– Nie.
– Jest pan tego pewien?
– Całkowicie.
– Czy nie jest możliwe, że stał się jednym z was bez pańskiej wiedzy?
– Absolutnie nie. Nawet nie znam go osobiście. Jeśli to ma być jakieś amatorskie przesłuchanie w waszym stylu, to radzę, żeby pan potrenował na kimś innym.
– Czyżby znakomity, nadzwyczaj drogi adwokat miał coś przeciwko udzieleniu odpowiedzi na kilka prostych pytań?
– Nie, ale nie lubię, kiedy się mnie obraża. Powiedział mi pan przez telefon coś bardzo dziwnego. Byłbym wdzięczny, gdyby zechciał pan to wyjaśnić.
– Wkrótce do tego dojdę, może mi pan wierzyć, ale zrobię to na swój sposób. My, Rosjanie, zawsze staramy się chronić nasze flanki. Nauczyliśmy się tego pod Stalingradem – wy, Amerykanie, nigdy nie przeżyliście niczego podobnego.
– Brałem udział w innej wojnie, jak zapewne pan wie – odparł chłodno Ogilvie. – Jeżeli jednak wierzyć podręcznikom historii, sporo wam pomogła wasza zima.
– Przypuszczam, że trudno byłoby o tym przekonać tysiące zamarzniętych Rosjan.
– Z pewnością. Przekazuję panu w związku z tym zarówno moje kondolencje, jak i gratulacje, ale to nie jest wyjaśnienie, którego oczekuję.
– Ja tylko próbuję wytłumaczyć panu pewien truizm, młody człowieku. Jak już ktoś kiedyś powiedział, najczęściej powtarzamy te bolesne lekcje historii, z których uciekliśmy na wagary… My naprawdę chronimy nasze skrzydła, a jeśli ktokolwiek z nas, dyplomatów, odkryje, że zostaliśmy wmanewrowani w jakąś międzynarodową aferę, wzmacniamy je w dwójnasób. Dla takiego erudyty jak pan powinna to być bardzo przejrzysta aluzja.
– Powiedziałbym, że jest wręcz trywialna. Dlaczego pytał pan o admirała Hollanda?
– Za chwilę… Najpierw, jeśli pan pozwoli, zajmiemy się niejakim Aleksandrem Conklinem.
Bryce Ogilvie wyprostował się raptownie i spojrzał ze zdumieniem na swego rozmówcę.
– Skąd pan zna to nazwisko? – zapytał prawie niesłyszalnym szeptem.
– Nie tylko to jedno… Są jeszcze: Panov, Mortimer albo Moishe Panov, żydowski psychiatra, a także mężczyzna i kobieta – według posiadanych przez nas informacji – Jason Bourne i jego żona.
Ogilvie skulił się w fotelu.
– Boże! – krzyknął, otwierając szeroko oczy. – Co oni mają z nami wspólnego?
– Właśnie tego musimy się dowiedzieć – odparł Sulikow, nie spuszczając wzroku z prawnika. – Pan, zdaje się, zna ich wszystkich, prawda?
– Tak… To znaczy, nie! – zaprotestował Ogilvie. Jego twarz zaczerwieniła się, a słowa płynęły jedno za drugim. – To zupełnie inna sprawa, nie ma żadnego związku z naszymi interesami… Włożyliśmy w nie miliony dolarów, to już prawie dwadzieścia lat…
– Zarabiając dziesiątki milionów, jeśli wolno mi panu przypomnieć.
– Swobodny przepływ kapitału na międzynarodowym rynku! – wykrzyknął prawnik. – W tym kraju to nie jest przestępstwo. Wystarczy nacisnąć guzik i pieniądze płyną za ocean. To nie przestępstwo!
Radziecki konsul generalny uniósł wysoko brwi.
– Doprawdy? Szczerze mówiąc, uważałem pana za lepszego fachowca… Wykupywaliście firmy w całej Europie, posługując się nazwami nie istniejących korporacji i podstawionymi ludźmi. Dążyliście do stworzenia monopolu w danej grupie produktów, a kiedy wam się to udało, dyktowaliście ceny. Mam wrażenie, że chodzi tutaj o cenową zmowę i naruszanie reguł gry rynkowej – my w Związku Radzieckim nie mamy z tym problemu, bo wszystkie ceny ustala państwo.
– Nie ma pan na to żadnych dowodów! – wykrzyknął Ogilvie. – Żadnych!
– Zgadzam się, przynajmniej dopóki na świecie istnieją kłamcy i pozbawieni skrupułów, przekupni prawnicy. To prawdziwy labirynt, znakomicie zaprojektowany, i obie strony ciągnęły z niego ogromne zyski. Wy sprzedawaliście nam wszystko, czego potrzebowaliśmy, łącznie z towarami objętymi ścisłym embargiem. Wysyłaliście je nam pod tyloma różnymi nazwami, że w końcu przestały się w tym orientować nawet nasze komputery.
– Nie ma żadnych dowodów! – powtórzył z uporem wzięty adwokat z Wall Street.
– Nie interesują mnie dowody, tylko nazwiska, które panu wymieniłem. Po kolei: admirał Holland, Aleksander Conklin, doktor Panov, a wreszcie Jason Bourne i jego żona. Proszę mi o nich opowiedzieć.
– Ale dlaczego? – zapytał błagalnym tonem Ogilvie. – Przecież już wyjaśniłem, że oni nie mają nic wspólnego ani z panem, ani ze mną, ani z naszymi interesami!
– Podejrzewamy, że jednak mają, więc proszę zacząć. Najlepiej od admirała Hollanda.
– Och, na litość boską! – Prawnik potrząsnął kilkakrotnie głową, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał. – Holland… Dobrze, sam się pan przekona. Mieliśmy w CIA człowieka. Nazywał się DeSole, był świetnym analitykiem, ale w pewnej chwili wpadł w panikę i chciał się od nas odciąć. Oczywiście nie mogliśmy do tego dopuścić, więc go wyeliminowaliśmy, tak samo jak kilku innych, co do których mieliśmy jakieś wątpliwości. Holland na pewno zaczął coś podejrzewać, ale nie miał się do czego przyczepić, bo zawodowcy, których
wynajęliśmy, nie zostawili żadnych śladów. Oni nigdy ich nie zostawiają.
– Bardzo dobrze – powiedział Sulikow, stojąc cały czas przy kominku i nie spuszczając spojrzenia ze zdenerwowanego Ogilvie. – Teraz Aleksander Conklin.
– Były szef placówki CIA, blisko związany z Panovem, psychiatrą. Obaj przyjaźnią się z człowiekiem, którego nazywają Jasonem Bourne'em, i jego żoną. Wszystko zaczęło się dawno temu, jeszcze w Sajgonie. Teraz nagle o mało co nie zostaliśmy zdemaskowani, a DeSole doszedł do wniosku, że maczał w tym palce właśnie Bourne, przy dużej pomocy Conklina.
– W jaki sposób udało mu się to zrobić?
– Nie mam pojęcia. Wiem tylko tyle, że musi zostać wyeliminowany
i że nasi zawodowcy przyjęli zlecenie, a właściwie zlecenia. Oni wszyscy muszą zniknąć.
– Wspomniał pan o Sajgonie.
– Bourne należał do starej "Meduzy" – powiedział cicho Ogilvie. – Jak wszyscy był złodziejem i bandytą… Możliwe, że po prostu poznał kogoś sprzed dwudziestu lat. DeSole wywąchał, że Bourne – nawiasem mówiąc, nie jest to jego prawdziwe nazwisko – został przeszkolony przez Agencję, żeby odegrać rolą międzynarodowego terrorysty i wciągnąć w zasadzkę jakiegoś groźnego mordercę, znanego jako Carlos. Coś jednak im nie wyszło i Bourne poszedł w odstawkę, zdaje się, że z niezłą emeryturą. "Dzięki, chłopie, żeś próbował, ale teraz już po wszystkim…" Wygląda na to, że chciał wyciągnąć jeszcze więcej i dlatego zainteresował się nami. Teraz chyba pan rozumie, prawda? To zupełnie oddzielne sprawy, nie mają ze sobą żadnego związku!
Rosjanin rozplótł złożone za plecami dłonie i oderwał się od kominka. Wyraz jego twarzy świadczył bardziej o trosce niż o niepokoju.
– Czy pan jest ślepy, czy może tylko tak ograniczony, że nie widzi pan nic oprócz własnych interesów?
– Wypraszam sobie takie uwagi! O czym pan mówi, do diabła?
– Związek istnieje, bo takie właśnie były założenia, a wy stanowicie zaledwie produkt uboczny, który nabrał znaczenia wyłącznie za sprawą zbiegu okoliczności.
– Nie rozumiem… – wyszeptał Ogilvie z pobladłą twarzą.
– Przed chwilą mówił pan o jakimś groźnym mordercy, a Bourne'a określił pan jako mało ważnego agenta, który po nieudanej próbie wykonania zadania został odesłany na niezłą emeryturę.
– Tak mi powiedziano…
– Co jeszcze powiedziano panu o Carlosie- Szakalu i człowieku noszącym nazwisko Jason Bourne? Co pan wie o nich?
– Szczerze mówiąc, niewiele. To dwaj podstarzali zabójcy, kompletne męty, polujące na siebie od lat. Zresztą, co to kogo obchodzi? Mnie zależy wyłącznie na utrzymaniu w ścisłej tajemnicy faktu istnienia naszej organizacji, co pan zdaje się podawać w wątpliwość.