– Gdzie mogę znaleźć takiego człowieka?
– Chyba znam kandydata… Mam nadzieję, że nasza rozmowa nie jest nagrywana?
– Możesz być tego pewien – odparł Holland ze śladem gniewu w głosie. – Nie stosuję takich sztuczek, a codziennie rano całe biuro jest dokładnie sprawdzane. Kto jest tym kandydatem?
– Pewien człowiek z ambasady radzieckiej w Paryżu – odparł spokojnie Casset. – Myślę, że uda nam się z nim dogadać.
– Nasza wtyczka?
– Skądże znowu! Oficer KGB mający właściwie tylko trzy zadania: od szukać Carlosa; zabić Carlosa; chronić Nowogród.
– Nowogród…? To zamerykanizowane miasteczko w Rosji, gdzie szkolono Szakala?
– I skąd uciekł, zanim zdążyli rozstrzelać go jako szaleńca. Tak, ale ono wcale nie jest tylko amerykańskie. Podzielono je na wiele części: brytyjską, francuską, izraelską, holenderską, hiszpańską, zachodnioniemiecką i Bóg tylko wie, na jakie jeszcze… Zajmuje kilkanaście kilometrów kwadratowych w samym sercu lasów nad rzeką Wołchow. Gdyby udało ci się tam dostać, mógłbyś przysiąc, że byłeś w kilkunastu państwach. Nowogród jest jedną z najściślej strzeżonych tajemnic Moskwy, podobnie jak aryjskie farmy rozrodcze w hitlerowskich Niemczech. Rosjanie pragną dostać Szakala w swoje ręce co najmniej równie mocno, jak Jason Bourne.
– Myślisz, że ten gość z KGB chciałby z nami współpracować i informować nas o każdym ruchu Conklina, gdyby udało im się nawiązać kontakt?
– Mogę spróbować. Przecież mamy wspólny cel, a poza tym Aleks na pewno by go zaakceptował, bo doskonale wie, jak bardzo Rosjanom zależy na wyeliminowaniu Carlosa.
Holland pochylił się w fotelu.
– Powiedziałem Conklinowi, że będę mu pomagał tak długo, jak długo nie zagrozi to naszemu pościgowi za "Meduzą"… Za niecałą godzinę wyląduje w Paryżu. Mam mu zostawić wiadomość w stanowisku dla dyplomatów, żeby skontaktował się z tobą?
– Powiedz, żeby zadzwonił do Charlie Bravo Plus Jeden – powiedział Casset, wstając z miejsca i kładąc wydruk na biurku. – Nie wiem, jak dużo uda mi się załatwić w ciągu godziny, ale spróbuję. Mam bezpieczny kanał łączności z Rosjanami głównie dzięki naszej nieocenionej konsultantce z Paryża.
– Daj jej premię.
– Sama o nią poprosiła… A właściwie zażądała. Prowadzi najlepszy zakład w mieście. Dziewczęta chodzą co tydzień na badania.
– Może zatrudnilibyśmy wszystkie? – zaproponował z uśmiechem dyrektor.
– Niedługo tak będzie, bo siedem już dla nas pracuje – odparł jego zastępca poważnym tonem, któremu jednak przeczyły wysoko uniesione brwi.
Doktor Morris Panov, podtrzymywany przez dziarskiego porucznika marines, wyszedł na uginających się nogach z kabiny wojskowego samolotu.
– Nie rozumiem, jak wy możecie tak dobrze wyglądać po takiej cholernej podróży? – zapytał psychiatra.
– Zapewniam pana, sir, że po kilku godzinach swobody w Paryżu wyglądamy znacznie gorzej.
– Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią, poruczniku. I dzięki Bogu… Gdzie się podział ten kulejący dżentelmen, który mi towarzyszył?
– Pojechał odebrać dyplograf, sir.
– Co proszę? Znowu jakieś słowo, które już z założenia ma nic nie znaczyć?
– Wcale nie, sir – roześmiał się porucznik, prowadząc Panova do elektrycznego wózka z amerykańską flagą na zderzaku i żołnierzem za kierownicą. – Przy podchodzeniu do lądowania dostaliśmy z wieży sygnał, że nadeszła dla niego jakaś pilna wiadomość.
– A ja już myślałem, że po prostu poszedł do łazienki.
– To z pewnością też, sir. – Porucznik położył walizeczkę doktora w skrzyni ładunkowej i pomógł mu wejść do wózka. – Ostrożnie, sir. Proszą,, podnieść trochę wyżej nogę…
– To tamten, nie ja! – zaprotestował Panov. – Ja mam nogi w porządku.
– Powiedziano nam, że jest pan chory, sir.
– Ale nie na nogi, do cholery… Przepraszam, młody człowieku. Nie lubię latać w czymś niewiele większym od szybowca dwieście czterdzieści kilometrów nad ziemią. Niewielu astronautów wychowało się na Tremont Avenue…
– Pan mówi serio, doktorze?
– Proszę?
– Ja jestem z Garden Street, tuż koło zoo! Nazywam się Fleishman, Morris Fleishman. Miło spotkać rodaka z Bronksu!
– Morris? – zapytał Panov, ściskając wyciągniętą dłoń. – Morris Komandos? Powinienem był pogadać z twoimi rodzicami… Trzymaj się, Mo. I dziękuję za opiekę.
– Niech pan szybko dobrzeje, doktorze, a jak pan znowu zobaczy Tremont Avenue, proszę ją ode mnie pozdrowić.
– Oczywiście, Mo – odparł Mo i uniósł rękę w pożegnalnym geście. Wózek bezszelestnie ruszył z miejsca.
Cztery minuty później w towarzystwie kierowcy Panov wszedł do długiego szarego korytarza służącego przybywającym do Francji dyplomatom, akredytowanym przez Quai d'Orsay. Niebawem dotarli do obszernego pomieszczenia, w którym tu i ówdzie stały grupki rozmawiających w najróżniejszych językach kobiet i mężczyzn. Panov stwierdził z niepokojem, że nigdzie nie widzi Conklina i właśnie miał zamiar zapytać o niego kierowcę, kiedy podeszła do niego młoda kobieta w kostiumie hostessy.
– Docteur? – zwróciła się do Panova.
– Owszem – odparł Mo, nie kryjąc zaskoczenia. – Obawiam się jednak, że mój francuski jest na niezbyt wysokim poziomie, jeśli w ogóle jest na ja kimkolwiek.
– Nie szkodzi, sir. Pański towarzysz poprosił, żeby pan tutaj na niego zaczekał. Twierdził, że to kwestia zaledwie kilku minut… Proszę, zechce pan spocząć? Czy mam przynieść drinka?
– Burbon z lodem, jeśli pani taka miła – odparł Panov, siadając w fotelu.
– Oczywiście, sir. – Hostessa oddaliła się, a kierowca postawił obok Panova jego teczkę.
– Muszę już wracać do samochodu – oświadczył. – Tutaj jest pan bezpieczny, doktorze.
– Ciekawe, dokąd on poszedł… – mruknął Panov, spoglądając na zegarek.
– Może do telefonu. Oni wszyscy tak robią: odbierają wiadomość, a potem pędzą do głównego holu, żeby zadzwonić z automatu. Nigdy nie korzystają z telefonów, które są tutaj. Ruscy zawsze gonią najszybciej, a Arabowie idą dostojnie jak żyrafy.
– To widocznie ze względu na różnice klimatyczne – zauważył z uśmiechem psychiatra.
– Na pana miejscu nie zakładałbym się o to. – Kierowca roześmiał się i zasalutował Panovowi. – Proszę na siebie uważać, sir, i trochę odpocząć. Wygląda pan na zmęczonego.
– Dziękuję, młodzieńcze. Do widzenia.
Rzeczywiście jestem zmęczony, pomyślał Panov, kiedy kierowca zniknął w szarym korytarzu. Bardzo zmęczony, ale Aleks miał rację: gdyby przyleciał tu beze mnie, nigdy bym mu tego nie wybaczył… David! Musimy go odnaleźć! Nikt z nich nie rozumie, jak wielkie zniszczenia mogą nastąpić w jego psychice! Wystarczy jeden silniejszy bodziec, żeby stał się znowu tym, kim był trzynaście lat temu – bezlitosnym, okrutnym mordercą…
Głos. Ktoś nachylał się nad nim i coś do niego mówił.
– Przepraszam, zamyśliłem się…
– Pański drink, doktorze – powtórzyła uprzejmym tonem hostessa. – Nie wiedziałam, czy mam pana budzić, ale pan poruszył się i jęknął, jakby coś pana bolało…
– Nie, ależ skąd, moja droga. Po prostu jestem zmęczony.
– Rozumiem, sir. Takie niespodziewane, dalekie podróże są bardzo wyczerpujące.
– Ma pani całkowitą rację – odparł z uśmiechem Panov i wziął swoją szklankę. – Dziękuję.
– Jest pan Amerykaninem, prawda?
– Skąd pani wie? Przecież nie mam kowbojskich butów ani hawajskiej koszuli?