– Aleja skończyłem college! Jestem inżynierem.
– Więc będziesz budował wspaniałe latryny i projektował znakomite dziury do srania na pustyni! – roześmiał się Maurice. – Francois, opowiedz mu, jak traktuje się żółtodziobów.
– Ci z wykształceniem muszą się najpierw nauczyć walczyć – powiedział Jason, mając nadzieję, że tak jest w istocie.
– Otóż to! – wykrzyknął Belg. ~ Dlatego, że budzą podejrzenia. Czy nie zaczną wątpić? Czy nie będą chcieli myśleć zamiast po prostu wykonywać rozkazy? Naprawdę, mon ami, na twoim miejscu nie chwaliłbym się tym college'em.
– Niech to wychodzi na jaw po trochu – dodał Bourne. – Wtedy, kiedy będą tego potrzebować, nie wtedy, kiedy ty będziesz chciał im to dać.
– Bien! – potwierdził z przekonaniem Maurice. – On wie, o czym mówi. Prawdziwy legionnaire!
– Umiesz walczyć? – zapytał Jason. – Potrafiłbyś kogoś zabić?
– Zamordowałem nożem i gołymi rękami moją narzeczoną, jej dwóch braci i kuzyna. Pieprzyła się z bogatym bankierem z Nashville, a oni ich kryli, bo tamten gość płacił im za to kupę forsy… Tak, potrafię zabijać, panie Francois.
"Polowanie na zabójcę z Nashville…"
"Młody inżynier sprawcą straszliwego mordu…"
Bourne pamiętał doskonale te tytuły, gdyż widział je w gazetach zaledwie kilka tygodni temu.
– Możesz zgłosić się do Legii – powiedział, patrząc w oczy młodemu Amerykaninowi.
– Mogę się na pana powołać, gdyby robili mi jakieś trudności?
– To by ci raczej zaszkodziło, niż pomogło. Jeśli cię przycisną, powiedz prawdę. Trudno o lepsze referencje.
– Aussi bien! On wie, co to Legia! Z reguły nie przyjmują szaleńców, ale często… Jak to powiedzieć, Francois?
– Przymykają oczy.
– Oui. Przymykają oczy albo… encore, Francois?
– Albo szukają nadzwyczajnych okoliczności.
– Widzisz? Mój przyjaciel Francois ma łeb na karku. Zastanawiam się, w jaki sposób udało mu się przeżyć.
– W taki, że się tym za bardzo nie chwalę, Maurice.
Podszedł do nich kelner przepasany najbrudniejszym fartuchem, jaki Jason widział w życiu, i poklepał Belga po ramieniu.
– Votre table, Rene.
Belg zbył wzruszeniem ramion zdziwione spojrzenia obu mężczyzn.
– Też imię, tak samo dobre, jak każde inne. Quelle difference? Chodź my coś przekąsić. Jak będziemy mieli szczęście, to może nas nie otrują.
Ryba, jaką im podano, sprawiała dość podejrzane wrażenie, więc na wszelki wypadek Maurice i Ralph popili ją czterema butelkami lichego wina. Życie w lokalu toczyło się tak samo, jak co wieczór. Od czasu do czasu wybuchały mniejsze lub większe bójki, szybko likwidowane przez barczystych kelnerów, a grzmiąca marszowa muzyka wywoływała u byłych żołnierzy przypływ wspomnień; niezależnie od tego, czy byli zwykłym mięsem armatnim, czy służyli w doborowych oddziałach, odczuwali wielką dumę, ponieważ udało im się przeżyć okropności, o jakich ich paradujący w eleganckich mundurach przełożeni nie mieli najmniejszego pojęcia. Gwar rozmów zwykłych żołnierzy walczących w Korei i Wietnamie niczym się nie różnił od tego, jaki towarzyszył wojskom faraonów. Oficerowie zawsze wydawali rozkazy z głębokich tyłów, a zwykli żołnierze ginęli, żeby potwierdzić lub zakwestionować słuszność ich decyzji. Bourne doskonale pamiętał Sajgon i nie dziwił się istnieniu takiego miejsca jak Le Coeur du Soldat.
Główny barman, potężnie zbudowany łysy mężczyzna w drucianych okularach, podniósł słuchawkę ukrytego pod kontuarem telefonu. Jason obserwował go między przesuwającymi się postaciami. Wzrok barmana błądził bez celu po pomieszczeniu – to, co słyszał, było chyba bardzo ważne, a to, co widział, nie miało najmniejszego znaczenia/Powiedział kilka słów, po czym sięgnął drugą ręką pod ladę; wykręcał numer. Kilka sekund później powiedział znowu jedno lub dwa zdania i odłożył słuchawkę. Kolejność wydarzeń była dokładnie taka sama jak ta, o jakiej opowiadał na Wyspie Spokoju stary Fontaine: wiadomość odebrana, wiadomość przekazana. Tym, komu ją przekazano, był Szakal.
Bourne widział już wszystko, co chciał zobaczyć tego wieczoru. Teraz należało spokojnie to przemyśleć, a być może wynająć ludzi, tak jak robił już nieraz. Ludzi bez znaczenia, których można przekupić lub zastraszyć, żeby nie pytając o nic, wykonywali jego rozkazy.
– Przyszedł człowiek, z którym miałem się spotkać – powiedział do ledwo przytomnych Maurice'a i Ralpha. – Mam wyjść z nim na zewnątrz.
– Opuszczasz nas? – załkał Belg.
– T- to nieładnie… To b- b- bardzo nieładnie – oświadczył Amerykanin z Południa.
– Tylko na dzisiejszy wieczór. – Bourne nachylił się nad stolikiem. – Współpracuję z innym byłym legionistą, który ma na oku coś, co może przynieść kupę forsy. Nie znam was, ale wyglądacie na porządnych facetów. – Wyciągnął z kieszeni dwa banknoty pięćsetfrankowe i podał po jednym każdemu ze współbiesiadników. – Macie… tylko szybko schowajcie!
– A niech mnie…
– Merde!
– Niczego nie obiecuję, ale może nam się przydacie. Trzymajcie gęby na kłódkę i wyjdźcie stąd jakieś piętnaście minut po mnie. Tylko ani kropli więcej, jutro macie być zupełnie trzeźwi… O której otwierają tę spelunkę, Maurice?
– Wątpię, czy w ogóle ją zamykają… Kiedyś byłem tu nawet o ósmej rano. Oczywiście, nie ma wtedy takiego tłoku, ale…
– Spotkamy się około południa. Trzeźwi, rozumiecie?
– Znowu będę le caporal extraordinaire Legii, tak jak kiedyś! Mam założyć mundur? – zapytał Maurice i głośno beknął.
– Do diabła, nie!
– A ja założę g- garaitur i k- k- krawat. Mam k- krawat, słowo daję!
– Nie! Obaj macie być ubrani tak jak teraz, tyle że trzeźwi. Rozumiecie, co do was mówię?
– Mówisz jak Amerykanin, mon ami.
– Właśnie.
– Nie jestem Amerykaninem, ale nawet gdybym był, to chyba prawda nie jest tu artykułem pierwszej potrzeby?
– Ou est- ce que…
– Ja rozumiem, o co mu chodzi. G- g- gada jak tacy faceci, co zawsze chodzą w k- k- krawatach.
– Pamiętaj, Ralph: żadnego garnituru. Do zobaczenia jutro.
Bourne wstał od stolika, ale nagle uderzyła go pewna myśl. Zamiast ruszyć do drzwi skierował się powoli w stronę baru. Wszystkie miejsca były zajęte, więc delikatnie wcisnął się bokiem między dwóch klientów, zamówił drinka, a następnie poprosił o serwetkę, na której, nie kryjąc się, napisał długopisem po francusku kilka zdań:
"Gniazdo Kosa jest warte co najmniej milion franków. Ceclass="underline" dyskretne doradztwo w interesach. Bądź za pół godziny za rogiem, przy starej fabryce. Niczym nie ryzykujesz. Jeśli przyjdziesz sam, czeka dodatkowo 5000 franków".
Bourne wsunął pod serwetkę stufrankowy banknot i dał znak ręką barmanowi, który poprawił niecierpliwym gestem okulary, jakby uznał to za impertynencję. Podszedł niespiesznym krokiem i oparł na kontuarze grube, pokryte tatuażem ramię.
– O co chodzi? – zapytał gburowato.
– Napisałem do ciebie kartkę z wiadomością – odparł kameleon, wpatrując się nieruchomym spojrzeniem w jego oczy. – Jestem sam i mam nadzieję, że weźmiesz pod uwagę moją prośbę. Mam niesprawną nogę, ale to nie znaczy, że nie mam pieniędzy. – Bourne szybkim, lecz delikatnym ruchem podsunął barmanowi serwetkę i banknot, po czym, obrzuciwszy go jeszcze jednym, prze ciągłym spojrzeniem, odwrócił się i wyraźnie utykając, ruszył do drzwi.
Znalazłszy się na zewnątrz, pobiegł w kierunku wylotu alejki. Oceniał, że interludium przy barze zajęło mu od ośmiu do dwunastu minut. Wiedząc o tym, że barman na pewno odprowadził go wzrokiem aż do drzwi, nie spojrzał w kierunku swoich kompanów, ale był przekonany, że w dalszym ciągu siedzieli przy stoliku. Ani czołgista, ani Ralph nie byli w najlepszej formie, w ich stanie zaś upływające minuty nie miały najmniejszego znaczenia. Jason żywił jednak nadzieję, że pięćset franków obudzi w każdym z nich coś w rodzaju poczucia obowiązku i że wyjdą z lokalu zgodnie z jego poleceniem. Z pewnym zdziwieniem stwierdził, że znacznie większe zaufanie pokłada w mężczyźnie posługującym się imionami Maurice i Rene niż w Ralphie. Były porucznik Legii Cudzoziemskiej miał wykształcony bezwarunkowy odruch, nakazujący wykonać każdy rozkaz; wykonywał je, wszystko jedno, trzeźwy czy pijany. Jason miał nadzieję, że tak samo będzie tym razem. Pomoc tych dwóch ludzi nie była niezbędna, lecz na pewno mogła mu się przydać, zakładając oczywiście, że barman z Le Coeur du Soldat przejawi zainteresowanie podanymi sumami pieniędzy i zdecyduje się spotkać z inwalidą, którego wedle wszelkiego prawdopodobieństwa mógłby zabić jedną ręką.