Выбрать главу

Kardal pchnął drzwi i wszedł do komnaty Sabriny. Jak zwykle była u siebie i czekała na niego. Tym razem jednak nie powitała go uśmiechem.

– Nie mogę w to uwierzyć! – Jej oczy ciskały błyskawice. – Nie należą do ciebie, nie wolno ci ich tu trzymać!

– Czyżbym miał więcej niewolnic? Dotąd wiedziałem tylko o tobie. – Był naprawdę zdumiony.

Prychnęła wściekle.

– Nie mogę uwierzyć, że zrabowane skarby nadal zamierzasz trzymać w ukryciu. Czyżbyś nie miał sumienia? To wszystko trzeba oddać prawowitym właścicielom.

– Ach tak, Rafe wspominał, że natknął się na ciebie w podziemiach.

Podszedł do barku, na którym Adiva przygotowała napoje. Szanując zwyczaje swego ludu, Kardal nigdy nie pił alkoholu w obecności rodaków, lecz gdy przebywał z ludźmi z Zachodu, czasami raczył się drinkiem, traktując to jako gest towarzyski. Sabina sprawiała jednak, że coraz częściej po prostu musiał sobie wypić.

– Te rzeczy bezwzględnie trzeba zwrócić – powtórzyła z mocą. – Przecież należą do historycznego dziedzictwa różnych narodów.

Kardal wrzucił do szklanki kostki lodu, nalał whisky i pociągnął spory łyk.

– Ciekawa uwaga. Ale komu tak naprawdę miałbym to oddać? Mijały lata, jedne państwa powstawały, inne znikały, przesuwały się granice. Wiele się zmieniło.

– Wiele, ale nie wszystko.

– Zmiany są ogromne. Weźmy na przykład jajka Fabergego. Od dawna nie ma już cara, dla którego były robione. Po caracie byli komuniści, którzy niedawno oddali władzę nowej formacji. Więc niby kto jest teraz prawnym właścicielem tych klejnotów? Potomkowie carskiej rodziny? A może obecny prezydent?

– Jest takie pojęcie jak „narodowe dziedzictwo", ale zostawmy to. Rzeczywiście z jajkami Fabergego jest pewien problem, lecz jeśli chodzi o diadem Elżbiety I czy drogocenne kamienie skradzione w Bahanii oraz El Baharze, to sprawa jest jasna.

– Niczego nie ukradłem. – Kardal uniósł ręce do góry. – Ja tylko przechowuję to, co na przestrzeni wieków zdobyli moi rodacy.

– Zrabowali…

– W porządku, zrabowali. A wiesz dlaczego? Bo ktoś tego źle pilnował. Więc jeśli potomkowie tych, którzy dopuścili do straty, pragną odzyskać narodowe skarby, to niech sobie je ukradną z mojego skarbca.

– Nie wszyscy chcą być złodziejami – syknęła Sabrina. Była tak wściekła, że wprost zapierało jej dech, co Kardalowi bardzo się podobało. Gwałtownie falująca pierś, wypieki na policzkach, oczy sypiące gromy… Zaiste, wspaniały i podniecający widok.

I nagle pomyślał, że ta kobieta, tak doskonale piękna, inteligentna i obdarzona wspaniałym temperamentem, na pewno urodzi mądre i ładne dzieci.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! – zawołała.

– Z zapartym tchem. Moje serce bije tylko po to, by ci służyć.

Odwróciła się do okna i patrzyła, jak słońce chowa się za horyzontem.

– Próbujesz cyniczną drwiną wykręcić się od tematu. Nic z tego! – Spojrzała na niego ostro. – Złodziejstwo to nie jest zaszczytna tradycja, lecz ty, jak widzę, jesteś z niej dumny. A przecież to wstyd i hańba!

– Od tysiąca lat byliśmy złodziejami i dopiero w poprzednim pokoleniu ta tradycja, jako sposób życia, zaczęła zanikać. Nadal jednak jest naszym – spojrzał na nią spod oka – uświęconym „dziedzictwem kulturalnym". – Odetchnął z ulgą, bo Sabrina niczym w niego nie cisnęła. – Może z czasem dogadamy się z niektórymi rządami i zwrócimy kilka rzeczy, ale jeszcze nie teraz. Zrozum, nasze społeczeństwo nie jest jeszcze do tego mentalnie gotowe, choć zmiany, jakie w ostatnich dziesięcioleciach u nas zaszły, są ogromne.

– Ogromne? – prychnęła. – Złodziejstwo jako dziedzictwo kulturalne…

– Nie drwij, proszę… Posłuchaj, mam dla ciebie pewną propozycję.

– Tak? – Spojrzała na niego nieufnie.

– Widzę, że nasze skarby bardzo cię zainteresowały. Ponieważ masz do tego odpowiednie przygotowanie zawodowe, może byś je skatalogowała?

– Nikt tego jeszcze nie zrobił? Aż trudno uwierzyć, że nawet nie wiecie, co macie.

– Są jakieś notatki, ale robione bez żadnej metody, a ty mogłabyś stworzyć profesjonalny katalog.

– Trzeba by też zadbać o konserwację i sposób przechowywania obrazów, gobelinów, starych ksiąg…

– Oczywiście. Ty się na tym znasz, nie ja.

– Widziałam tylko małą cząstkę, ale już z tego wnoszę, że w zamku znajdują się zbiory, które swym ogromem i wartością dorównują największym muzeom na świecie. – Spojrzała na Kardala. – To praca dla całego zespołu, i to na wiele, wiele lat.

– Twój ojciec może się ociągać z zapłaceniem okupu.

Spodziewał się jakiejś ciętej riposty, ale zamiast tego po twarzy Sabriny przebiegł smutny cień.

– Gdybyś uwięził mojego brata, mój ojciec już by cię zabił. Lecz jestem tylko niechcianą córką… – Otrząsnęła się. – Rano zacznę katalogować zbiory ze skarbca. A to, co znajduje się w całym zamku…

– Rozumiem. Pomyślę o tym później. – Zmarszczył brwi. – Sabrino, wspominając o Hassanie, nie chciałem sprawiać ci przykrości.

– Nie twoja wina, że ja i ojciec jesteśmy sobie obcy.

– Tak, ale…

– Zostawmy to. Cieszę się z tej pracy, bo nudziłam się strasznie. Nie wiem tylko, jak strażnik zniesie moją obecność w skarbcu.

– Porozmawiam z Rafe'em.

– Widziałam jego tatuaż.

– Nie obawiaj się, nasze braterstwo aż tak daleko nie sięga. Rafe nie będzie sobie rościł prawa do książęcej niewolnicy.

Sabrina uśmiechnęła się leciutko, ale zaraz spoważniała.

– Był gotów oddać za ciebie życie.

– A ja wynagrodziłem jego lojalność.

– Czyniąc go szejkiem.

– Rafe jest teraz bogaty i cieszy się moim zaufaniem.

– Tylko mi nie mów, że w ramach tego zaufania mianowałeś go strażnikiem zamkowych podziemi. To mógłby robić byle osiłek. Jaką naprawdę pełni funkcję?

Kardal już wiedział, że Sabrina jest bystrą kobietą.

– Pełni tu wiele obowiązków.

– Bardzo gładkie oświadczenie. – Roześmiała się. – Ponawiam pytanie.

Wtem rozległo się pukanie do drzwi. Gdy Kardal je otworzył, do pokoju weszła wysoka, piękna kobieta. Rozejrzała się po komnacie, a w jej dużych, brązowych oczach błysnęło rozbawienie.

– Mogę odetchnąć. Wybrałeś dużą, ładną komnatę. – Spojrzała na Sabrinę. – Bałam się, że umieścisz ją w tutejszych lochach.

– Może i mam trudny charakter, ale nie jestem barbarzyńcą! – oburzył się.

– Czasami trudno zauważyć różnicę. – Kobieta odwróciła się do Sabriny. – Miło cię w końcu poznać.

Kardal dokonał prezentacji:

– Mamo, pozwól, że ci przedstawię Sabrę, księżniczkę Bahanii. Sabrino, poznaj moją matkę, księżnę Calę z Miasta Złodziei.

Sabrina ze zdumieniem spojrzała na matkę Kardala. Księżna wyglądała najwyżej na trzydzieści pięć lat.

– Twoja zaskoczona mina sprawia, że czuję się naprawdę młodo – roześmiała się Cala. – Kiedy urodziłam Kardala, miałam prawie dziewiętnaście lat.

– Czyli dzieciak urodził dzieciaka – skomentował, po czym poprowadził matkę i Sabrinę do niskiego stolika, na którym podano kolację dla trzech osób.

Kiedy usiedli, Cala poprosiła Kardala, by zajął się winem, a potem powiedziała do Sabriny:

– Chcę, byś wiedziała, że nie pochwalam zachowania mojego syna. Chętnie obarczyłabym kogoś innego winą za jego okropne maniery, niestety to ja jestem za to odpowiedzialna. Mam nadzieję, że mimo okoliczności, w których się tu znalazłaś, uda ci się znaleźć jakieś miłe strony pobytu w naszym mieście.

– Niczego jej tu nie brakuje – oznajmił zdecydowanie Kardal. – W ciągu dnia może się zająć książkami, a każdego wieczoru jem razem z nią kolację. Poza tym właśnie wyraziłem zgodę na to, by zaczęła katalogować nasze skarby.