się znaleźć w towarzystwie twojej świetlanej osoby, rozumiesz?
– Rozumiem. W takim razie proponuję, żebyś wróciła do Stanów, gdzie nie będziesz narażona na towarzystwo mojej świetlanej osoby. – Bourne wstał od stołu. – Jutro czeka mnie ciężki dzień, więc muszę trochę się przespać.
Pewien człowiek, z którym nikt z nas nie może się nawet równać, powiedział mi kiedyś, że odpoczynek także jest groźną bronią. Ja również w to wierzę… Będę czekał w samochodzie przez dwie minuty. Możesz wybierać. Jestem pewien, że Aleksowi uda się jakoś wyekspediować cię z Francji.
– Ty sukinsynu! – syknęła Marie.
– Niech i tak będzie – odparł kameleon i wyszedł.
– Idź za nim! – szepnął do niej Panov. – Przecież widzisz, co się dzieje.
– Nie dam rady, Mo!
– Więc nie dawaj, tylko z nim bądź! Jesteś jego jedyną nadzieją. Nie musisz nawet z nim rozmawiać, tylko bądź przy nim!
– Znowu zamienia się w bezlitosnego mordercę…
– Nigdy nie podniesie na ciebie ręki.
– Wiem o tym.
– W takim razie bądź dla niego pomostem łączącym go z Davidem Webbem. To konieczne, Marie.
– Boże, ja go tak kocham! – wykrzyknęła przez łzy Marie, zrywając się z miejsca, żeby pobiec za człowiekiem, który kiedyś był jej mężem.
– Czy to była słuszna rada, Mo? – zapytał Conklin.
– Nie mam pojęcia, Aleks. Po prostu wydawało mi się, że on nie powinien zostać sam z dręczącymi go koszmarami. Tak mi podpowiada zdrowy rozsądek, wcale nie moja wiedza ani doświadczenie.
– Chwilami mówisz jak prawdziwy lekarz, wiesz o tym?
Algierska część Paryża leży między X i XI dzielnicą; niskie budynki są paryskie z wyglądu, ale wypełniające je odgłosy i zapachy należą do innego, arabskiego świata. W wąskie uliczki enklawy wjechała długa czarna limuzyna z niewielkimi religijnymi emblematami na przednich drzwiach. Kiedy zatrzymała się przed dwupiętrowym budynkiem o drewnianej konstrukcji, wysiadł z niej stary ksiądz. Stanąwszy przed drzwiami, przeczytał nazwiska lokatorów, po czym nacisnął guzik do jednego z mieszkań na pierwszym piętrze.
– Oui? – odezwał się skrzeczący głośnik prymitywnego domofonu.
– Przysłano mnie z ambasady amerykańskiej – odparł po francusku ubrany w duchowne szaty mężczyzna. Mówiąc, popełniał typowe dla Amerykanów błędy gramatyczne. – Mam dla pana pilną wiadomość, ale muszę zostać przy samochodzie.
– Zaraz zejdę – odparł Algierczyk zatrudniony przez Charlesa Basseta z Waszyngtonu. Trzy minuty później wyszedł z budynku na wąski chodnik i podszedł do posłańca, który stał przy limuzynie i zasłaniał umieszczony na jej drzwiach symbol. – Dlaczego jest pan tak ubrany?
– Bo jestem księdzem, mój synu. Nasz wojskowy charge d'affaires chciał by zamienić z tobą kilka słów.
– Zrobiłbym dla was wiele, ale na pewno nie wstąpię do waszej armii – roześmiał się taksówkarz. Nachylił się, by zajrzeć do wnętrza samochodu. – Czym mogę panu służyć, sir?
– Dokąd zawiozłeś naszych ludzi? – zapytała skryta w cieniu postać na tylnym siedzeniu limuzyny.
– Jakich ludzi? – W głosie Algierczyka pojawiła się nuta niepokoju.
– Tych dwóch, których kilka godzin temu zabrałeś z lotniska. Jeden kulał.
– Jeżeli pan jest z ambasady, to chyba może pan sam ich o to zapytać, prawda?
– Ty mi to powiesz!
Nagle zza samochodu wyszedł trzeci, potężnie zbudowany mężczyzna, doskoczył błyskawicznie do nie spodziewającego się niczego Araba i uderzył go w głowę grubą gumową pałką. Następnie wepchnął nieprzytomną ofiarę na tylne siedzenie, pomógł zająć miejsce staremu człowiekowi w sutannie, po czym zwinnie wskoczył za kierownicę. Czarna limuzyna ruszyła raptownie, błyskawicznie nabierając szybkości.
Godzinę później na opustoszałej rue Houdon, w pobliżu placu Pigalle, zakrwawione ciało Algierczyka zostało wyrzucone z samochodu. Siedząca w cieniu postać zwróciła się do starego księdza:
– Weź swój samochód i stań pod hotelem, w którym mieszka kulawy. Miej oczy szeroko otwarte. Rano ktoś cię zmieni, więc będziesz mógł się wyspać. Melduj o każdym jego ruchu i gdziekolwiek pojedzie, ty jedź za nim. Nie zawiedź mnie.
– Nigdy, monseigneur.
Dymitr Krupkin nie był ani specjalnie wysoki, ani zbytnio otyły, ale wydawał się wyższy i tęższy niż w rzeczywistości. Miał przyjemną, pełną twarz i dużą głowę, a krzaczaste brwi, gęste włosy i starannie utrzymana szpakowata broda tworzyły interesujące zestawienie z bystrymi, błękitnymi oczami i szerokim, często pojawiającym się uśmiechem. Sprawiał wrażenie człowieka w pełni zadowolonego z życia, a przy tym obdarzonego wybitną inteligencją. Siedział w wiejskiej restauracji w Epernon przy stojącym w głębi sali stoliku. Naprzeciwko miał Aleksa Conklina, który właśnie wyjaśnił, że od jakiegoś czasu nie pije alkoholu. Przy stoliku siedział także Jason Bourne, którego Conklin nie przedstawił podczas powitania.
– Świat się kończy! – wykrzyknął Rosjanin. W jego angielskim bez trudu można było usłyszeć obcy akcent. – Proszę, co może się stać z porządnym człowiekiem na tym zgniłym Zachodzie! Współczuję twoim nieżyjącym rodzicom. Powinni byli zostać u nas.
– Chyba nie chcesz, żebym porównał liczbę alkoholików w naszych krajach?
– Za żadne pieniądze – odparł z uśmiechem Krupkin. – A skoro już mowa
o pieniądzach, mój drogi, stary przeciwniku: ile ma wynosić moje honorarium za to, co zaproponowałeś mi wczoraj przez telefon?
– A ile pan chce? – zapytał Jason.
– Ach, więc to pan jest moim dobroczyńcą?
– Jeśli chodzi panu o to, kto będzie płacił, to owszem, ja.
– Cicho! – syknął Conklin, spoglądając z natężeniem w kierunku wejścia do lokalu. Wychylił się nieco, żeby lepiej widzieć, ale szybko cofnął głowę, kiedy kelner ruszył wraz z nowo przybyłą parą w kierunku stolika po lewej stronie drzwi.
– O co chodzi? – zapytał Bourne.
– Nie wiem… Nie jestem pewien.
– Kto przyszedł, Aleksiej?
– Właśnie o to chodzi, że nie wiem. Znam go skądś, ale nie mogę sobie przypomnieć…
– Gdzie siedzi?
– W kącie sali, za barem. Jest z kobietą.
Krupkin przesunął się nieco wraz z krzesłem, wyjął z kieszeni portfel i wydobył z niego małe lusterko rozmiarów i grubości karty kredytowej. Ukrywszy je w dłoni, ustawił ostrożnie pod odpowiednim kątem.
– Chyba za często przeglądasz kroniki towarzyskie w paryskich dziennikach – roześmiał się, chowając lusterko do portfela, a ten z powrotem do kieszeni. – Pracuje we włoskiej ambasadzie, a ta kobieta to jego żona. Paolo i Davinia coś tam, z wielkimi pretensjami do szlachectwa, jak mi się wydaje. Corpo diplomatico, zawsze w zgodzie z protokołem. Znakomicie się ubierają i nie ulega najmniejszej wątpliwości, że są obrzydliwie bogaci.
– Nie obracam się w tych kręgach, ale jestem pewien, że już ich gdzieś widziałem.
– Oczywiście, że tak. Jest podobny jak dwie krople wody do wszystkich włoskich gwiazdorów filmowych albo do któregoś z tych właścicieli winnic, zachwalających w telewizyjnych reklamówkach niepowtarzalny smak chianti classico.
– Może masz rację.
– Nawet na pewno. – Krupkin przeniósł uwagę na Bourne'a. – Napiszę panu numer konta i nazwę banku w Genewie. – Rosjanin wyciągnął długopis i sięgnął po serwetkę, ale nim zdążył cokolwiek napisać, do stolika podszedł szybkim krokiem trzydziestokilkuletni mężczyzna ubrany w do pasowany garnitur.
– Co się stało, Siergiej? – zapytał Krupkin.
– Chodzi o niego – odparł mężczyzna, wskazując ruchem głowy na Bourne'a.