– Co się stało?! – ryknął do słuchawki, połączywszy się z miasteczkiem Vienna w stanie Wirginia.
– Uspokój się i posłuchaj – odparł bezbarwnym głosem Conklin. – Muszę dokładnie wiedzieć, gdzie jesteś. Bernardine przyjedzie po ciebie i wydostanie cię stamtąd. Wsadzi cię w concorde'a odlatującego do Nowego Jorku.
– Zaczekaj chwilę! Zaczekaj… To sprawka Szakala, prawda?
– Z tego, co wiemy, wynika, że zamach zorganizowała jakaś organizacja muzułmańskich fanatyków z Bejrutu. Wykonawca jest nieistotny. Może to on, a może nie. W pierwszej chwili nie chciałem w to wierzyć, po tym, co się stało z DeSole'em i Armbrusterem, ale wygląda na to, że wszystko się zgadza. Teagarten od dawna domagał się wysłania sił NATO do Bejrutu i zrównania z ziemią każdej kryjówki Palestyńczyków. Otrzymywał już wcześniej pogróżki. Tyle tylko że tam, gdzie w grę wchodzi "Meduza", nie wierzę w żadne przypadki. Jeśli ci chodzi o konkretną odpowiedź, to oczywiście robota Szakala.
– Zwalił to na mnie! Carlos zwalił wszystko na mnie!
– Cwany z niego kutas, nie ma co gadać. Ścigasz go, a on uziemia cię w Paryżu.
– Musimy to odwrócić!
– O czym ty gadasz, do diabła? Musisz uciekać!
– Nie ma mowy. On będzie myślał, że to zrobiłem, a ja tymczasem pojawię się w jego gnieździe.
– Oszalałeś! Uciekaj, dopóki możemy ci pomóc!
– Zostaję. Carlos domyśli się, że muszę to zrobić, jeśli chcę go dostać, a jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że mnie uziemił, jak to powiedziałeś. Będzie oczekiwał, że swoim zwyczajem wpadnę w panikę i wykonam jakiś fałszywy ruch, tak jak na Wyspie Spokoju, i wtedy jego armia starców odnajdzie mnie bez trudu, szukając we właściwych miejscach i wiedząc, za kim się rozglądać. Cwaniak z niego! Chce mną wstrząsnąć, żeby zmusić mnie do popełnienia błędu. Ja go znam, Aleks, wiem, jak myśli, i właśnie dlatego uda mi się go przechytrzyć. Zostanę na odkrytym terenie, dość już mam krycia się w jaskiniach!
– W jakich jaskiniach?
– Nieważne, to taka przenośnia. Zjawiłem się tutaj przed śmiercią Teagartena, nic mi nie będzie.
– Wpadłeś po uszy! Uciekaj!
– Przykro mi, święty Aleksie, ale tutaj mi dobrze. Ruszam za Szakalem.
– Może jednak uda mi się wykurzyć cię stamtąd. Rozmawiałem kilka godzin temu z Marie. Znasz najnowsze wiadomości, stetryczały neandertalczyku? Ona leci do Paryża, żeby cię odszukać!
– Nie może tego zrobić!
– Powiedziałem jej dokładnie to samo, ale nie była w nastroju do słuchania rad. Powiedziała, że zna wszystkie miejsca, w których kryliście się trzynaście lat temu, kiedy was szukaliśmy, i że ty na pewno znowu z nich skorzystasz.
– To prawda, ale ona nie może…
– Powiedz to jej, nie mnie.
– Jaki jest numer do pensjonatu? Nie chciałem do niej dzwonić… Szczerze mówiąc, robiłem wszystko, żeby nie myśleć ani o niej, ani o dzieciach.
– To najrozsądniejsze stwierdzenie, jakie ostatnio od ciebie słyszałem. Uważaj, dyktuję. – Conklin podał mu numer; jak tylko skończył, Bourne przerwał połączenie, by wdać się w nie mający końca rytuał podawania numerów kolejnych kart kredytowych, przerywany sygnałami międzynarodowych central telefonicznych. Wreszcie, pokonawszy opór jakiegoś debila w recepcji Pensjonatu Spokoju, dotarł do swojego szwagra.
– Daj mi Marie! – zażądał.
– David?!
– Tak… David. Poproś Marie.
– Nie mogę. Wyjechała godzinę temu.
– Dokąd?!
– Nie chciała mi powiedzieć. Wynajęła samolot z Blackburne, ale nawet nie pisnęła, na jaką wyspę ma zamiar lecieć. Z większych w pobliżu są Antigua i Martynika, choć równie dobrze mogłaby dotrzeć na St. Maartens albo Puerto Rico. A w ogóle to wybierała się do Paryża.
– Dlaczego jej nie zatrzymałeś?
– Próbowałem, Davidzie. Jak Boga kocham, próbowałem!
– Nie przyszło ci na myśl, żeby ją zamknąć?
– Marie?
– Tak, rozumiem… Może tu być najwcześniej jutro rano.
– Słyszałeś najnowsze wiadomości? – zapytał St. Jacques. – Zamordowano generała Teagartena, a w telewizji podają, że to podobno Jason…
– Zamknij się – warknął Bourne, odkładając słuchawkę, po czym wyszedł z budki i powłócząc nogą ruszył przed siebie ulicą, usiłując zebrać resztki rozproszonych myśli.
Peter Holland, dyrektor Centralnej Agencji Wywiadowczej, zerwał się z fotela i ryknął na siedzącego przed biurkiem mężczyznę z protezą zamiast stopy:
– Mam nic nie robić?! Czyś ty postradał zmysły?
– A czy ty postradałeś swoje, kiedy wydałeś oświadczenie o wspólnej operacji brytyjskiego i amerykańskiego wywiadu w Hongkongu?
– Przecież to prawda, do cholery!
– Istnieją różne rodzaje prawdy. Jeden z nich to kłamstwo, które stosuje się wtedy, kiedy wymaga tego dobro sprawy.
– Gówniane gadanie trzęsących portkami polityków!
– Nie powiedziałbym tego, Dżyngis- chanie. Słyszałem o wielu takich, którzy woleli zginąć niż zdradzić tę prawdę, od której najwięcej zależało… Nie wiesz, o czym mówisz, Peter.
Zirytowany Holland usiadł z powrotem w fotelu.
– Może rzeczywiście nie nadaję się do tego.
– Niewykluczone, ale daj sobie jeszcze trochę czasu. Jeszcze zdążysz się ubabrać, tak jak my wszyscy. Wszystko może się zdarzyć.
Dyrektor CIA odchylił się do tyłu, opierając głowę na miękkiej poduszce fotela.
– Byłem ubabrany bardziej niż ktokolwiek z was, Aleks – powiedział cichym głosem. – Jeszcze teraz budzę się w nocy, widząc przed sobą twarze młodych ludzi, którym własnoręcznie podrzynałem gardła, zdając sobie doskonale sprawę, że oni nie mają najmniejszego pojęcia, dlaczego tam się znaleźli…
– Wybór był prosty: albo ty, albo oni. Gdyby mogli, na pewno wpakowaliby ci kulę w głowę.
– Chyba masz rację. – Holland nagle pochylił się nad biurkiem i utkwił w Aleksie ostre spojrzenie swoich oczu. – Ale mam wrażenie, że nie o tym rozmawiamy, prawda?
– Można by to nazwać wariacją na temat.
– Przestań pieprzyć.
– To nie pieprzenie, tylko termin muzyczny, a ja lubię muzykę.
– Skoro tak, to wróć do głównej linii melodycznej. Ja też lubię muzykę.
– W porządku. Bourne zniknął. Powiedział mi, że znalazł jaskinię – to jego określenie, nie moje – w której na pewno uda mu się wytropić Szakala. Nie wspomniał jednak, gdzie to jest, a tylko jeden Bóg raczy wiedzieć, kiedy znowu zadzwoni.
– Wysłałem do hotelu Pont Royal człowieka z ambasady, żeby zapytał o Simona. Powiedzieli ci prawdę: Simon wynajął pokój, wyszedł i nie wrócił. Gdzie on może być, do diabła?
– Gdzieś, gdzie nie zwróci na siebie niczyjej uwagi. Bernardine miał pewien pomysł, ale nic z tego nie wyszło. Myślał, że uda mu się zlokalizować Bourne'a dzięki numerowi rejestracyjnemu tego wynajętego samochodu, ale wóz stoi w garażu, tak jak stał. Bourne nikomu nie ufa, nawet mnie, a biorąc pod uwagę jego dotychczasowe doświadczenia, trudno mu się dziwić. Oczy Hollanda miotały zimne błyskawice gniewu.
– Chyba nie próbujesz mnie okłamać, Conklin?