Widok, jaki ujrzeli, przypominał mrożące krew w żyłach, piekielne wizje Kaathe Kollwitz. Kelner i dwaj niedawno przybyli mężczyźni byli martwi; kelner i jeden z mężczyzn leżeli na podłodze z roztrzaskanymi czaszkami i twarzami zbryzganymi krwią, a drugi mężczyzna na stole, wpatrzony w sufit szklistym, przerażonym spojrzeniem. Jego ciało było dosłownie podziurawione kulami, ubranie przesiąknięte krwią. Kobiety, wszystkie w szoku, jęczały i wyły rozpaczliwie, tuląc się do ścian. Nigdzie w polu widzenia nie było ani starannie ubranego pracownika włoskiej ambasady, ani jego żony. Nagle Siergiej skoczył do przodu i nacisnął spust pistoletu. W kącie pomieszczenia dostrzegł postać, na którą Bourne nie zwrócił uwagi. Zabójca w naciągniętej na twarz masce usiłował jeszcze skierować broń w ich stronę, ale nie zdążył, przecięty wpół serią… Jeszcze jeden, za barem! Czyżby Szakal? Jason przywarł do ściany, omiatając rozgorączkowanym spojrzeniem wnętrze, po czym doskoczył do drewnianego kontuaru. Drugi Rosjanin błyskawicznie zorientował się w sytuacji i z gotową do strzału bronią podbiegł do kobiet, by uchronić je przed atakiem pozostałych przy życiu morderców. Ten, który ukrył się za barem, nie wytrzymał i zerwał się na równe nogi; Bourne sięgnął z dołu, złapał za gorącą lufę, szarpnął ją w bok i z bliska strzelił zamaskowanemu terroryście prosto w twarz. To nie był Carlos! Gdzie on się podział?
– Tam! – krzyknął Siergiej, jakby usłyszał rozpaczliwe pytanie Jasona.
– Gdzie?
– Za tymi drzwiami!
Drzwi prowadziły do kuchni. Przyczaili się po obu stronach kołyszących się lekko skrzydeł, lecz zanim Bourne zdążył dać ponownie sygnał skinieniem głowy, odrzucił ich podmuch eksplozji; w kuchni wybuchł granat. Wszędzie posypał się grad szklanych i metalowych odłamków. Dym, który przedostał się do sali jadalnej, miał kwaśny, wstrętny zapach.
Zapadła cisza.
Jason i Siergiej ponownie zbliżyli się do wejścia do kuchni, lecz powstrzymała ich kolejna eksplozja, a zaraz potem ulewa pocisków, przebijających z łatwością cienkie laminowane drzwi.
Cisza.
Czekali bez ruchu.
Cisza.
Wściekły, zdesperowany Delta nie mógł już dłużej czekać. Ustawił swój AK na ogień ciągły, nacisnął spust i wskoczył do kuchni, przypadając natychmiast do podłogi. Po chwili przestał strzelać.
Cisza.
A potem scena z innego piekła: ziejąca w ścianie poszarpana dziura, martwe ciała właściciela i kucharza, krew na ścianach i podłodze.
Bourne dźwignął się na nogi, czując, jak drży każdy mięsień jego ciała, a on sam zbliża się coraz bardziej do krawędzi, za którą nie ma nic oprócz oceanu histerii. Jak człowiek pogrążony w transie rozglądał się po rumowisku, aż wreszcie jego wzrok padł na płachtę szarego, pakowego papieru, przybitą do ściany rzeźniczym toporem. Zbliżył się, wyrwał topór i przeczytał słowa napisane grubym, czarnym ołówkiem:
"Drzewa w Tannenbaum będą płonąć, a dzieci wraz z nimi. Śpij dobrze, Jasonie Bourne".
Jego życie rozpadło się na tysiąc fragmentów niczym roztrzaskane lustro. Pozostał mu tylko krzyk.
Rozdział 31
Davidzie, przestań!
– Boże, on oszalał! Aleksiej, Siergiej, trzymajcie go… Pomóż, Siergiej! Przytrzymajcie go na ziemi, żebym mógł z nim porozmawiać. Musimy stąd szybko uciekać!
Na razie wszystko, co udało im się osiągnąć, to powalić krzyczącego przeraźliwie Bourne'a w wysoką trawę. Chwilę wcześniej wypadł na zewnątrz przez wyrwaną w ścianie dziurę, naciskając rozpaczliwie spust swego AK.- 47 jakby w nadziei, że któryś z pocisków dosięgnie uciekającego Szakala. Kiedy opróżnił cały magazynek, dwaj Rosjanie doskoczyli do niego, wyrwali mu broń z ręki i zaprowadzili z powrotem do zrujnowanego wnętrza restauracji, gdzie czekali Aleks i Krupkin. Podtrzymując słaniającego się na nogach, zlanego potem Bourne'a, wyszli przed budynek, gdzie Jasona dopadł atak nie kontrolowanej histerii.
Samochód Szakala zniknął. Carlos po raz kolejny wydostał się z potrzasku, a Jason Bourne oszalał.
– Trzymajcie go! – ryknął Krupkin, klękając na ziemi przy szamoczącym się Jasonie. Objął jego twarz dłońmi, ścisnął mocno i odwrócił w swoją stronę. – Powiem to tylko raz, panie Bourne. Jeśli pan tego nie zrozumie, zostanie pan tutaj sam i osobiście poniesie wszystkie konsekwencje… Musimy stąd jak najprędzej odjechać. Jeżeli weźmie się pan w garść, najdalej za godzinę będziemy mogli skontaktować się z odpowiednimi ludźmi z pańskiego rządu. Przeczytałem to ostrzeżenie i zapewniam pana, że są sposoby, żeby zapewnić bezpieczeństwo pańskiej rodzinie. Ale pan musi osobiście zwrócić się do właściwych osób. Albo pan natychmiast oprzytomnieje, panie Bourne, albo może pan iść do diabła. No więc jak?
Jason jęknął rozpaczliwie, przyciskany do ziemi nieustępliwymi ramionami i kolanami, po czym spojrzał znacznie przytomniejszym wzrokiem na oficera KGB.
– Puśćcie mnie, sukinsyny… – wykrztusił.
– Jeden z tych sukinsynów ocalił panu życie.
– A wcześniej ja jemu. Jesteśmy kwita.
Opancerzony citroen pędził boczną drogą w kierunku autostrady prowadzącej do Paryża. Krupkin wezwał przez telefon komórkowy specjalny oddział do usunięcia wraku samochodu, którym przyjechali do Epernon jego dwaj ludzie (ma się rozumieć, rozmowa była szyfrowana). Ciało zabitego Rosjanina spoczywało w bagażniku citroena, a w razie gdyby sprawa wyszła na jaw, oficjalny komunikat ambasady miał brzmieć następująco: dwaj dyplomaci niższego szczebla znaleźli się przypadkowo w restauracji, na którą dokonano terrorystycznego napadu. Zabójcy mieli na twarzach maski z pończoch. Dyplomatom udało się uciec przez tylne drzwi, a kiedy po pewnym czasie wrócili, zastali w lokalu tylko rozhisteryzowane kobiety i jedynego mężczyznę, któremu udało się przeżyć. Natychmiast zameldowali o tym swoim zwierzchnikom, a ci polecili im zawiadomić policję i bezzwłocznie wracać do ambasady. Interesy Związku Radzieckiego nie mogły zostać narażone na szwank w związku z przypadkową obecnością jego przedstawicieli w miejscu budzącego odrazę przestępstwa.
– Przyznasz chyba, że to brzmi bardzo po rosyjsku, prawda? – zapytał Krupkin.
– Ale czy ktoś wam uwierzy? – powątpiewał Aleks.
– To nie ma najmniejszego znaczenia. W Epernon wszystko aż cuchnie Szakalem. Wysadzony w powietrze starzec, dwaj martwi terroryści w maskach z pończoch – Surete wie, co to znaczy. Nawet gdybyśmy brali w tym udział, to po właściwej stronie, więc nie będą się tym za bardzo interesować.
Bourne siedział w milczeniu przy oknie, obok niego Krupkin, a Conklin przed nimi, na rozkładanym dodatkowym miejscu. Nagle Jason oderwał wzrok od uciekającego krajobrazu i rąbnął pięścią w oparcie fotela.
– Boże, moje dzieci! – krzyknął. – Skąd ten skurwiel dowiedział się o Tannenbaum?!
– Proszę mi wybaczyć, panie Bourne – odparł łagodnie Krupkin. – Wiem doskonale, że łatwiej mi to mówić, niż panu uwierzyć, ale już wkrótce skontaktuje się pan z Waszyngtonem. Wiem co nieco o możliwościach waszej Agencji, jeśli chodzi o ukrywanie zagrożonych ludzi, i muszę przyznać, że są one wręcz oszałamiające.
– Chyba nie bardzo, skoro Carlosowi udało się dotrzeć aż tam!
– Może wcale tam nie dotarł. Nie jest wykluczone, że korzystał z innego źródła.
– Nie ma żadnych innych źródeł!
– Tego nigdy nie można być do końca pewnym.
W oślepiających promieniach wczesnopopołudniowego słońca pędzili ulicami Paryża, wypełnionymi tłumem spoconych, zmęczonych upałem ludzi. Wreszcie dotarli do radzieckiej ambasady przy bulwarze Lannes i wjechali przez otwartą bramę. Nikt ich nie zatrzymał. Strażnicy z daleka rozpoznali szarego citroena Krupkina. Samochód zatrzymał się na okrągłym podjeździe przed imponującymi marmurowymi schodami, które prowadziły do zwieńczonego rzeźbionym łukiem wejścia.