– Wystarczy – przerwał mu Jonathan Lemuel, ocierając chusteczką zroszone potem czoło, mimo że w gabinecie wcale nie było bardzo gorąco.
– Jestem gotów przedstawić wszystkie rachunki we właściwym czasie…
– Powiedziałem, że wystarczy, Cyryl.
– Powinien pan wiedzieć, że odmówiłem pewnemu taksówkarzowi, który zaproponował, że wystawi mi zawyżony rachunek, i zbeształem go z wykorzystaniem powagi mego urzędu…
– Dosyć! – ryknął Sykes. Żyły na jego szyi nabrzmiały, jakby miały lada chwila pęknąć. – Jesteście obaj nieprawdopodobnymi głupcami! Skąd wam przyszło do głowy podejrzewać Johna St. Jacques o jakąś przestępczą działalność?
– Za pozwoleniem, sir Henry – odezwał się młodszy Pritchard. – Ja na własne oczy widziałem, co się wydarzyło w pensjonacie. To było straszne! Trumny na nabrzeżu, spalona kaplica, dookoła wyspy policyjne łodzie, strzały… Minie wiele miesięcy, zanim znowu przyjadą do nas goście.
– Otóż to! – wrzasnął zastępca gubernatora. – Czy myślisz, że John St. Jay chciałby działać na własną szkodę?
– W świecie przestępczym zdarzają się różne przedziwne rzeczy, sir – powiedział z mądrą miną Cyryl Sylwester Pritchard. – Poświęcając się moim służbowym obowiązkom, słyszałem wiele zdumiewających opowieści. Wypadki, o których mówił mój siostrzeniec, miały wszystkim zamydlić oczy i przekonać nas, że przestępcy są jakoby ofiarami. Na szczęście wszystka dokładnie mi wyjaśniono.
– Wyjaśniono ci, tak?! – ryknął sir Henry Sykes, były generał armii brytyjskiej. – Więc teraz pozwól, że ja ci coś wyjaśnię, dobrze? Zostaliście oszukani przez groźnego terrorystę, poszukiwanego niemal na całym świecie! Czy wiesz, jaka kara grozi za współdziałanie z takim przestępcą, wielokrotnym mordercą? Powiem ci wprost, na wypadek gdybyś nie wiedział: śmierć przez rozstrzelanie, a jeśli masz mniej szczęścia, przez powieszenie! A teraz mów, jaki był ten cholerny numer w Paryżu!
– No cóż, biorąc pod uwagę okoliczności… – wybąkał umundurowany urzędnik, starając się zachować resztki godności. Siostrzeniec, który drżał spazmatycznie na całym ciele, kurczowo chwycił wuja za ramię. Ręka Cyryla Sylwestra Pritcharda trzęsła się tak, że sięgając po notatnik, nie mógł nią trafić do kieszeni. – Napiszę go panu. Trzeba prosić Kosa, sir Henry. Po francusku. Ja mówię po francusku, sir Henry. Tylko parę słów, ale mówię…
Wezwany przez uzbrojonego strażnika, udającego w luźnych, białych spodniach i sportowej marynarce przybyłego na weekend gościa, John St. Jacques wszedł do biblioteki w nowym, bezpiecznym miejscu pobytu. Tym razem była to posiadłość w okolicach Chesapeake Bay. Strażnik – mocno zbudowany mężczyzna o latynoskich rysach – wskazał mu aparat stojący na obszernym biurku z drzewa czereśniowego.
– To do pana, panie Jones. Dyrektor.
– Dziękuję, Hektorze – odparł Johnny. – Czy ten "pan Jones" jest naprawdę potrzebny?
– Tak samo jak "Hektor". Naprawdę mam na imię Roger… ale może być i Daniel. Wszystko jedno.
– Rozumiem. – St. Jacques podszedł do biurka i podniósł słuchawkę. – Holland?
– Numer, który zdobył pański przyjaciel Sykes, jest ślepy, ale może nam się przydać.
– Czy mógłby pan mówić po angielsku, jeśli wolno mi zacytować mego szwagra?
– To mała kawiarenka nad samą Sekwaną. Trzeba pytać o Kosa. Jeśli tam jest, udało się nawiązać kontakt, jeśli nie, trzeba próbować jeszcze raz.
– Co to znaczy, że może się przydać?
– Bo umieścimy tam naszego człowieka i będziemy próbować aż do skutku.
– A poza tym co słychać?
– Mogę udzielić tylko dość ogólnej odpowiedzi…
– Niech pana szlag trafi!
– Marie uzupełni wszystkie szczegóły.
– Marie…?
– Jest w drodze do domu, wściekła jak osa, ale na pewno cieszy się jako matka i żona.
– Dlaczego wściekła?
– Bo musiała tłuc się kilkoma samolotami, bynajmniej nie w…
– Na litość boską, dlaczego? – przerwał gniewnie St. Jacques. – Dlaczego nie wysłał pan po nią specjalnej maszyny? Ona jest teraz ważniejsza od tych wszystkich kołków siedzących w waszym Kongresie, więc skoro po nich wysyła pan specjalne samoloty, to po nią powinien pan tym bardziej! Ja nie żartuję, Holland!
– To nie ja wysyłam te samoloty – odparł spokojnie dyrektor CIA. – Te, które wysyłam, wzbudzają zawsze zbyt wiele zainteresowania. Nic więcej nie powiem na ten temat. Jej bezpieczeństwo jest ważniejsze od jej wygody.
– Przynajmniej w jednej sprawie mamy takie samo zdanie, szefuniu. Dyrektor zamilkł na chwilę.
– Wie pan co? – odezwał się wreszcie z wyraźnym rozdrażnieniem w głosie. – Nie jest pan najprzyjemniejszym facetem, z jakim miałem do czynienia.
– Moja siostra jakoś ze mną wytrzymuje, co zresztą potwierdza pańską opinię. Dlaczego ma się cieszyć jako matka i żona, jak pan powiedział?
Holland ponownie milczał przez kilka sekund, tym razem szukając najwłaściwszych słów.
– Wydarzył się dość nieprzyjemny incydent, którego w żaden sposób nie byliśmy w stanie przewidzieć…
– Bodaj was pokręciło! – wybuchnął St. Jacques. – Co tym razem przeoczyliście? Ciężarówkę z amerykańskimi głowicami jądrowymi dla zwolenników ajatollaha w Paryżu? Co się stało, do cholery?
Po stronie Petera Hollanda znowu zapadła cisza, w której słychać było wyraźnie jego przyśpieszony oddech.
– Wie pan co, młody człowieku? Właściwie powinienem teraz odłożyć słuchawkę i zapomnieć o pańskim istnieniu. Z pewnością miałoby to dobro czynny wpływ na moje ciśnienie krwi.
– Słuchaj no, szefuniu. Tu chodzi o moją siostrę i faceta, za którego wyszła za mąż, świetnego faceta, może mi pan wierzyć. Pięć lat temu, wy sukinsyny, o mało nie zabiliście ich w Hongkongu. Nie znam wszystkich szczegółów, bo oboje są zbyt przyzwoici albo zbyt głupi, żeby o nich mówić, ale wiem wystarczająco dużo, żeby nie dać panu nawet posady kelnera w moim pensjonacie!
– Szczerze powiedziane. – Głos Hollanda stracił znacznie na ostrości. – Wiem, że to nie ma znaczenia, ale wtedy nie siedziałem za tym biurkiem.
– To rzeczywiście nie ma znaczenia, bo gdyby pan siedział, zrobiłby pan dokładnie to samo.
– Całkiem możliwe, biorąc pod uwagę okoliczności. Pan chyba też, gdyby je znał. Ale to też nie ma znaczenia. Tamto jest już historią.
– A dzisiaj jest dzisiaj – uzupełnił St. Jacques. – Co się stało w Paryżu? Co to za nieprzyjemny incydent?
– Według relacji Conklina wpadli w zasadzkę na prywatnym lotnisku w Pontcarre, ale udało im się wyrwać. Ani Aleks, ani pański szwagier nie zostali ranni. To wszystko, co teraz mogę powiedzieć.
– Nic więcej nie chcę słyszeć.
– Rozmawiałem niedawno z Marie. Jest w Marsylii, powinna dotrzeć do Stanów jutro rano. Odbiorę ją z lotniska i razem przyjedziemy do Chesapeake.
– A co z Davidem?
– Z kim?
– Z moim szwagrem!
– Ach… Tak, oczywiście. Właśnie leci do Moskwy.
– Co takiego?
Odrzutowiec Aeroflotu włączył wsteczny ciąg i zjechał z pasa startowego na lotnisku Szeremietiewo w Moskwie. Pilot zatrzymał maszynę mniej więcej pół kilometra od budynku dworca, a stewardesa podała pasażerom informację po francusku i rosyjsku:
– Prosimy państwa o pozostanie na miejscach. Opuszczanie samolotu rozpoczniemy za pięć do siedmiu minut.
Informacji nie towarzyszyło żadne wyjaśnienie, więc pasażerowie nie będący obywatelami ZSRR powrócili do swoich lektur w przekonaniu, że opóźnienie jest związane z koniecznością przepuszczenia jakiejś startującej lub lądującej maszyny. Wszyscy pozostali wiedzieli jednak, że przyczyna jest zupełnie inna. Z przedniej, oddzielonej szczelną zasłoną części iła, przeznaczonej dla szczególnie ważnych osobistości, wysiadało kilka osób. W takich wypadkach procedura wyglądała najczęściej w ten sposób, że do drzwi samolotu podjeżdżały specjalnie obudowane schodki, za nimi zaś czarne, eleganckie limuzyny. W chwili gdy siedzący w maszynie pasażerowie mogli dostrzec plecy wsiadających do samochodów osób, w kabinie pojawiała się niemal cała załoga, pilnując, żeby nikt nie wziął do ręki aparatu fotograficznego. Nikt nigdy nie brał. Tajemniczy podróżni znajdowali się pod opieką KGB i z powodów znanych tylko Komitetowi Bezpieczeństwa Publicznego nie mogli być przez nikogo widziani w budynku dworca lotniczego. Rzecz miała się podobnie także tego późnego popołudnia.