Выбрать главу

Kobiety wymieniły ironiczne uśmiechy.

– Mogę dodać tylko tyle, że nigdy dotąd nie wiodłam równie wspaniałego życia. Nie wiedziałam, czego pragnę, dopiero pani syn mi to uświadomił, organizując czas według swego planu i wybierając miejsce pobytu.

Cala stłumiła chichot, natomiast Kardal nie przejął się jawną ironią zawartą w słowach Sabriny.

– Czy również przysparzasz swej matce tyle kłopotów co mój syn mnie? – zapytała Cala.

– Och, na pewno nie – odparła Sabrina. Cóż, matka prawie jej nie zauważała, więc co tu mówić o kłopotach.

– Mógłbyś się tego od niej nauczyć. – Cala spojrzała na syna.

– Przecież mnie uwielbiasz. – Kardal roześmiał się. – Jestem dla ciebie wszystkim. Twoim słońcem i twoim księżycem.

– Co najwyżej wątłą świeczką.

Pocałował matkę w czoło.

– Nie wolno kłamać. Fałsz niszczy doskonałość duszy. Przyznaj, że jestem całym twoim światem.

– Potrafisz być czarujący, często jednak twoje zachowanie każe mi żałować, że nie byłam wobec ciebie bardziej surowa.

Sabrina zazdrościła matce i synowi tak wspaniałej bliskości.

– Nie wiedziałam, że Wasza Wysokość mieszka w Mieście Złodziei.

– Mów do mnie Cala. Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółkami, nie bacząc na szalone postępki mojego syna. – Dotknęła dłoni Sabriny. – Dużo czasu spędzam poza miastem, ale teraz chcę tu posiedzieć kilka miesięcy.

– Matka zajmuje się działalnością dobroczynną. Zbiera fundusze na opiekę zdrowotną dla dzieci.

Zaczęli jeść, cały czas popijając wino.

– Kiedy Kardal wyjechał do Ameryki, do szkoły, by nie skonać z nudów, zaczęłam podróżować i zobaczyłam, że na całym świecie są potrzebujący. Stworzyłam więc fundację, która zajmuje się dziećmi. – Cala uśmiechnęła się. – Pierwsze fundusze pochodziły ze sprzedaży kilku klejnotów z naszego skarbca. Wprawdzie wybrałam te, których nie było już komu zwracać, a mimo to czekałam, że zaraz uderzy we mnie piorun.

– Sabrina uważa, że powinniśmy zwrócić skarby – powiedział Kardal.

– To prawda. Oczywiście rozumiem, że nie zawsze jest to możliwe, ale wiele przedmiotów ma swoich oczywistych właścicieli.

– Podzielam zdanie Sabriny – przyznała lekko Cala. – Być może kiedyś tak się stanie, ale to delikatna sprawa. Wprawdzie złodziejski proceder został zarzucony, ale wielu za nim tęskni i wspomina stare dobre czasy.

– Ropa daje większe zyski – stwierdził Kardal. Cala nachyliła się w stronę Sabriny.

– Teraz tak mówi. Ale kiedy nalegałam, by wyjechał do szkoły, opierał się całymi tygodniami. Groził, że ucieknie na pustynię, bo tam na pewno go nie znajdę. Nie chciał się nauczyć zachodniego stylu życia.

– Świetnie to rozumiem. Kiedy matka zamierzała opuścić Bananię, ja również, tak samo jak Kardal, nie chciałam wyjeżdżać, a gdy już się znalazłam w Kalifornii, z trudem przywykłam do tamtego stylu życia. Miałam zaledwie cztery lata, a do dziś pamiętam, jak bardzo byłam nieszczęśliwa.

– Wiesz, synu, że musiałam tak postąpić – z powagą powiedziała Cala. – Jako przyszły władca musiałeś zdobyć wykształcenie.

– Oczywiście, mamo. – Kardal uśmiechnął się serdecznie. – Ani ty, ani ja nie mieliśmy wyboru. To było konieczne, wiedz też, że nie żałuję czasu spędzonego w Ameryce.

– Wiem, że było ci tam ciężko.

– Życie w ogóle jest ciężkie. W Stanach po raz pierwszy byłem zdany tylko na siebie i musiałem sobie poradzić. Dobrze mi to zrobiło.

Cala spojrzała na Sabrinę.

– O ile wiem, byłaś w podobnej sytuacji. Mieszkałaś z matką w Kalifornii, ale wakacje spędzałaś w Bahanii, prawda?

– Kalifornia to był świat matki, Bahania świat ojca, a ja musiałam balansować między nimi. To było trudne. Poza tym w Kalifornii ukrywałam, kim naprawdę jestem. Chodziło nie tylko o względy bezpieczeństwa. Bałam się, że kiedy przyjaciele dowiedzą się, iż jestem królewską córką, to wszystko się między nami zmieni.

– I w tej sprawie macie podobne doświadczenia. Również ty nie mogłeś zdradzić, kim jesteś – powiedziała Cala, patrząc na syna.

– Istnienie Miasta Złodziei okryte jest tajemnicą, więc musiałem kłamać na swój temat.

Swobodna rozmowa na różne tematy toczyła się dalej. Sabrina szczerze polubiła Calę za jej dobroć, mądrość, delikatność i zdecydowane obstawanie przy własnym zdaniu. Można było ją przekonać do innej opinii, nigdy narzucić. Kardal odnosił się do matki z miłością i szacunkiem. Bardzo ją to ujęło.

Od czasu do czasu książę spoglądał na Sabrinę, jakby łączył ich wspólny sekret. Czuła się wtedy jak podczas pocałunku. Nie wiedziała, co się z nią dzieje, ale podobało jej się to.

– Zaprosiłam do miasta gościa – oznajmiła Cala po skończonym posiłku.

– Powinienem się bać? – zapytał rozleniwionym głosem Kardal. – Czuję, że tabun kobiet dokona inwazji na mój zamek. To prawda? W takim razie wyskoczę na kilka dni na pustynię.

Cala nagle zaczęła nad wyraz pedantycznie składać serwetkę.

– Zjawi się jedna osoba. Zaprosiłam Givona, króla El Baharu.

Kardal zerwał się na równe nogi. Jego twarz przybrała groźny wyraz.

– Jak śmiałaś go zaprosić? – warknął. – Jeśli jego noga postanie w Mieście Złodziei, każę go zastrzelić. Nie, zrobię to sam! – Wypadł z komnaty.

– Nie rozumiem… – powiedziała cicho Sabrina. – Król Givon jest dobrym władcą, jego poddani go uwielbiają.

– Dla Kardala nie ma to żadnego znaczenia. – Cala westchnęła. – Miałam nadzieję, że czas uleczy tę ranę, jednak się myliłam.

– O jakiej ranie mówisz? Dlaczego Kardal tak nienawidzi króla Givona?

– Widzisz, Givon jest jego ojcem…

Sabrina nie mogła uwierzyć, że król Givon jest ojcem Kardala. Zawsze słyszała, że małżeństwo króla El Baharu było bardzo szczęśliwe, niestety trwało krótko, bo królowa młodo umarła. Po jej śmierci Givon całkowicie poświęcił się swoim dzieciom. A teraz okazało się…

Postanowiła poszukać Kardala. Wyszła na korytarz, a napotkany służący wskazał jej drogę. Czuła, że książę potrzebuje rozmowy z kimś, kto potrafi go zrozumieć, a Sabrina, z uwagi na swe skomplikowane relacje rodzinne, uważała siebie za taką osobę. To dodało jej odwagi. Zapukała i weszła.

Apartament Kardala był ogromny, pełen cennych antyków i dzieł sztuki. Sabrina wkroczyła do holu wykładanego kafelkami, w którego rogu stała szemrząca fontanna. Na lewo była jadalnia ze stołem na dwadzieścia osób, a na wprost pokój dzienny połączony z tarasem. Tam też się udała.

Przez chwilę patrzyła na błyszczące w dole światła miasta i ciemniejącą w oddali pustynię. Czuła, że nie jest sama. Gdy jej oczy przywykły do mroku, ujrzała Kardala. Stał oparty o poręcz.

Wiedział, że tu przyszła, lecz milczał. Długi czas stali w ciszy, wsłuchując się w odgłosy ukrytego przed światem miasta, za którym rozciągała się tchnąca odwiecznym spokojem niezmierzona pustynia.

– Jestem tu tak krótko, a trudno mi sobie wyobrazić, bym mogła żyć gdzie indziej – szepnęła spontanicznie.

– Za każdym razem, kiedy musiałem stąd wyjeżdżać, było mi żal – powiedział Kardal. – Nawet wtedy, gdy wiedziałem, że robię to dla własnego dobra. – Pochylił się nad poręczą. – Nic z tego nie rozumiesz, prawda?

– Masz rację, nie rozumiem. Nie wiedziałam, że król Givon jest twoim ojcem, ale słyszałam o nim dużo dobrego. Nie rozumiem więc twojej reakcji, gdy Cela…

– To długa historia.