Выбрать главу

– Ogilvie…?- Aleks zmarszczył brwi, sięgając pamięcią wiele lat wstecz. – Ten prawnik, oficer z Sajgonu?

– Ten sam. Jesteśmy pewni, że kieruje "Meduzą".

– I nic mi o tym nie powiedziałeś?

– Nie podałem ci nazwy firmy. Przecież ustaliliśmy, że my mamy swoje priorytety, a wy swoje. Dla nas najważniejsza była "Meduza".

– Ty beznadziejny pacanie! – wybuchnął Aleks. – Przecież ja znam Ogilviego, a właściwie znałem! W Sajgonie wszyscy mówili o nim Stalowy Ogilvie, najbardziej kłamliwy prawnik w całym Wietnamie. Mogłem ci podpowiedzieć, gdzie trzeba szukać, żeby odkryć parę jego ciemnych sprawek, ale ty wszystko spieprzyłeś! Mógłby teraz mieć nawet kilka spraw o współudział w zabójstwach, a to na pewno zmusiłoby go do mówienia. Boże, dlaczego mi nie powiedziałeś?

– Szczerze mówiąc, Aleks, nigdy o to nie pytałeś. Założyłeś z góry – wszystko jedno, słusznie czy nie – że i tak nic ci nie powiem.

– Dobra, nieważne. I tak już przepadło. Jutro albo pojutrze dostaniesz naszych dwóch fachowców, więc wyciągnij z nich wszystko, co się da. Obaj myślą tylko o tym, jak ocalić własne tyłki. Capo na pewno będzie próbował kręcić, ale ten drugi cały czas modli się za rodzinę i chyba nie udaje.

– A co wy zrobicie?

– Polecimy do Moskwy.

– Za Ogilviem?

– Nie, za Szakalem. Ale jeśli spotkam Bryce'a, przekażę mu pozdrowienia od ciebie.

Rozdział 35

Buckingham Pritchard siedział obok swego wuja, Cyryla Sylwestra Pritcharda, w gabinecie sir Henry'ego Sykesa w pałacu gubernatora na Montserrat. W pokoju znajdował się także najlepszy miejscowy prawnik, który za namową Sykesa miał służyć pomocą Pritchardom na wypadek, gdyby oskarżono ich o współudział w organizowaniu akcji terrorystycznych. Siedzący za biurkiem sir Henry wpatrywał się właśnie z osłupieniem w prawnika nazwiskiem Jonathan Lemuel. Ten z kolei utkwił spojrzenie w suficie, bynajmniej nie po to, żeby sprawdzić działanie obracającego się leniwie wentylatora, ale po to, by okazać bezgraniczne zdumienie. Lemuel jako czarnoskóry "chłopiec z kolonii" wiele lat temu skończył dzięki rządowemu stypendium studia prawnicze w Cambridge, zarobił sporo pieniędzy w Londynie, a teraz wrócił w rodzinne strony, by spędzić tu jesień życia, rozkoszując się owocami swej pracy. Wyglądało na to, że na prośbę sir Henry'ego miał okazać pomoc dwóm nieprawdopodobnym idiotom, którym w jakiś niepojęty sposób udało się wplątać w poważną międzynarodową aferę.

Bezpośrednią przyczyną osłupienia zastępcy gubernatora i zdumienia Jonathana Lemuela była rozmowa, jaka odbyła się między sir Henrym Sykesem i zastępcą dyrektora Urzędu Imigracyjnego na lotnisku w Montserrat.

– Panie Pritchard, ustaliliśmy ponad wszelką wątpliwość, że pański siostrzeniec podsłuchał rozmowę telefoniczną między Johnem St. Jacques a jego szwagrem, Davidem Webbem. Co więcej, pański siostrzeniec przyznał przed chwilą bez żadnego przymusu, że przekazał panu uzyskane w ten sposób informacje, a pan stwierdził wtedy, że natychmiast musi skontaktować się z Paryżem. Czy to prawda?

– Całkowita prawda, sir Henry.

– Z kim rozmawiał pan w Paryżu? Proszę podać nam numer telefonu.

– Z całym szacunkiem, sir, ale poprzysiągłem dochować tajemnicy. Usłyszawszy tę zdumiewającą odpowiedź, Jonathan Lemuel spojrzał

z niedowierzaniem w sufit.

Pierwszy odzyskał mowę Sykes.

– Co pan przez to rozumie, panie Pritchard?

– Ja i mój siostrzeniec należymy do ogromnej międzynarodowej organizacji skupiającej największych ludzi świata. Obaj przysięgliśmy, że nikomu nie zdradzimy tajemnicy.

– Mój Boże, on w to naprawdę wierzy… – wyszeptał sir Henry.

– Na litość boską! – wybuchnął Lemuel, odrywając spojrzenie od sufitu. – Centrale telefoniczne na wyspach, szczególnie te obsługujące automaty wrzutowe, nie należą do najnowocześniejszych, a ty na pewno otrzymałeś polecenie skorzystania z automatu. Najdalej za dzień lub dwa i tak uda się ustalić ten numer. Dlaczego nie chcesz go teraz podać sir Henry'emu? Przecież widzisz, że mu na tym zależy.

– Dlatego, sir, że nasi wysocy zwierzchnicy w organizacji osobiście bardzo wyraźnie polecili mi nikomu o tym nie mówić.

– A jak się nazywa ta organizacja?

– Nie wiem, sir Henry. W tej sprawie najważniejsza jest ścisła diskrecja, nie rozumie pan?

– Obawiam się, że to pan nie rozumie kilku podstawowych rzeczy, panie Pritchard – wycedził Sykes, tracąc powoli cierpliwość.

– Wręcz przeciwnie, sir Henry, i zaraz to panu ponad wszelką wątpliwość udowodnię! – oznajmił entuzjastycznie czarnoskóry urzędnik, spoglądając kolejno na prawnika, zastępcę gubernatora i wpatrującego się w niego z uwielbieniem siostrzeńca. – Wielka suma pieniędzy została przekazana z pewnego prywatnego banku w Szwajcarii na moje konto tutaj, w Montserrat. Instrukcje, jakie otrzymałem wraz z pieniędzmi, były nadzwyczaj proste:

miałem je wykorzystać na wydatki związane z wykonywaniem rożnych ważnych zadań, jakie otrzymam w przyszłości – transport, żywność, zakwaterowanie. Oczywiście, prowadzę ścisłe rachunki, bo przecież nie mogę nadużyć zaufania, jakie pokładają we mnie tak wspaniali, szczodrzy ludzie…

Henry Sykes i Jonathan Lemuel ponownie wymienili spojrzenia, w których oprócz bezgranicznego zdumienia można było teraz dostrzec także coś w rodzaju fascynacji.

– Czy otrzymał pan jakieś inne zadanie oprócz tego, żeby za pośrednictwem swego siostrzeńca śledzić wszystko, co działo się w Pensjonacie Spokoju?

– Na razie nie, sir, ale jestem pewien, że je otrzymam, kiedy nasi szacowni zwierzchnicy przekonają się, jak wspaniale wykonałem ich pierwsze polecenie.

Lemuel uniósł ostrzegawczo rękę, powstrzymując Sykesa przed wybuchem. Zastępca gubernatora poczerwieniał na twarzy, jakby za chwilę miał paść rażony apopleksją.

– Czy można wiedzieć, ile dokładnie wynosiła ta "wielka suma pieniędzy", którą otrzymałeś ze Szwajcarii?- zapytał łagodnie adwokat. – Pod względem prawnym nie ma to żadnego znaczenia, a sir Henry i tak może uzyskać tę informację z banku, więc możesz spokojnie nam powiedzieć.

– Trzysta funtów! – oznajmił z dumą starszy z Pritchardów.

– Trzysta… Funtów?… – wykrztusił z trudem Lemuel.

– Niezbyt oszałamiające, prawda? – zauważył Sykes, ostrożnie odchylając się na fotelu.

– A jakie mniej więcej poniosłeś wydatki? – pytał dalej prawnik.

– Nie mniej więcej, tylko dokładnie – odparł zastępca dyrektora Urzędu Imigracyjnego lotniska w Montserrat, wyjmując z kieszeni munduru nie wielki notes.

– Mój szanowny wuj jest zawsze nadzwyczaj skrupulatny – poinformował z godnością Buckingham Pritchard.

– Dziękuję ci, siostrzeńcze.

– A więc ile? – powtórzył pytanie adwokat.

– Dokładnie dwadzieścia sześć funtów i dwadzieścia pięć pensów, czyli sto trzydzieści dwa wschodniokaraibskie dolary, licząc po aktualnym kursie. Gdybym je teraz wymienił, zyskałbym dodatkowo czterdzieści siedem centów.

– Niewiarygodne… – wymamrotał wstrząśnięty Sykes.

– Zachowałem wszystkie rachunki – ciągnął urzędnik z coraz większym zapałem. – Trzymam wszystkie w metalowej skrytce w moim mieszkaniu przy Old Road Bay. Siedem dolarów i osiemnaście centów na rozmowy z Wyspą Spokoju – nie mogłem korzystać ze służbowego telefonu. Dwadzieścia trzy dolary i sześćdziesiąt pięć centów za rozmowę z Paryżem. Sześćdziesiąt osiem dolarów i osiemdziesiąt centów za obiad dla mnie i mojego siostrzeńca w Vue Point… Spotkaliśmy się w interesach, ma się rozumieć…