Выбрать главу

Dziewczyna roześmiała się czarująco.

– Ale znam kierowcę, który pana przyprowadził. Pracuje w amerykańskiej ochronie i jest bardzo, ale to bardzo atrakcyjny…

– W ochronie? Ma pani na myśli coś w rodzaju policji?

– Tak, ale my prawie nie używamy tego słowa… O, już wraca pański towarzysz. – Hostessa zniżyła głos. – Mogę o coś zapytać, doktorze? Czy on będzie potrzebował wózka inwalidzkiego?

– Dobry Boże, skądże znowu! Chodzi tak już od wielu lat.

– W takim razie życzę panu przyjemnego pobytu w Paryżu, sir. Kobieta odeszła, a w chwilę potem na fotelu obok Panova usiadł Conklin. Na jego twarzy malował się wyraz wzburzenia i niepewności.

– Co się stało? – zapytał Mo.

– Rozmawiałem z Charliem Cassetem w Waszyngtonie.

– To chyba ten, któremu ufasz, prawda?

– Jest najlepszy ze wszystkich, pod warunkiem że może podejmować decyzje na podstawie bezpośredniego kontaktu, a nie opierając się na wydrukach lub informacjach z monitora, którym nie może zadać żadnych pytań.

– Czyżby znowu usiłował pan wejść na moją działkę, doktorze Conklin?

– Tydzień temu o to samo oskarżyłem Davida i wiesz, co mi odpowiedział? Żyjemy w wolnym kraju, w którym nikt, nawet człowiek z twoim do świadczeniem, nie ma monopolu na zdrowy rozsądek.

– Mea culpa – przyznał Panov. – Przypuszczam, że twój przyjaciel z Waszyngtonu zrobił coś, co ci się nie podoba.

– Jemu też by się nie podobało, gdyby wiedział trochę więcej o osobie, z którą to zrobił.

– Zalatuje mi to freudyzmem.

– I słusznie. Casset nawiązał na własną rękę kontakt z niejakim Dymitrem Krupkinem z ambasady radzieckiej w Paryżu. Będziemy pracować z miejscowym KGB – my, to znaczy ty, ja, Bourne i Marie – oczywiście jeśli zastaniemy ich za godzinę na cmentarzu w Rambouillet.

– Co ty wygadujesz? – wykrztusił kompletnie oszołomiony Mo.

– To długa historia, a mamy niewiele czasu. Moskwie zależy na głowie Szakala, najlepiej odciętej od reszty ciała. Waszyngton nie może nam teraz pomagać, więc Rosjanie będą pełnili funkcję naszej niańki, gdybyśmy znaleźli się w potrzebie.

Panov zmarszczył brwi i potrząsnął głową, usiłując przyswoić sobie zaskakującą informację.

– Nie wydaje mi się, żeby to było zupełnie normalne, ale przyznam, że jest w tym pewna logika.

– Tylko na papierze, Mo – odparł Aleks. – W przeciwieństwie do Casseta ja znam Dymitra Krupkina.

– Tak? Czyżby był złym człowiekiem?

– Kruppie? Nie, nie o to chodzi…

– Kruppie?

– Poznaliśmy się w Stambule pod koniec lat sześćdziesiątych, a potem były Ateny, Amsterdam i jeszcze kilka miejsc. Krupkin nie jest złym człowiekiem. Pracuje dla Moskwy najlepiej, jak tylko może, a jest bystry, choć może nie błyskotliwie inteligentny, ale ma pewien problem: znalazł się po niewłaściwej stronie. Źle się stało, że jego rodzice nie wyjechali z moimi po zwycięstwie bolszewików.

– Zapomniałem, że twoja rodzina pochodzi z Rosji.

– Dobrze, że znam rosyjski, bo dzięki temu mogę wychwytywać wszystkie niuanse tego, co mówi. W gruncie rzeczy to stuprocentowy kapitalista. Podobnie jak ministrowie w Pekinie, nie tylko lubi pieniądze, ale jest nimi wręcz zafascynowany – nimi, a także wszystkim, co się wiąże z ich posiadaniem. Każdy, kto dałby mu odpowiednie gwarancje bezpieczeństwa, mógłby go kupić od ręki.

– Myślisz o Szakalu?

– Widziałem na własne oczy, jak w Atenach wziął pieniądze od greckich spekulantów, którzy usiłowali sprzedać nam tereny pod lotniska, doskonale wiedząc, że zaraz potem zostaniemy stamtąd wyrzuceni przez komunistów. Zapłacili mu, żeby siedział cicho. W Amsterdamie był związany ze środowiskiem handlarzy diamentami. Pośredniczył w transakcjach zawieranych z szychami z Moskwy. Kiedyś wziąłem go na drinka i zapytałem: "Kruppie, czy ty wiesz, co robisz?". A on na to, ubrany w garnitur, o jakim ja mogłem tylko marzyć: "Aleksiej, zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby cię przechytrzyć i pomóc Związkowi Radzieckiemu w zdobyciu dominacji nad całym światem, ale tymczasem zapraszam cię na wakacje do mojego domu nad Jeziorem Genewskim". Tak mi wtedy powiedział, Mo.

– Szczególny facet. Oczywiście opowiedziałeś o wszystkim swemu przyjacielowi Cassetowi…

– Oczywiście, że nie – przerwał mu Conklin.

– Dobry Boże, dlaczego?

– Dlatego że Krupkin nigdy mu się nie przyznał, że mnie zna. Charlie rozpoczął grę, ale to ja rozdaję karty.

– Jak to?

– David, to znaczy Jason, ma w banku na Kajmanach ponad pięć milionów dolarów. Wystarczy mi tylko niewielka część tej forsy, żeby przeciągnąć Kruppiego całkowicie na naszą stronę, oczywiście tylko w przypadku, gdybyśmy tego potrzebowali.

– Co znaczy, że nie ufasz Cassetowi.

– Ująłbym to w nieco inny sposób – odparł Aleks. – Zaryzykowałbym dla niego życie, ale nie jestem pewien, czy chciałbym mu je powierzyć. On i Peter Holland mają swoje priorytety, a my swoje. Im chodzi przede wszystkim o "Meduzę", nam o Davida i Marie.

– Messieursi – przerwała im hostessa. – Przyjechał pański samochód, sir – zwróciła się do Aleksa. – Czeka na południowym podjeździe.

– Jest pani pewna, że na mnie? – zapytał Conklin.

– Proszę mi wybaczyć, monsieur, ale powiedziano mi, że chodzi o pana Smitha, który nieco utyka na jedną nogę.

– W takim razie wszystko się zgadza.

– Wezwałam bagażowego, żeby zaniósł panom walizki, messieurs. To dość daleko stąd. Będzie czekał na panów przy samochodzie.

– Dziękujemy bardzo.

Conklin wstał z fotela i sięgnął do kieszeni po pieniądze.

– Pardon, monsieur… Nie wolno nam przyjmować napiwków.

– Prawda, zapomniałem. Moja walizka jest przy pani biurku, zgadza się?

– Tam gdzie ją pan zostawił. Za kilka minut znajdzie się przy samochodzie razem z walizką doktora, ma się rozumieć.

– Jeszcze raz dziękujemy – powiedział Aleks. – I przepraszam za te pieniądze.

– Wszyscy otrzymujemy wystarczające wynagrodzenie, sir, ale dziękuję, że pan o tym pomyślał.

– Skąd wiedziała, że jesteś lekarzem? – zwrócił się Conklin do Panova, kiedy ruszyli w kierunku drzwi prowadzących do głównej hali portu lotni czego Orły. – Udzielałeś jej jakiejś porady?

– W tym hałasie byłoby to raczej niemożliwe.

– Więc skąd? Przecież nic przy niej nie wspomniałem o twoim zawodzie.

– Zna ochroniarza, który mnie przyprowadził. Zdaje się, że nawet dość dobrze. Powiedziała z tym swoim uroczym francuskim akcentem, że jest "bahdzo athakcyjny".

– Aha… – mruknął Aleks, rozglądając się w poszukiwaniu tablicy, która skierowałaby ich w stronę południowego podjazdu. Po chwili dostrzegł ją i obaj ruszyli we wskazanym kierunku.

Żaden z nich nie zwrócił uwagi na dystyngowanego mężczyznę o gęstych czarnych włosach i dużych ciemnych oczach, który nie spuszczając z nich wzroku wyszedł za nimi szybkim krokiem z sali przeznaczonej dla dyplomatów. Kiedy wyprzedził obu mężczyzn i znalazł się nieco z boku, wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki fotografię i dyskretnie porównał znajdujący się na niej wizerunek z oryginałem, który miał przed sobą. Zdjęcie przedstawiało doktora Morrisa Panova ze szklistym spojrzeniem nieprzytomnych oczu i otępiałym wyrazem twarzy, ubranego w białą szpitalną koszulą.

Dwaj Amerykanie wyszli przed budynek; ciemnowłosy mężczyzna uczynił to samo. Panov i Conklin stanęli, rozglądając się w poszukiwaniu nieznanego samochodu; mężczyzna gestem przywołał swój pojazd. Z jednej ze stojących w kolejce taksówek wysiadł kierowca, podszedł do Amerykanów i zamienił z nimi kilka słów. W tej samej chwili pojawił się bagażowy z ich walizkami. Kiedy dwaj mężczyźni wsiedli do taksówki, śledzący ich brunet wskoczył natychmiast do swojego samochodu.