Teraz wszystko zależało od precyzji. Każdy ruch, każda czynność musiała być wykonana z myślą o pojmaniu lub zabiciu przeciwnika. Starając się oddychać możliwie spokojnie i opanować drżenie napiętych do granic wytrzymałości mięśni, Bourne cofnął się bezszelestnie korytarzem na mniej więcej trzydzieści kroków od podejrzanych drzwi. Nagle znieruchomiał, bo do jego uszu dotarły dochodzące z mijanych pokoi stłumione pochlipywania i przerażone jęki. Z zainstalowanych we wszystkich pomieszczeniach hotelu głośników dobiegały uspokajające polecenia, sformułowane nieco łagodniej od tych, jakie przekazał Jasonowi i Aleksowi Krupkin: "Prosimy o pozostanie w pokojach i niewpuszczanie nikogo do środka. Nasi ludzie już opanowali sytuację". "Nasi ludzie", nie "milicja" ani "władze", bo te słowa nieodmiennie wywoływały panikę… A właśnie na wywołaniu paniki człowiekowi, który był kiedyś Deltą Jeden, najbardziej w tej chwili zależało. Panika i zamieszanie – odwieczni sprzymierzeńcy myśliwych polujących zarówno na zwierzęta, jak i na ludzi.
Uniósł pistolet, wycelował w jedną z ozdobnych, wiszących pod sufitem lamp i nacisnął dwa razy spust.
– Tutaj! Ten w czarnym ubraniu! – krzyknął co sił w płucach, prawie zagłuszając donośny trzask rozpryskującego się szkła.
Starając się czynić jak najwięcej hałasu, pobiegł korytarzem w kierunku wyjścia, a mijając drzwi naznaczone krwawą smugą, wrzasnął ponownie:
– Schody! Wybiegł na schody!
Celnym strzałem roztrzaskał trzecią lampę; korzystając z donośnego łoskotu, zawrócił raptownie, dla nadania sobie większej prędkości odbił się od ściany i uderzył całym ciężarem rozpędzonego ciała w drzwi. Ustąpiły od razu, wpadając do środka razem z zawiasami, a on runął do wnętrza pokoju i przeturlał się po podłodze z bronią gotową do strzału.
Pomylił się! Zrozumiał to w ułamku sekundy; role uległy odwróceniu, teraz on był zwierzyną! Gdzieś na zewnątrz otworzyły się inne drzwi – nie słyszał tego, tylko wyczuł – więc zaczął się błyskawicznie toczyć w prawą stronę, rozbijając po drodze sprzęty. Jego szeroko otwarte oczy zarejestrowały nieruchomy jak fotografia obraz dwojga starszych ludzi, tulących się do siebie w kącie pomieszczenia.
Ubrana na biało postać wpadła raptownie do pokoju, zataczając szerokie półkola trzymanym w dłoniach, terkoczącym wściekle pistoletem maszynowym. Bourne rzucił się w kierunku przeciwległej ściany, wiedząc, że jeszcze co najmniej pół sekundy będzie w polu martwego ognia, i oddał jeden za drugim kilka strzałów w kierunku napastnika.
Trafił! Szakal dostał w prawe ramię! Broń wypadła mu z ręki, wytrącona siłą uderzenia pocisku; Carlos zacisnął lewą dłoń na otwartej ranie, odwrócił się w błyskawicznym półobrocie i z całej siły kopnął stojącą lampę w kierunku Jasona.
Bourne ponownie nacisnął spust, częściowo oślepiony lecącą na niego masą, lecz tym razem chybił. Natychmiast ponowił próbę, ale zamiast donośnego huku usłyszał tylko suchy, metaliczny szczęk; magazynek był pusty! Niewiele myśląc, rzucił się w kierunku leżącej na podłodze broni Szakala, lecz odziany w białą szatę Carlos odwrócił się i wybiegł przez roztrzaskane drzwi na korytarz. Jason złapał pistolet maszynowy, jednak kiedy zrywał się na nogi, by ruszyć w pogoń, kolano odmówiło mu posłuszeństwa, uginając się miękko pod jego ciężarem. Boże! Doczołgał się do łóżka i przetoczył po nim na drugą stronę, do stojącego na szafce telefonu, tylko po to, by ujrzeć, że z aparatu pozostały tylko żałosne szczątki. Carlos rzeczywiście myślał o wszystkim, starał się spożytkować każdy wybieg i podstęp, z jakiego kiedykolwiek korzystał.
Znowu jakiś dźwięk, tym razem wyraźny i głośny! Metalowe drzwi prowadzące na klatkę schodową otworzyły się, z hukiem uderzając w betonową ścianę; Szakal zbiegał na dół, do głównego holu. Jeśli ci z recepcji zrobili to, czego zażądał Conklin, Carlos znalazł się w pułapce!
Bourne dopiero teraz spojrzał uważniej na kryjącą się w kącie parę starszych ludzi. Poruszyło go, że mężczyzna osłaniał kobietę własnym ciałem.
– Wszystko w porządku – powiedział, mając nadzieję uspokoić ich tonem głosu. – Wiem, że mnie nie rozumiecie, bo nie znam rosyjskiego, ale teraz jesteście już bezpieczni.
– My też nie znamy rosyjskiego – odparł mężczyzna po angielsku, ze stuprocentowym brytyjskim akcentem. – Trzydzieści lat temu na pewno nie chowałbym się w kącie. Ósma Armia generała Montgomery'ego, do usług. Byłem pod El Alamein, ale, jak to mówią, starość nie radość…
– Wolałbym tego nie słyszeć, pułkowniku…
– Tylko kapitanie, jeśli łaska.
– Znakomicie. – Bourne wstał z łóżka i ostrożnie zgiął nogę w kolanie; coś przedtem było nie tak, ale teraz staw funkcjonował prawidłowo. – Muszę zadzwonić!
– Z tego wszystkiego najbardziej oburzył mnie ten szlafrok – ciągnął weteran spod El Alamein. – Pieprzone obrzydlistwo… Wybacz mi, kochanie.
– O czym pan mówi?
– O tym białym szlafroku! Należał do Binky'ego – też jest z żoną, mieszkają naprzeciwko – a on z kolei zwędził go z Beau- Rivage w Lozannie. Już za to należały mu się cięgi, ale co go podkusiło, żeby dawać go temu wariatowi…
Nie czekając na dalszy ciąg, Jason chwycił broń Szakala i popędził do pokoju po drugiej stronie korytarza; kiedy tam wpadł, pojął w ciągu ułamka sekundy, że Binky zasługuje na znacznie więcej szacunku i podziwu, niż gotów był mu okazać stary kapitan. Mężczyzna leżał bez ruchu na podłodze, krwawiąc obficie z zadanych nożem ran na brzuchu i szyi.
– Nie mogę się nigdzie dodzwonić! – wykrzyknęła kobieta o mocno przerzedzonych, siwiejących włosach. Klęczała na podłodze obok męża, zanosząc się histerycznym łkaniem. – Walczył jak szaleniec! Jakby wiedział, że ten ksiądz nie będzie strzelał…
– Niech pani mocno ściśnie brzegi rany! – polecił jej Bourne, rozglądając się w poszukiwaniu telefonu. Był, nietknięty! Podbiegł do aparatu, ale nie wykręcił numeru recepcji, tylko zadzwonił do apartamentu.
– To ty, Krupkin? – usłyszał głos Aleksa.
– Nie, to ja. Carlos jest na schodach w tym skrzydle, do którego pobiegłem. Pokój po prawej stronie, siódme drzwi, ciężko ranny człowiek. Przyślij kogoś, szybko!
– Za chwilę. Mam bezpośrednią łączność z dołem.
– Gdzie jest ten ich oddział specjalny, do cholery?
– Właśnie przyjechali. Krupkin dzwonił dosłownie kilka sekund temu, dlatego myślałem, że…
– Idę na schody.
– Na litość boską, dlaczego?
– Dlatego, że on jest mój!
Jason rzucił się do drzwi, nie tracąc czasu na pocieszanie rozpaczającej kobiety; nawet gdyby chciał, nie potrafiłby znaleźć odpowiednich słów. Wypadł na schody, ściskając w dłoniach broń Szakala, popędził na dół, ale prawie natychmiast zatrzymał się, niemal ogłuszony łoskotem własnych kroków, i ściągnął zarówno buty, jak i skarpetki. Chłodne dotknięcie kamiennej powierzchni przywiodło mu nagle na myśl lata spędzone w dżungli, kojarząc się z zimną, poranną rosą. To przelotne, oderwane wspomnienie sprawiło, że udało mu się częściowo opanować – dżungla zawsze była sprzymierzeńcem Delty.
Schodził piętro za piętrem, śledząc wzrokiem plamy świeżej krwi, teraz znacznie większe i wyraźniejsze. Druga rana była zbyt poważna, żeby Carlos mógł powstrzymać krwawienie. Sądząc po śladach, dwa razy próbował to uczynić, ale po kilku krokach jego wysiłki spełzały na niczym, o czym świadczyły pozostawione na stopniach szerokie, szkarłatne smugi.
Drugie piętro, pierwsze… Pozostał już tylko parter! Szakal znalazł się w pułapce! Gdzieś tam, w zaczynającej się pod stopami Bourne'a ciemności, czekał na swoją śmierć jego największy wróg. Jason zatrzymał się, wyjął z kieszeni pudełko hotelowych zapałek, podpalił je i rzucił przez poręcz, gotów w każdej chwili nacisnąć spust i zasypać gradem pocisków wszystko, co ukazałoby się w migotliwym blasku.