Выбрать главу

– Nie trzeba, młody człowieku. Podróżuję bez bagaży. Proszę tylko dać mi klucz i wskazać, którędy mam iść.

– Oczywiście, sir!

– Mam nadzieję, że w pokoju znajdę jak zwykle kilka butelek jakiejś przyzwoitej whisky?

– Jeżeli ich nie będzie, sir, natychmiast przyślemy. Ma pan konkretne życzenia?

– Ma być po prostu dobra, czerwone i czarne nalepki. Białe są dla gówniarzy, prawda?

– Tak jest, sir.

Dwadzieścia minut później, ze świeżo umytą twarzą i drinkiem w dłoni, Prefontaine podniósł słuchawkę i wykręcił numer doktora Randolpha Gatesa.

– Tu rezydencja państwa Gates – odezwał się kobiecy głos.

– Daj spokój, Edie. Poznałbym twój głos nawet pod wodą, choć to było już prawie trzydzieści lat temu.

– Ja także znam pański głos, ale nie mogę sobie skojarzyć…

– Nie przypominasz sobie młodego adiunkta na wydziale prawa, usiłującego wycisnąć siódme poty z twojego męża, który jednak nic sobie z tego nie robił i chyba słusznie, bo jakiś czas potem wylądowałem w pace? Byłem pierwszym sędzią okręgowym, którego tak załatwiono, a najgorsze jest to, że całkowicie słusznie.

– Brendan? Dobry Boże, to naprawdę ty! Nigdy nie uwierzyłam w te wszystkie okropne rzeczy, które o tobie wygadywano.

– A powinnaś, moja droga, bo to była prawda. Teraz muszę jednak po rozmawiać z naszym lordem. Jest w domu?

– Chyba tak, choć szczerze mówiąc, nie jestem pewna. Ostatnio niezbyt często się do mnie odzywa.

– Sprawy nie układają się zbyt dobrze, kochanie?

– Bardzo chciałabym z tobą porozmawiać, Brendan. On ma okropny problem, o którym wcześniej nic nie wiedziałam.

– Podejrzewałem coś takiego, Edie. Oczywiście porozmawiamy, ale na razie muszę zamienić parę słów z nim. Natychmiast.

– Zawiadomię go przez interkom.

– Tylko nie mów mu, że to ja, Edith. Powiedz, że dzwoni człowiek nazwiskiem Blackburne z wyspy Montserrat na Karaibach.

– Proszę?

– Zrób, co mówię, śliczna Edie. To dla jego dobra, a także dla twojego… Chyba nawet bardziej dla twojego, jeśli okaże się, że to wszystko prawda.

– On jest chory, Brendan.

– Owszem. Spróbujemy go wyleczyć. Daj go na linię.

– Nie rozłączaj się.

Cisza trwała nieskończenie długo: co najmniej dwie minuty, które ciągnęły się jak dwie godziny, aż wreszcie w słuchawce rozległ się zachrypnięty głos Randolpha Gatesa.

– Kim pan jest? – warknął powszechnie szanowany autorytet prawniczy.

– Uspokój się, Randy. To tylko ja, Brendan. Edith nie poznała mojego głosu, aleja poznałem jej. Ty zawsze miałeś szczęście.

– Czego chcesz? O co chodzi z tą Montserrat?

– Właśnie stamtąd wróciłem i…

– Wróciłeś?!

– Pomyślałem sobie, że przydałoby mi się trochę wypoczynku.

– Nie wierzę… – wyszeptał rozpaczliwie Gates przez ściśnięte gardło.

– Lepiej, żebyś uwierzył, bo to prawda, która zmieni teraz całe twoje życie. Otóż spotkałem tam kobietę z dwojgiem dzieci, którą tak bardzo się interesowałeś… Pamiętasz ją? To fascynująca historia i chciałbym, żebyś usłyszał ją ze wszystkimi szczegółami. Miałeś zamiar ich zabić, Dandy Randy, a to nieładnie. Bardzo nieładnie.

– Nie wiem, o czym mówisz! Nigdy nie słyszałem ani o Montserrat, ani o żadnej kobiecie z dwojgiem dzieci! Jesteś cholernym, bredzącym od rzeczy pijakiem i zaprzeczę wszystkim twoim szaleńczym oskarżeniom, udowadniając, że to tylko majaczenia przestępcy alkoholika!

– Dobrze powiedziane. Niestety, sedno twoich kłopotów tkwi nie w moich oskarżeniach, lecz w Paryżu.

– W Paryżu?

– Dokładniej mówiąc, chodzi o pewnego człowieka, o którym myślałem, że jest jedynie fikcyjną postacią, ale okazało się, że to prawdziwa osoba. Nie będę ci teraz dokładnie opowiadał, jak do tego doszło, tylko wspomnę, że na Montserrat wzięto mnie za ciebie.

– Za mnie? – Prefontaine musiał wytężyć słuch, żeby dosłyszeć drżący szept Gatesa.

– Tak. Niezwykłe, prawda? Całe nieporozumienie zaczęło się chyba wtedy, kiedy ów człowiek z Paryża zadzwonił do ciebie tutaj, do Bostonu, a ktoś poinformował go, że wyjechałeś. Obaj dysponujemy nadzwyczaj bystrymi, inteligentnymi umysłami, obaj interesowaliśmy się kobietą z dwojgiem dzieci, więc nic dziwnego, że pomylono nas ze sobą.

– Co się właściwie stało?

– Uspokój się, Randy. W tej chwili tamten człowiek myśli, że nie żyjesz.

– Że co?

– Usiłował mnie zabić. To znaczy, ciebie. Za niedotrzymanie umowy.

– O, Boże!

– Kiedy się dowie, że żyjesz i objadasz się w Bostonie różnymi smakołykami, uderzy ponownie, ale tym razem nie popełni błędu.

– Jezus, Maria!

– Zdaje się jednak, że istnieje pewne wyjście z tej sytuacji, i właśnie dlatego musisz się koniecznie ze mną spotkać. Tak się przypadkowo składa, że mieszkam w Ritzu w tym samym apartamencie co ty, kiedy widzieliśmy się ostatnim razem. 3- C. Wystarczy wsiąść na dole do windy. Bądź tu dokładnie za pół godziny, ale pamiętaj, że strasznie nie lubię, kiedy ktoś się spóźnia, bo narusza to mój rozkład dnia, a jestem bardzo zajętym człowiekiem. Aha, przy okazji: moje honorarium wynosi dwadzieścia tysięcy dolarów za godzinę lub każdą jej część, więc nie zapomnij zabrać ze sobą pieniędzy. Dużo pieniędzy. W gotówce.

Jestem gotowy, pomyślał z zadowoleniem Bourne, przyglądając się swemu odbiciu w lustrze. Ostatnie trzy godziny spędził na przygotowaniach do podróży do Argenteuil, do restauracji noszącej nazwę Le Coeur du Soldat, skrzynki kontaktowej Kosa, czyli Szakala. Kameleon dostosował swój strój do miejsca, w którym miał się znaleźć: ubranie było zwyczajne, ciało i twarz raczej nie. To pierwsze zdobył w sklepach z używaną odzieżą na Montmartrze, gdzie kupił sprane spodnie, wojskową koszulę i wyblakłą wstążkę odznaczenia przyznawanego w czasie wojny żołnierzom, którzy odnieśli rany na polu bitwy. To drugie wymagało przefarbowania włosów, jednodniowego zarostu i jeszcze jednego bandaża, zaciśniętego na kolanie z taką siłą, że nawet gdyby chciał, nie udałoby mu się zapomnieć o powłóczeniu nogą, które starannie przećwiczył i błyskawicznie opanował. Włosy i brwi były teraz ciemnorude, brudne i zaniedbane; wygląd ten pasował jak ulał do otoczenia, w którym obecnie Jason przebywał, to znaczy do taniego hoteliku na Montparnasse, gdzie recepcjonista i właściciel pragnęli za wszelką cenę ograniczyć do minimum kontakty z klientami.

Rana na karku bardziej go teraz irytowała, niż przeszkadzała mu; albo zdążył się już przyzwyczaić do opatrunku, albo rozpoczął się proces gojenia. Ograniczona swoboda ruchów mogła mu być bardzo przydatna w nowym przebraniu: zgorzkniały, niepełnosprawny weteran, zapomniany przez ojczyznę, o której wolność walczył. Jason wsadził do kieszeni spodni otrzymany od Bernardine'a pistolet, przeliczył pieniądze, sprawdził, czy ma kluczyki do samochodu i myśliwski nóż, schowany pod koszulą, po czym otworzył drzwi i utykając wyszedł z małego, brudnego, przygnębiającego pokoiku. Następny przystanek stanowił niepozorny peugeot w podziemnym garażu niedaleko placu Vendome.

Znalazłszy się na ulicy, ruszył przed siebie na piechotę, doskonale bowiem zdawał sobie sprawę, iż gdyby w tej części Montparnasse wsiadł do taksówki, natychmiast zwróciłby na siebie uwagę. Na rogu ulicy, koło kiosku z prasą, dostrzegł jakieś zamieszanie. Ludzie wykrzykiwali coś w podnieceniu, gestykulując i pokazując sobie trzymane w rękach gazety. Wiedziony instynktem przyśpieszył kroku, podszedł do kiosku, rzucił monetę i wziął jedną z wyłożonych gazet.

Kiedy spojrzał na wydrukowany ogromną czcionką tytuł, przestał na chwilę oddychać i o mało nie zatoczył się pod wpływem doznanego wstrząsu. Teagarten zabity! Zabójcą Jason Bourne! Jason Bourne! Szaleństwo! Co się stało? Czyżby znowu zaczynało się to wszystko, przez co przeszedł w Hongkongu i Makau? Czyżby zaczął tracić resztę zdrowych zmysłów? A może to sen, koszmar tak wyrazisty i podobny do rzeczywistości, że wreszcie stał się nią, zamykając Webba w pułapce bez wyjścia? Przedarłszy się przez tłum, podszedł chwiejnym krokiem do kamiennej ściany budynku, oparł się o nią, łapiąc powietrze szeroko otwartymi ustami i usiłując rozpaczliwie odzyskać jasność myśli. Aleks! Telefon!