Выбрать главу

– Tak? Jestem w sklepie… Będę za kilka minut.

– Znasz tych księży?

– Tylko tego, który każe się tytułować wikarym. Wpada często po datki. To właściwie nie są księża, tylko kapłani miejscowego obrządku. Bardzo miejscowego, jeśli wiesz, co mam na myśli.

– Jest z nimi ten wikary?

– Tak, na samym przedzie.

– To dobrze… Zmieniamy plan, Johnny. Zanieś ubranie do swojego biura, a potem wyjdź do nich i powiedz, że chce się z nimi zobaczyć pewien wysoki przedstawiciel władz, który pragnie złożyć ofiarę w podziękowaniu za ich modlitwy.

– Co takiego?

– Później ci wytłumaczę, a teraz się pośpiesz. Spotkamy się w holu.

– Chciałeś powiedzieć, w moim biurze? Przecież kazałeś mi zanieść tam ubrania…

– Przebiorę się później. Słuchaj, masz tam jakiś aparat fotograficzny?

– Nawet trzy albo cztery. Goście ciągle je gubią, więc…

– Połóż je wszystkie przy ubraniach – przerwał mu Jason. – Tylko prędko! – Wetknął radiotelefon za pasek, ale po chwili zmienił zdanie, wyjął go i wręczył Fontaine'owi. – Niech pan go trzyma. Wezmę inny i będziemy w kontakcie. Co widać na dole?

– Idą do budynku, a nasz księżulo rozgląda się we wszystkie strony. Jest cholernie przerażony.

– Gdzie patrzy? – Bourne sięgnął szybko po lornetkę.

– Wszędzie.

– Cholera!

– Są już przy drzwiach.

– Muszę się przygotować…

– Pomogę panu.

Stary Francuz wstał ze stołka, podszedł do stojącego przy drzwiach wieszaka i zdjął z niego wojskową marynarkę i czapkę.

– Jeżeli chce pan zrobić to, co myślę, to radzę się trzymać blisko ściany i nie odwracać zbyt często. Zastępca gubernatora jest trochę tęższy od pana. Musimy trochę wypchać marynarkę na plecach.

– Zna się pan na tym, prawda? – zapytał Jason, pozwalając nałożyć na siebie ubranie.

– Wszyscy Niemcy byli zawsze grubsi od nas, szczególnie kaprale i sierżanci. To przez tę kiełbasę… Mieliśmy swoje sposoby. – Nagle Fontaine na brał raptownie powietrza w płuca i zatoczył się, jakby trafiony znienacka kulą. – Mon Dieu…! Cest terrible! Gubernator…

– O co chodzi?

– Gubernator!

– Co gubernator?

– Na lotnisku! Wszystko odbyło się tak szybko, tak nagle… A potem śmierć mojej żony i zabójstwo… Boże, nie mogę sobie darować!

– O czym pan mówi?

– Ten człowiek, którego mundur ma pan na sobie, jest jego zastępcą!

– Wiem o tym.

– Ale nie wie pan, monsieur, że swoje instrukcje otrzymałem nie od kogo innego, jak od samego gubernatora!

– Instrukcje?

– Instrukcje Szakala! Gubernator pracuje dla niego!

– Boże! – wykrztusił z trudem Bourne i rzucił się do stołka, na którym Fontaine zostawił radiotelefon. Zanim nacisnął guzik, odetchnął kilka razy głęboko, żeby się opanować. – Johnny?

– Na litość boską! Mam obie ręce zajęte, idę właśnie do biura, a w holu czekają już na mnie ci cholerni mnisi! Czego znowu chcesz, do diabła?

– Uspokój się i słuchaj uważnie. Jak dobrze znasz Henry'ego?

– Sykesa? Człowieka gubernatora?

– Tak. Widziałem go kilka razy, ale nic o nim nie wiem.

– Znam go całkiem nieźle. Gdyby nie on, ty nie miałbyś swojego domu, a ja Pensjonatu Spokoju.

– Czy ma jakiś kontakt z gubernatorem? Czy teraz informuje go na bieżąco o wszystkim, co się dzieje? Zastanów się dobrze, Johnny, bo to bardzo ważne. W willi jest przecież telefon, więc mógłby zadzwonić do siedziby gubernatora. Zrobił to?

– Chodzi ci o samego gubernatora?

– O kogokolwiek z jego otoczenia.

– Na pewno nie. Wszystko jest trzymane w tajemnicy, tak że nawet policja nie ma pojęcia o tym, co się dzieje. A jeżeli chodzi o gubernatora, to zna tylko ogólny plan, bez żadnych nazwisk ani szczegółów. Poza tym wypłynął na ryby i nie chce o niczym słyszeć, dopóki się wszystko nie skończy. Sam tak powiedział.

– Wierzę ci.

– A dlaczego pytasz?

– Później ci wytłumaczę. Pośpiesz się!

– Czy mógłbyś wreszcie przestać mnie poganiać? Jason odłożył radiotelefon i zwrócił się do Fontaine'a.

– Wszystko jasne: gubernator nie należy do armii Carlosa. Prawdopodobnie współpracuje z nim na tej samej zasadzie, co ten prawnik Gates z Bostonu. Został kupiony albo zmuszony szantażem, ale nie oddał mu duszy.

– Jest pan tego pewien? To znaczy, czy pański szwagier jest tego pewien?

– Facet wypłynął na ryby. Zna tylko ogólny plan i kazał, żeby o niczym go nie informować, dopóki wszystko się nie skończy.

– Szkoda, że mam już taką sklerozę – powiedział z głębokim westchnieniem Francuz. – Gdybym przypomniał sobie w porę, moglibyśmy go wykorzystać. Proszę, oto marynarka.

– W jaki sposób? – zapytał Bourne, ponownie wyciągając ramiona.

– Usunął się… Jak to się mówi?

– W cień. Nie bierze udziału w grze, jest jedynie obserwatorem.

– Znałem wielu takich jak on. Wszyscy życzyli Carlosowi, żeby przegrał. On też tego pragnie. To dla niego jedyne wyjście, ale sam zbyt się boi, żeby podnieść na Szakala rękę.

– Skoro tak, to w jaki sposób mielibyśmy go przekonać? – Jason zapinał guziki, podczas gdy Fontaine poprawiał z tyłu pasek i układał fałdy materiału.

– Le Cameleon zadaje takie pytania?

– Wyszedłem z wprawy.

– Ach, oczywiście… – mruknął Francuz, zdecydowanym ruchem poprawiając mu pas. – To ten człowiek, do którego sumienia apelowałem.

– Proszę dać spokój… A więc, jak?

– Tressimpłe, monsieur. Powiemy mu, że Szakalowi już doniesiono o jego zdradzie. Ja mu to powiem. Czemu miałby nie uwierzyć wysłannikowi monseigneura?

– Widzę, że jest pan prawdziwym fachowcem.

Bourne wciągnął brzuch, a Fontaine obejrzał go uważnie ze wszystkich stron, wygładzając fałdy marynarki.

– Jestem tym, któremu udało się przeżyć; ani lepszym, ani gorszym od innych. Może z wyjątkiem mojej żony. Z nią miałem naprawdę dużo szczęścia.

– Bardzo ją pan kochał, prawda?

– Czy ją kochałem? Och, takie rzeczy uważa się za oczywiste, choć rzadko się o nich mówi. Moim zdaniem jednak przede wszystkim chodzi o to, żeby dobrze czuć się w obecności drugiej osoby. Wielka namiętność nie gra tak ważnej roli. Nie trzeba kończyć zdania, a mimo to wszystko jest jasne, i wystarczy jedno spojrzenie, żeby wywołać wybuch śmiechu, choć nikt nie powiedział ani słowa. Myślę, że to przychodzi z czasem.

Jason stał przez chwilę bez ruchu, wpatrując się w starego mężczyznę dziwnym spojrzeniem.

– Chciałbym dożyć takiego czasu. Bardzo bym chciał… Lata, które przeżyliśmy do tej pory z żoną, pozostawiły dużo blizn, które zagoją się całkowicie dopiero wtedy, kiedy coś we mnie się zmieni albo zupełnie zniknie… Tak to właśnie wygląda.

– W takim razie jest pan zbyt silny, zbyt uparty albo zbyt głupi! Proszę tak na mnie nie patrzeć. Już powiedziałem: nie boję się ani pana, ani nikogo innego. Jeżeli wszystko, co pan mówi, jest prawdą, to mam dla pana jedną radę: proszę darować sobie wszystkie myśli o miłości i skoncentrować się wyłącznie na nienawiści. Skoro nie mogę dyskutować z Davidem Webbem, szturcham Jasona Bourne'a. Szakal musi zginąć, a zabić go może tylko Bourne… Proszę, oto czapka i ciemne okulary. Radzę trzymać się blisko ściany, bo będzie pan wyglądał jak wojskowy paw z szeroko rozłożonym ogonem.

Nie odzywając się ani słowem, Bourne założył czapkę z daszkiem i okulary, po czym wyszedł z pomieszczenia. Schodząc szybko po drewnianych schodach, o mało nie wpadł na pierwszym piętrze na niosącego tacę ciemnoskórego, ubranego w biały strój kelnera. Skinął głową chłopakowi, który cofnął się, ustępując mu z drogi, kiedy nagle kątem oka dostrzegł jakieś poruszenie; kelner wyciągał z kieszeni elektroniczny sygnalizator! Jason zawrócił raptownie i rzucił się na młodego mężczyznę, wytrącając mu z rąk zarówno urządzenie, jak i tacę, która z donośnym brzękiem upadła na podłogę. Chwyciwszy kelnera za gardło, podsunął mu pod nos sygnalizator.