– Słyszę cię, choć nie wiem, czy to mówi David Webb, czy Jason Bourne – odparł Conklin. – W porządku, cofam to, co powiedziałem o odwróconej sytuacji z Paryża, ale to oznacza, że musimy działać bardzo szybko i dla tego wolałbym jednak rozmawiać z Bourne'em. Co teraz zrobimy? Przede wszystkim, gdzie jesteś?
– Jakieś sześć lub siedem mil od domu generała Swayne'a – poinformował go Jason, oddychając głęboko i czując, jak powoli zaczyna znowu panować nad sobą. – Rozmawiałeś z nim?
– Dwie godziny temu.
– Nadal jestem Kobrą?
– Czemu nie? Przecież to wąż.
– Powiedziałem to Armbrusterowi. Nie sprawiał wrażenia zachwyconego.
– Swayne będzie zachwycony jeszcze mniej, ale to tylko moje przeczucia, których nie potrafię dokładnie wyjaśnić.
– Co masz na myśli?
– Nie jestem pewien, lecz odnoszę wrażenie, że on komuś podlega.
– Pentagon? Burton?
– Tak przypuszczam, ale nie wiem. Oczywiście w pierwszej chwili prawie zupełnie go sparaliżowało, a potem zareagował jak uczestnik gry zaangażowany w nią co najwyżej do połowy. Kilka razy wymknęły mu się zdania w rodzaju: "Będziemy musieli nad tym pomyśleć", albo: "Trzeba to przedyskutować". Z kim przedyskutować? Na samym początku rozmowy dałem mu jasno do zrozumienia, że nikt poza nami dwoma nie może się o niej dowiedzieć, a on wyjeżdża mi potem z jakimś kulawym "my", jakby nasz znakomity generał miał zwyczaj dyskutować z samym sobą. Szczerze mówiąc, nie chce mi się w to wierzyć.
– Ani mnie – zgodził się Jason. – Muszę się przebrać. Mam ubranie w samochodzie.
– Co?
Bourne obrócił się w ciasnej budce i rozejrzał dookoła. Niemal natychmiast zobaczył to, czego szukał: drzwi męskiej toalety w ścianie budyneczku stacji benzynowej.
– Powiedziałeś, że Swayne mieszka na dużej farmie na zachód od Manassas…
– Poprawka – przerwał mu Aleks. – On nazywa to farmą, natomiast sąsiedzi i urząd podatkowy dwudziestoośmioakrową posiadłością ziemską. Całkiem nieźle jak na zawodowego żołnierza z niezbyt zamożnej rodziny w Nebrasce, który przed trzydziestu laty poślubił fryzjerkę z Hawajów. Kupił tę ziemię dziesięć lat temu za pieniądze pochodzące rzekomo z jakiegoś spadku, którym obdarzył go nadzwyczaj zamożny, lecz niemożliwy do odnalezienia wujek. To właśnie wzbudziło moje podejrzenia. Swayne dowodził w Sajgonie Korpusem Kwatermistrzowskim i zaopatrywał "Meduzę"… Ale co to ma wspólnego z tym, że musisz się przebrać?
– Chcę się trochę rozejrzeć. Dostanę się tam jeszcze za dnia, żeby cokolwiek zobaczyć, a kiedy się ściemni, złożę mu nie zapowiedzianą wizytę.
– Jestem pewien, że wywrzesz odpowiednie wrażenie, ale nie rozumiem, co chcesz tam znaleźć?
– Po prostu lubię farmy. Są duże i rozległe, a poza tym nie jestem w stanie pojąć, dlaczego zawodowy żołnierz, który w każdej chwili może zostać wysłany w dowolny zakątek świata, miałby się obarczać tak dużą nieruchomością.
– Ja również zacząłem się nad tym zastanawiać, choć większy nacisk kładłem na pytanie "w jaki sposób", a nie "dlaczego". Przyznaję, że twoje podejście może okazać się bardziej interesujące.
– Zobaczymy.
– Bądź ostrożny. Może mieć system alarmowy, psy i Bóg wie co jeszcze.
– Jestem przygotowany – odparł Jason Bourne. – Zrobiłem trochę zakupów.
Letnie słońce wisiało już nisko nad zachodnim horyzontem, kiedy Bourne zmniejszył prędkość wynajętego samochodu i opuścił osłonę, by uniknąć oślepienia przez rozjarzoną, żółtą kulę ognia. Już wkrótce słońce skryje się za górami Shenandoah i ziemię zaleje mrok, stanowiący preludium prawdziwej ciemności. Jason czekał właśnie na nią: noc, w której poruszał się szybko i bezszelestnie, wyczuwając nieomylnie wszystkie czyhające na niego zasadzki, była jego najlepszym przyjacielem i sprzymierzeńcem. W przeszłości dżungla przyjmowała go bez wrogości, wiedząc, że choć jest intruzem, to szanuje ją i traktuje jak część samego siebie. On z kolei nie bał się jej, bo zapewniała mu ochroną i umożliwiała osiągnięcie celu; stanowił z nią jedność, tak samo jak teraz z gęstym lasem otaczającym posiadłość generała Normana Swayne'a.
Główny budynek dzieliła od drogi odległość nie przekraczająca długości dwóch boisk do piłki nożnej. Wysoki parkan oddzielał wjazd po prawej stronie od wyjazdu usytuowanego po lewej; obie bramy, strzegące dostępu do długiego, przypominającego kształtem literę U podjazdu, były wykonane z grubych metalowych prętów. Dookoła rozciągał się gęsty, splątany las, będący naturalnym przedłużeniem i wzmocnieniem ogrodzenia. Brakowało tylko strażniczych budek przy bramach.
Bourne wrócił na chwilę pamięcią do Chin, a konkretnie do Pekinu i rezerwatu dzikich ptaków, gdzie dopadł zabójcę podającego się za Jasona Bourne'a. Tam były budki strażnicze i uzbrojone patrole, przeczesujące bujny las… a także szaleniec, rzeźnik dowodzący armią morderców, w której prym wodził fałszywy Bourne. Udało mu się wtedy wedrzeć na pilnie strzeżony teren, unieruchomić znajdujące się tam pojazdy, a następnie wyeliminować po kolei wszystkie napotkane patrole i wreszcie dotrzeć do oświetlonej blaskiem pochodni polany, na której dostrzegł buńczucznego szaleńca i jego kohortę fanatyków. Czy dzisiaj uda mi się dokonać tego samego – zastanawiał się Bourne przejeżdżając po raz trzeci przed posiadłością Swayne'a, starając się zapamiętać wszystko, co widzi. Pięć lat później, trzynaście lat po Paryżu? Usiłował podejść do sprawy możliwie najbardziej obiektywnie. Nie był już młodym człowiekiem z Paryża ani bardziej dojrzałym z Hongkongu, Makau i Pekinu. Miał pięćdziesiąt lat i czuł wyraźnie ich ciężar na karku, ale teraz nie wolno mu zaprzątać sobie tym głowy. Musi myśleć o wielu innych sprawach, a poza tym dwudziestoośmioakrowa posiadłość generała Normana Swayne'a nie była przecież dziewiczym lasem rezerwatu Jing Shan.
Mimo to, podobnie jak uczynił to wtedy na obrzeżu Pekinu, zjechał samochodem z drogi między gęste krzewy i wysoką trawę, po czym wysiadł z wozu i zamaskował go starannie gałęziami. Szybko gęstniejąca ciemność uzupełni ewentualne braki kamuflażu, a wraz z jej nastaniem będzie mógł przystąpić do dzieła. Przebrał się już w męskiej toalecie na stacji benzynowej; miał teraz na sobie czarne spodnie, czarny, obcisły pulower i również czarne buty na grubej gumowej podeszwie. To był jego strój roboczy, natomiast przedmioty, które rozłożył na ziemi koło samochodu, stanowiły narzędzia pracy zakupione po opuszczeniu Georgetown. Znajdował się wśród nich długi myśliwski nóż, który wsadził za pasek; dwustrzałowy pneumatyczny pistolet w nylonowej kaburze, wyrzucający pociski zdolne błyskawicznie uśpić każde atakujące zwierzę, nie wyłączając specjalnie szkolonych psów; dwie flary przeznaczone teoretycznie do oświetlania unieruchomionych na szosie pojazdów; niewielka lornetka firmy Zeiss- Ikon o szkłach 8x10, przytroczona do spodni paskiem materiału z samoprzylepnymi rzepami; mała latarka; rzemienne sznurowadła; a wreszcie kieszonkowe nożyce do cięcia drutu na wypadek, gdyby natrafił na metalową siatkę. Wyposażenie uzupełniał pistolet dostarczony mu przez Centralną Agencję Wywiadowczą. W chwili gdy zapadła ciemność, Jason Bourne zniknął w głębi lasu.