Выбрать главу

Aleks nie dawał za wygraną.

– Przecież słyszałeś, co mówił Peter. Nazwiska były fałszywe, trasa pogmatwana, a przede wszystkim nikt nic nie wiedział o Tannenbaum. Nikt! Mamy tu lukę…

– Proszę, oszczędź mi tego waszego żargonu.

– Kiedy to wcale nie jest żargon. Luka to przestrzeń, która wymaga…

– Aleks? – W słuchawce rozległ się gniewny głos Petera Hollanda.

– Tak, słucham?

– Przenosimy ich, ale nawet tobie nie powiem dokąd. St. Jacques wściekł się, bo pani Cooper dopiero co rozpakowała dzieciaki, ale wytłumaczyłem mu, że mają najwyżej godzinę.

– Chcę porozmawiać z Johnnym – powiedział głośno Bourne, nachylając się do słuchawki.

– Miło mi cię poznać, choć tylko przez telefon.

– A ja dziękuję panu za wszystko, co pan dla nas robi – odparł spokojnie Jason. – Naprawdę.

– Wyszło z tego prawdziwe qui pro quo, Bourne. Polując na Szakala, wypłoszyłeś z cuchnącej dziury paskudnego królika, o którym nikt nic nie wiedział.

– To znaczy?

– Nową "Meduzę".

– Macie już coś? – wtrącił się Conklin.

– Na razie badamy powiązania między naszymi Sycylijczykami a pewnymi europejskimi bankami. Czegokolwiek dotknąć, śmierdzi jak cholera, ale już prześwietlamy pewną firmę adwokacką z Wall Street dokładniej niż NASA urządzenia startowe na przylądku Canaveral. Zaciskamy pierścień.

– Szczęśliwych łowów – powiedział Jason. – Może mi pan podać numer do Tannenbaum?

Holland podyktował go, a Aleks zapisał i odłożył słuchawkę.

– Teraz twoja kolej – oświadczył, przesiadając się z fotela przy konsolecie na jeden z ustawionych dookoła stołu.

Jason zajął jego miejsce, spojrzał na pozostawioną przez Conklina kartkę z numerem i wystukał go pośpiesznie.

Przywitanie było krótkie, a pytania, jakie zaraz potem zaczął zadawać Bourne, ostre i suche.

– Z kim rozmawiałeś o posiadłości?

– Chwileczkę, Davidzie – zaprotestował Johnny. – Co przez to rozumiesz?

– Dokładnie to, co słyszysz. Z kim rozmawiałeś o posiadłości Tannenbaum w drodze z Wyspy Spokoju do Waszyngtonu?

– Po tym, jak powiedział mi o niej Holland?

– Na litość boską, chyba nie przed tym, prawda?

– Rzeczywiście nie, Sherlocku Holmesie.

– No więc, z kim?

– Tylko z tobą, mój szanowny szwagrze.

– Co takiego?

– To, co słyszysz. Wszystko odbywało się tak szybko, że zaraz potem zapomniałem, jak się nazywa ta posiadłość, a nawet gdybym pamiętał, to na pewno bym o tym nie trąbił.

– Ale przeciek, który powstał, nie ma nic wspólnego z Langley!

– Ze mną też nie. Posłuchaj, panie profesorze: może nie mam żadnego naukowego tytułu, ale to jeszcze nie znaczy, że jestem kretynem. W pokoju obok śpią teraz dzieci mojej siostry i mam zamiar zrobić wszystko, żeby udało im się spokojnie dorosnąć… W takim razie przeciek musiał powstać na samym początku, zgadza się?

– Tak.

– Poważny?

– Najpoważniejszy. Sam Szakal.

– Jezus, Maria! – wybuchnął St. Jacques. – Jak się tylko tu pojawi, rozedrę go na strzępy!

– Spokojnie, Johnny… – W głosie Jasona zaszła zmiana: gniew ustąpił miejsca namysłowi. – Wierzę ci. O ile pamiętam, opisałeś mi posiadłość, ale nie powiedziałeś, jak się nazywa. To ja ją zidentyfikowałem.

– Zgadza się. Przypominam sobie, bo kiedy Pritchard powiedział mi, że dzwonisz, rozmawiałem z drugiego aparatu z Henrym Sykesem. Pamiętasz Henry'ego? Był zastępcą gubernatora.

– Oczywiście.

– Prosiłem go, żeby miał oko na pensjonat, bo muszę wyjechać na kilka dni. Oczywiście wiedział o tym, bo przecież miał w ręku prośbę o zgodę na lądowanie śmigłowca Amerykańskich Sił Powietrznych. Zapytał mnie tylko, dokąd lecę, a ja powiedziałem, że do Waszyngtonu. Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby mówić mu o Tannenbaum, a on nie pytał o nic więcej, bo i tak się domyślił, że ma to jakiś związek z tym, co się stało na wyspie. Jest fachowcem w tych sprawach. – Umilkł na chwilę, ale zanim Bourne zdążył się odezwać, Johnny jęknął rozpaczliwie: – O, Boże!

– Pritchard – uzupełnił Jason. – Został na linii.

– Ale dlaczego? Dlaczego to zrobił?

– Carlos kupił gubernatora i szefa wydziału do walki z narkotykami. Na pewno kosztowało go to masę pieniędzy. Pritchard z pewnością był dużo tańszy.

– Mylisz się, Davidzie! Nawet jeśli Pritchard jest zarozumiałym, nudnym osłem, to na pewno nie zdradziłby mnie dla pieniędzy. Na wyspach nie liczą się pieniądze, tylko prestiż. Pracując dla mnie, znacznie zyskuje w oczach swojej rodziny i znajomych, a poza tym w gruncie rzeczy mam z niego spory pożytek.

– To musiał być on, Johnny. Nie ma innej możliwości.

– Ale jest sposób, żeby to sprawdzić. Tylko jeden, bo przecież jestem tutaj, nie tam, i na pewno się stąd nie ruszę.

– Co masz na myśli?

– Chcę wtajemniczyć w sprawę Henry'ego Sykesa. Zgadzasz się?

– W porządku.

– Jak się czuje Marie?

– Tak jak można się czuć w naszej sytuacji… Słuchaj, Johnny: nie chcą, żeby cokolwiek o tym wiedziała, rozumiesz? Jeśli do ciebie zadzwoni, a na pewno to zrobi, powiedz jej, że dotarliście na miejsce i że wszystko jest w po rządku. Ani słowa o przeprowadzce i Carlosie.

– Rozumiem.

– Bo chyba wszystko jest w porządku, prawda? Jak tam dzieci? Jamie daje sobie radę?

– Może nie będziesz zachwycony, ale twój syn świetnie się tym wszystkim bawi, a pani Cooper nie pozwoliła mi ani razu dotknąć Alison.

– Jestem zachwycony wszystkim, czego mogę się o nich dowiedzieć.

– To dobrze. A co z tobą? Jakieś postępy?

– Skontaktuję się z tobą – powiedział Jason i odłożył słuchawkę, po czym zwrócił się do Conklina: – To wszystko nie ma najmniejszego sensu, a przecież Carlos zawsze działa celowo, jeśli się dobrze przyjrzeć. Zostawia mi ostrzeżenie, przez które o mało nie wariuję ze strachu, ale nie majak zrealizować groźby. Co o tym myślisz?

– W tym wypadku chodzi mu o to, żeby cię bez przerwy wytrącać z równowagi – odparł Aleks. – Carlos nie może ot, tak sobie, wejść do Tannenbaum, więc postanowił nastraszyć cię, żebyś wpadł w panikę, i to mu się całkowicie udało. Usiłuje cię sprowokować do popełnienia błędu. Chce cały czas kontrolować sytuację.

– Skoro tak, to Marie tym bardziej powinna wrócić do Stanów. Musi to zrobić najszybciej, jak to tylko możliwe! Ma siedzieć w dobrze strzeżonej fortecy, a nie w motelu!

– Dzisiaj jestem bardziej skłonny przyznać ci rację niż wczoraj wieczorem.

Otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Krupkin z wydrukami komputerowymi w dłoni.

– Numer, który mi podałeś, jest teraz wyłączony – powiedział z czymś w rodzaju wahania w głosie.

– A do kogo należał, kiedy był włączony? – zapytał Jason.

– Na pewno wam to się nie spodoba, tak samo jak mnie… Szczerze mówiąc, skłamałbym, gdybym mógł, ale tego nie zrobię, bo wiem, że nie powinienem. Otóż pięć dni temu zgłoszono zmianę właściciela. Przedtem należał do pewnej organizacji, oczywiście nie istniejącej, a teraz do człowieka nazwiskiem Webb… David Webb.

Conklin i Bourne wpatrywali się w milczeniu w oficera radzieckiego KGB, ale milczenie to było pełne napięcia.

– Dlaczego uważasz, że nie spodoba nam się ta informacja? – zapytał wreszcie Conklin.

– Mój dobry, stary przeciwniku – odparł spokojnie Krupkin. – Kiedy twój przyjaciel wybiegł jak szalony z tej restauracji, ściskając w ręku brązowy papier, zwróciłeś się do niego "Davidzie"… Teraz znam jeszcze nazwisko, którego, szczerze mówiąc, wolałbym nie znać.