję.
– Niech pan powie siostrze, że ja to zrobiłem – poprosił chłopak, pomagając Bourne'owi ułożyć nieprzytomną kobietą na tylnym siedzeniu. – Ja też kiedyś będę potrzebował opieki.
– Przypuszczam, że to nie nastąpi zbyt szybko – zauważył Jason, usiłując odpowiedzieć uśmiechem na szeroki uśmiech biegacza.
– Mam nadzieję! Reprezentuję moją firmę w maratonie. – Przerośnięty dzieciak zaczął przebierać nogami w miejscu, żeby nie stracić ani minuty treningu.
– Jeszcze raz dziękuję. Mam nadzieję, że pan wygra.
– Niech pan poprosi siostrę, żeby się za mnie modliła! – wykrzyknął infantylny maratończyk i popędził przed siebie.
– Lasek Buloński – rzucił Bourne kierowcy, zatrzaskując drzwi samochodu.
– Lasek? Ten kicający baran krzyczał, że mamy jechać do szpitala.
– A co miałem mu powiedzieć? Siostrzyczka wypiła trochę za dużo wina i to wszystko…
Kierowca skinął ze zrozumieniem głową.
– Słusznie, niech się przewietrzy. Mam kuzynkę w klasztorze w Lyonie. Jak przyjeżdża na tydzień do rodziny, tankuje tyle, że przelewa jej się nosem. Szczerze mówiąc, wcale jej się nie dziwię.
Kiedy na ławkę stojącą przy szutrowej ścieżce w Lasku padły pierwsze ciepłe promienie wschodzącego słońca, kobieta w habicie poruszyła się, a w chwilę potem potrząsnęła głową.
– Jak się siostra czuje? – zapytał Jason siedzący tuż obok swego więźnia.
– Tak jakbym zderzyła się z czołgiem – odparła, wciągając głęboko w płuca powietrze.
– Przypuszczam, że wie pani o tych sprawach znacznie więcej niż o działalności charytatywnej?
Kobieta skinęła głową.
– Owszem.
– Nie ma sensu szukać broni – poinformował ją Bourne. – Wyjąłem pistolet zza tego kosztownego pasa, który ma pani pod habitem.
– Cieszę się, że poznał się pan na jego wartości. O tym także musimy porozmawiać… Rozumiem, że skoro nie jesteśmy na posterunku policji, uznał pan za stosowne mnie wysłuchać?
– Tylko wtedy, gdy będzie pani miała coś interesującego do powiedzenia. Radzę o tym pamiętać.
– Nie mam innego wyboru. Przecież zawiodłam, wpadłam w ręce przeciwnika. Nie stawiłam się w wyznaczonym czasie tam, gdzie powinnam, a sądząc po słońcu, jest już za późno na jakiekolwiek tłumaczenia. W dodatku mój rower został pewnie przy latarni.
– Ja go nie zabrałem.
– W takim razie już jakbym nie żyła. Nawet jeśli ktoś go ukradł, to też nic nie zmieni.
– Dlatego że pani zniknęła? Że nie przyszła na spotkanie?
– Oczywiście.
– Pani jest Lavier!
– To prawda, nazywam się Lavier, ale nie jestem tą Lavier, o której pan myśli. Pan znał Jacqueline, a ja mam na imię Dominique. Dzieliła nas niewielka różnica wieku, a w dzieciństwie byłyśmy tak podobne, że często mylono nas ze sobą. To, co widział pan w Neuilly- sur- Seine, było prawdą. Moja siostra rzeczywiście zginęła, ponieważ złamała podstawową zasadę albo też popełniła śmiertelny grzech, jeśli pan woli. Wpadła w panikę i zaprowadziła pana do kobiety Carlosa, ujawniając jego najskrytszą i najcenniejszą tajemnicę.
– Pani wie, kim jestem…?
– Cały Paryż wie, kim pan jest, monsieur Bourne. To znaczy, ten Paryż, w którym żyje Szakal. Nikt pana nigdy nie widział, ale wszyscy wiedzą, że pan tu jest i tropi Carlosa.
– Czy pani jest częścią tego Paryża?
– Owszem.
– Na litość boską, kobieto! Przecież on zabił pani siostrę!
– Wiem o tym.
– I mimo to pracuje pani dla niego?
– W życiu każdego z nas są takie chwile, kiedy mamy bardzo ograniczoną możliwość wyboru. Na przykład: żyć albo umrzeć. Do momentu, kiedy trzynaście lat temu butik Les Classiques zmienił właściciela, Szakalowi bardzo na nim zależało. Zajęłam miejsce Jacqueline…
– Tak po prostu?
– Nie było w tym nic trudnego. Byłam młodsza od niej, a przede wszystkim wyglądałam dużo młodziej. – Na pokrytej siecią zmarszczek twarzy pojawił się przelotny uśmiech. – Moja siostra zawsze powtarzała, że to od mieszkania nad samym Morzem Śródziemnym… W każdym razie operacje plastyczne nie są w środowisku haute couture niczym niespotykanym. Jacqui wyjechała rzekomo do Szwajcarii na zabieg, a ja zjawiłam się osiem tygodni później, po odpowiednim przygotowaniu.
– Jak pani mogła? Jak pani mogła to zrobić, wiedząc, co się z nią stało?
– Dowiedziałam się dopiero później, kiedy nie miało to już żadnego znaczenia. Wtedy mogłam już wybierać tylko między tymi dwiema możliwościami, o których panu wspomniałam. Mogłam żyć albo umrzeć.
– Nigdy nie pomyślała pani, żeby pójść na policję albo do Surete?
– W sprawie Carlosa? – Lavier spojrzała na Bourne'a jak na niedorozwinięte dziecko. – Jak to mówią Brytyjczycy: z pewnością raczy pan żartować.
– A więc ochoczo włączyła się pani do śmiertelnej gry.