Jason przytroczył lornetkę do paska, usiłując zrozumieć to, co widział. Miał wrażenie, że oglądał niemy film bez napisów, w którym wszystkie gesty były zupełnie naturalne, pozbawione teatralnej przesady. Nie ulegało żadnej wątpliwości, że chodziło tu o mniej lub bardziej klasyczny trójkąt małżeński, ale to nie wyjaśniało przyczyny istnienia ogrodzenia zwieńczonego drutem kolczastym. Przyczyna ta musiała jednak istnieć, a on musiał ją poznać.
Przeczucie podpowiedziało mu, że ma ona z pewnością coś wspólnego z barczystym mężczyzną, który wszedł do niewielkiego budynku, z trzaskiem zamykając za sobą drzwi. Bourne musiał tam się dostać i stanąć twarzą w twarz z człowiekiem będącym fragmentem zapomnianej przeszłości. Uniósł się ostrożnie na nogi i przemykając od jednej sosny do drugiej, dotarł do końca podjazdu, a następnie ruszył dalej, trzymając się zalesionego skraju szutrowej drogi.
Nagle zatrzymał się i padł na ziemię, gdyż usłyszał odgłos nie mający nic wspólnego ze szmerem pogrążonego we śnie lasu. Był to odgłos toczących się po żwirze kół. Bourne odturlał się w bok, by znieruchomieć pod nisko wiszącymi gałęziami sosny, rozglądając się w poszukiwaniu źródła dźwięku.
Dostrzegł je po kilku sekundach. Był to niewielki, dziwaczny pojazd stanowiący skrzyżowanie trójkołowego motocykla z miniaturowym wózkiem golfowym, o szerokich, pokrytych głębokim bieżnikiem oponach, bez wątpienia nie tylko bardzo stabilny, ale i zdolny do osiągania znacznych prędkości. Sprawiał dość groźne wrażenie, na dachu kołysała się bowiem długa, giętka antena, kabinę kierowcy otaczały zaś grube, wypukłe szyby z kuloodpornego pleksiglasu, w razie ataku pozwalające kierowcy na spokojne ściągnięcie posiłków drogą radiową. "Farma" generała Normana Swayne'a wyglądała coraz bardziej interesująco… A potem, zupełnie niespodziewanie, zaczęła się makabra.
Zza domku – a właściwie chaty, gdyż ściany były wykonane z grubych bali połączonych krzyżowo na rogach – wyłonił się drugi trójkołowy pojazd i zatrzymał się w odległości dosłownie kilku centymetrów od pierwszego. Obaj kierowcy jak roboty zwrócili głowy w stronę niepozornej budowli; po chwili z niewidocznego głośnika rozległ się ostry, nawykły do wydawania rozkazów głos:
– Sprawdzić bramy, wypuścić psy i wznowić patrolowanie terenu!
Jakby kierując się wskazaniami choreografa, pojazdy jednocześnie ruszyły z miejsca, wykręciły w przeciwne strony i zniknęły w ciemności. Na wzmiankę o psach Bourne sięgnął odruchowo do tylnej kieszeni i wyciągnął z niej pistolet na sprężone powietrze, po czym poczołgał się najszybciej, jak mógł, w kierunku ogrodzenia. Jeśli psy zaatakują grupą, nie będzie miał innego wyboru, jak wspiąć się po siatce i przeskoczyć nad drutem kolczastym na drugą stronę, bo za pomocą dwustrzałowego pistoletu uda mu się wyeliminować tylko dwa naraz. Na ponowne załadowanie z pewnością zabraknie mu czasu. Przykucnął, gotów do skoku, rozglądając się czujnie dookoła. Tuż nad ziemią, gdzie nie było już gałęzi, wzrok sięgał stosunkowo daleko.
Nagle na szutrowej drodze pojawił się czarny doberman. Biegł spokojnie, bez wahania, najwyraźniej nie wyczuwając żadnego obcego zapachu, kierując się jedynie w wyznaczone miejsce. Drugi pies, który wyłonił się z ciemności w chwilę potem – długowłosy owczarek – zwolnił i zatrzymał się, powodowany nie tyle instynktem, co wpojonym tresurą przyzwyczajeniem. Bourne błyskawicznie odgadł, z czym przyjdzie mu mieć do czynienia: były to samce przyzwyczajone bronić swego terytorium, oznaczonego wyraźnymi zapachowymi granicami. Właśnie takiej behawiorystycznej dyscyplinie hołdowali azjatyccy chłopi i właściciele niewielkich spłachetków ziemi, którzy musieli liczyć się z kosztami żywienia zwierząt mających za zadanie bronić gruntu zapewniającego minimum utrzymania licznej rodzinie ich właściciela. Należało wytresować kilka psów, możliwie najmniej, i przydzielić im na stałe określone tereny, a i tak do alarmu, jaki podniósłby jeden z nich, natychmiast dołączyłyby pozostałe. Azja… Wietnam… "Meduza"! Wspomnienia powróciły! Niewyraźne, nieuchwytne zarysy… Sylwetki… Młody, potężnie zbudowany mężczyzna w mundurze wysiada z jeepa i wrzeszczy ile sił w płucach na niedobitki patrolu, który wrócił z akcji na drodze równoległej do Szlaku Ho Szi Mina. Tego samego mężczyznę, tylko starszego i jeszcze potężniejszego, widział zaledwie przed chwilą przez lornetkę! Wiele lat temu właśnie ten człowiek obiecał im dostawy zaopatrzenia – amunicję, moździerze, granaty, radiostacje. Nie przywiózł nic, jeśli nie liczyć narzekań Dowództwa Sajgonu, że "wy, cholerni kryminaliści, znowu próbujecie nas zrobić w konia". Była to nieprawda. Dowództwo zareagowało zbyt późno i śmierć dwudziestu sześciu ludzi poszła na marne.
Bourne pamiętał teraz wszystko tak dokładnie, jakby wydarzyło się to godzinę albo minutę temu. Wyszarpnął wówczas bez ostrzeżenia z kabury swoją czterdziestkę piątkę i wycelował ją w czoło zbliżającego się podoficera.
– Jeszcze jedno słowo i jest pan trupem, sierżancie. – Tak, ten człowiek był sierżantem! – Albo jutro o piątej rano zjawi się pan tu ze sprzętem, albo osobiście pofatyguję się do Sajgonu i rozmażę pana na ścianie burdelu, w którym akurat pana znajdę. Czy wyrażam się jasno, czy też chce mi pan oszczędzić podróży? Zważywszy na nasze straty, wolałbym rozwalić pana tutaj, na miejscu.
– Dostaniecie wszystko, co chcecie.
– Tres bien! – wykrzyknął najstarszy członek oddziału, Francuz, który wiele lat później miał mu ocalić życie w rezerwacie ptaków pod Pekinem. – Tu es formidable, monfils! – Miał rację, a teraz już nie żył. D'Anjou, człowiek, o którym zaczęły już krążyć legendy.
Jason został gwałtownie przywołany do rzeczywistości. Długowłosy owczarek, warcząc coraz głośniej, zaczął krążyć na drodze; do jego nozdrzy dotarł zapach człowieka. Po kilku sekundach, kiedy pies zlokalizował miejsce, z którego dobiegała niepokojąca woń, wstąpił w niego prawdziwy szał: z gardła wydobył mu się przeraźliwy ryk i rzucił się z obnażonymi kłami w kierunku intruza. Bourne wyprostował się raptownie i oparł plecami o parkan; w prawej, wyciągniętej przed siebie ręce trzymał pneumatyczny pistolet, lewa zaś była gotowa do przeprowadzenia błyskawicznej akcji. Nawet najdrobniejszy błąd mógł oznaczać zniweczenie planu przygotowanego na ten wieczór. Kiedy ogarnięte szałem zwierzę rzuciło się na niego całym ciężarem ciała, Jason nacisnął dwukrotnie spust i chwycił lewą ręką głowę psa, jednocześnie starając się kolanem odsunąć jego tułów i uderzające z ogromną siłą, zakończone ostrymi pazurami łapy. Po kilku sekundach najpierw wścieklej, a potem coraz bardziej rozpaczliwej i nie skoordynowanej szamotaniny zwierzę znieruchomiało, nie wydawszy żadnego odgłosu, który mógłby zwrócić czyjąś uwagę. Bourne położył ostrożnie na ziemi oszołomionego narkotykiem psa i ponownie przyczaił się, niepewny, czy nie zaatakują go za chwilę inne zwierzęta, zaalarmowane jakimś nieuchwytnym dla zmysłów człowieka sygnałem.
Nic takiego nie nastąpiło. Noc wypełniał jedynie szmer przegrodzonego metalową siatką lasu. Jason schował pneumatyczny pistolet do kabury i podkradł się z powrotem do szutrowej drogi, czując, jak do oczu skapują mu z czoła krople piekącego potu. Rzeczywiście, przerwa była zbyt długa. Jeszcze kilka lat temu krótka potyczka z psem nie wywarłaby na nim żadnego wrażenia – un exercice ordinaire, jak powiedziałby legendarny D'Anjou – ale teraz sprawy miały się zupełnie inaczej. Był do szpiku kości przesiąknięty czystym, niemożliwym do opanowania strachem. Gdzie podział się tamten człowiek? Musi zmusić go do powrotu, bo przecież w tej grze chodziło o życie Marie i dzieci.