– Jest pani tego pewna?
– Oczywiście. Tam, gdzie zostawiłam rower, otrzymałam instrukcje od jednego ze starców. Właściwie nie tyle instrukcje, co rozkazy, jasne i precyzyjne, a dwadzieścia minut później miałam się spotkać z pewną kobietą w piekarni w St. Germain i zamienić się z nią ubraniami. Ona wróciłaby do siostrzyczek, a ja poszłabym do hotelu Tremoille, gdzie miał na mnie czekać kurier z Aten.
– Czy chce pani przez to powiedzieć, że te kobiety na rowerach to były naprawdę zakonnice?
– Oczywiście, monsieur. Często biorę udział w ich działalności dobro czynnej i jestem nawet kimś w rodzaju na pół cywilnej przełożonej.
– A ta kobieta? Czy ona też…
– Od czasu do czasu popada w niełaskę, ale trzeba przyznać, że jest znakomitym administratorem.
– Boże… – wyszeptał Bourne.
– Ona również często go wzywa. Czy teraz zrozumiał pan, jak beznadziejna jest moja sytuacja?
– Obawiam się, że nie.
– W takim razie muszę zacząć wątpić, czy jest pan rzeczywiście tym, za kogo się podaje. Nie stawiłam się ani na spotkanie z kobietą, ani z kurierem. Gdzie wtedy byłam?
– Miała pani kłopoty: spadł pani łańcuch, potrąciła panią któraś z tych ciężarówek na rue Lecourbe, napadł ktoś panią, cokolwiek… Zresztą, co za różnica. Spóźniła się pani i już.
– Jak dawno temu znokautował mnie pan na tej uliczce?
Jason spojrzał na zegarek. W jasnym świetle poranka nie miał żadnych problemów z dostrzeżeniem wskazówek.
– Jakąś godzinę, może godzinę i piętnaście minut. Taksówkarz jeździł długo wokół parku, żeby znaleźć najbardziej odludny zakątek, a potem po mógł mi przenieść panią na ławkę. Został za to sowicie wynagrodzony.
– Czyli prawie półtorej godziny?
– Powiedzmy. I co z tego?
– To, że nie zadzwoniłam ani do piekarni, ani do hotelu.
– Jakieś dodatkowe kłopoty?… Nie, to już mogłoby wzbudzić podejrzenia… – Bourne potrząsnął głową.
– W takim razie co, monsieur? – zapytała kobieta, wpatrując się w niego otoczonymi siecią zmarszczek zielonymi oczami.
– Bulwar Lefebvre – powiedział cicho Jason. – Najpierw ja wykorzystałem przeciw niemu pułapkę, którą zastawił na mnie, potem on mi się zrewanżował, ale udało mi się ujść z życiem, zabierając panią ze sobą.
Lavier skinęła głową.
– Otóż to. Ponieważ nie wie, co między nami zaszło, postanowił mnie zlikwidować. Po prostu jeszcze jeden pionek, który nagle zniknie z szachownicy. Mało istotny pionek, bo nie mogłabym powiedzieć o Carlosie nic ważnego, gdyż nawet go nie widziałam. Jedyne, co słyszałam, to plotki i pogłoski.
– Nigdy go pani nie widziała?
– W każdym razie nic o tym nie wiem. Czasem ludzie mówili: "Popatrz, to ten z wąsami", albo: "Ten o śniadej cerze to Carlos", ale nikt nigdy nie podszedł do mnie i nie powiedział: "Nazywam się Carlos i to dzięki mnie żyje ci się tak wygodnie, ty podstarzała prostytutko". Polecenia odbierałam zawsze od różnych starych ludzi, tak jak dzisiaj.
– Rozumiem. – Bourne wstał z ławki, przeciągnął się i spojrzał na swojego więźnia. – Mogę cię stąd wydostać – powiedział spokojnie. – Nie tylko z Paryża, ale nawet z Europy. Pojedziesz tam, gdzie Szakal już cię nie dosięgnie. Zgadzasz się?
– Równie chętnie, jak Santos – odparła kobieta, wpatrując się w niego przenikliwym spojrzeniem. – Z radością go zostawię, a nawiążę sojusz z tobą.
– Dlaczego?
– Bo on jest stary, ma zmęczoną twarz i w niczym ci nie dorównuje. Poza tym ty proponujesz mi życie, a on śmierć.
– W takim razie można uznać, że to przemyślana decyzja – odparł Jason z zagadkowym uśmiechem. – Masz przy sobie jakieś pieniądze?
– Zakonnice składają śluby ubóstwa, monsieur – powiedziała Dominique Lavier również się uśmiechając. – Owszem, mam kilkaset franków. Dlaczego pytasz?
– To za mało. – Bourne wyjął z kieszeni imponujący plik banknotów. – Masz tu trzy tysiące – powiedział, wręczając jej pieniądze. – Kup sobie jakieś ubranie i wynajmij pokój… powiedzmy, w hotelu Meurice na rue de Rivoli.
– Pod jakim nazwiskiem?
– Jakim chcesz.
– Może być Brielle? To urocze miasteczko nad morzem.
– Proszę bardzo. Możesz stąd ruszyć dziesięć minut po moim odejściu. Zobaczymy się w południe w hotelu.
– Z przyjemnością, Jasonie Bourne!
– Lepiej zapomnij, że tak się nazywam.
Po wyjściu z parku kameleon skierował się do najbliższego postoju taksówek. Ostami w kolejce kierowca przyjął z entuzjazmem sto franków i pozwolił, by tajemniczy pasażer wtulił się w kąt tylnego siedzenia.
– Jest zakonnica, monsieur! – wykrzyknął po chwili. – Wsiada do pierwszej taksówki.
– Proszę za nią jechać – polecił Jason, przyjmując normalną pozycję. W alei Wiktora Hugo taksówka Lavier zwolniła, a następnie zatrzymała
się przy rzadko spotykanych w Paryżu automatach telefonicznych umieszczonych nie w budkach, tylko pod kolorowymi zadaszeniami.
– Niech pan tu stanie! – syknął Bourne, po czym wysiadł z samochodu i podszedł bezszelestnie od tyłu do stojącej przy jednym z aparatów zakonnicy. Nie widziała go, zajęta wykręcaniem numeru, a on mógł słyszeć każde jej słowo.
– Hotel Meurice! – wykrzyknęła do słuchawki. – Pokój na nazwisko Brielle, będzie tam w południe… Tak, tak! Wstąpię do mieszkania, przebiorę się i zaraz tam pojadę. – Lavier odwiesiła słuchawkę i odwróciła się gwałtownie. – Nie! – wrzasnęła przeraźliwie, ujrzawszy przed sobą Jasona.
– Obawiam się, że tak – odparł Bourne. – Pojedziemy twoją taksówką czy moją? Jest stary i ma zmęczoną twarz, tak właśnie powiedziałaś. To dosyć dokładny opis jak na kogoś, kto rzekomo nigdy nie widział Carlosa…
Rozwścieczony Bernardine wyszedł za portierem z hotelu Pont Royal.
– Co pan sobie wyobraża! – krzyczał. – To śmieszne! Przepraszam, nie miałem racji – poprawił się natychmiast, jak tylko zajrzał do taksówki. – To po prostu niewiarygodne.
– Wsiadaj – polecił mu Jason siedzący obok ubranej w habit kobiety. Francois posłuchał go, obrzucając zdumionym spojrzeniem bladą twarz zakonnicy. – Pozwól, że ci przedstawię jedną z najbardziej uzdolnionych aktorek, jakie zatrudnia Carlos – dodał Jason. – Daję ci słowo, mogłaby zdobyć fortunę w każdym teatrze.
– Nie jestem zanadto religijnym człowiekiem, ale mam nadzieję, że nie popełniłeś błędu… A jeżeli już, to nie taki, jak ja, a raczej my, z tym cholernym piekarzem.
– Jak to?
– Bo to naprawdę piekarz, nikt inny! O mało nie wysadziłem mu w powietrze tych jego pieprzonych pieców, ale tylko francuski piekarz potrafiłby tak głośno błagać o litość.
– Skoro tak, to wszystko się zgadza – odparł Bourne. – Nielogiczna logika Carlosa… Nie pamiętam, kto to powiedział, chyba ja sam. – Taksówka skręciła w rue du Bac. – Jedziemy do hotelu Meurice – dodał.
– Jestem pewien, że masz jakiś konkretny powód – mruknął Bernardine, w dalszym ciągu nie spuszczając wzroku z nieruchomej twarzy Dominique Lavier. – Dlaczego ta urocza starsza dama nic nie mówi?
– Nie jestem stara! – syknęła wściekle kobieta ubrana w strój zakonnicy.
– Oczywiście, że nie – zgodził się skwapliwie weteran Deuxieme. – Tylko nieco zaawansowana wiekiem, a tym samym jeszcze bardziej godna pożądania.