Выбрать главу

– Nie wiem jednak, czy w pełni rozumiesz sens tego faktu. Czy służenie mi stało się celem twojego życia? Czy jesteś gotowa zrobić wszystko, aby zaspokoić moje pragnienia?

Chciała krzyknąć: „To jakieś brednie! Jestem królewską córką, księżniczką Bahanii, a nie niewolnicą”. Lub też: „Jestem Amerykanką, kobietą wolną, niezależną i wykształconą!”. Jednak w jego głosie kryło się coś, co wywołało w niej dziwne mrowienie, coś tajemniczego i niezwykle podniecającego.

Postanowiła więc kontynuować tę grę, której sensu co prawda nie rozumiała, lecz która była nadzwyczaj ekscytująca.

– Pytasz, czy jestem gotowa za ciebie zginąć?

– Nie aż tak, Sabrino. – Jego palce nieprzerwanie muskały bransoletę. – Chcę tylko wiedzieć, jak daleko jesteś gotowa się posunąć, by wypełnić swoje obowiązki. Oczywiście jeżeli naprawdę jesteś moją niewolnicą.

– Dobre pytanie. Jestem w niewoli, nie jestem niewolnicą, Kardalu. – Spojrzała mu głęboko w oczy. – Teraz rozumiesz? A gdyśmy już sobie to wyjaśnili, teraz ja mam do ciebie pytanie.

– Tak?

– Czy mogę stąd odejść, jeśli tylko zechcę?

Naprawdę pragnęła, by ją całował, tulił, pieścił. Wprost tonęła w jego ciemnych oczach.

– A chcesz?

Pragnęła tylko tyle, by wolno jej było stąd odejść, lecz odchodzić wcale nie chciała. Ta świadomość nią wstrząsnęła. Nie, nie chciała opuścić Kardala ani Miasta Złodziei!

Zapatrzyła się w ogród, a przed jej oczami przebiegały obrazy z jej życia. I nagle pojęła, że wszystko, co robiła i przeżyła, mocą jakiegoś tajemnego planu wiodło do tego miejsca. Zakręciło jej się w głowie. Jest w niewoli, musi stąd uciekać! Czyżby?

– Sabrina?

Z całej siły zacisnęła powieki.

– Nie wiem – szepnęła.

– Nie musisz o tym decydować w tej chwili. Możesz tu zostać tak długo, jak tylko zechcesz. A jeśli znudzi ci się nasze towarzystwo, to zawsze jeszcze pozostaje ci książę trolli.

– Musiałeś to powiedzieć? – syknęła wściekle.

– Twój książę może się okazać lepszy niż przypuszczasz.

– Wybrał go mój ojciec, więc nie mam żadnych złudzeń, – I dodała cicho: – Mogę jeszcze wrócić… uciec… do Kalifornii. – Zapadła cisza. Oboje wiedzieli, co to by znaczyło. Przeciwstawiając się królewskiej woli ojca, Sabrina zostałaby wyklęta z rodziny i z narodu bahańskiego. Wzdrygnęła się. Nie chciała myśleć ani o Kalifornii, ani o księciu trolli. Było coś znacznie ważniejszego, nad czym musiała się zastanowić. – Dlaczego mnie tu trzymasz?

Kardal uśmiechnął się.

– Mężczyźni z mojego rodu od wielu pokoleń zajmowali się gromadzeniem pięknych rzeczy. Być może właśnie ty okażesz się moim największym skarbem.

Nawet jeśli nie były prawdziwe, słowa te zabrzmiały cudownie. Czy rzeczywiście była dla niego skarbem? Nigdy dotąd dla nikogo nie była ważna, zawsze wszystkim przeszkadzała.

– Dlaczego nie chciałeś, bym wiedziała, że w mieście jest bieżąca woda i prąd? Dlaczego mnie okłamałeś?

– Uchodzisz za rozpuszczoną i upartą. Chciałem ci dać nauczkę.

– Myliłeś się co do mnie. – Wiedziała, że się z nią przekomarza, ale takie słowa ciągle sprawiały jej przykrość.

– Wiem.

– Jakim prawem uznałeś, że możesz mi dawać nauczki?

– Jestem Kardal, Książę Złodziei. Ja jestem prawem, więc jeśli chcę ci dać nauczkę, to ci ją daję.

– Daruj sobie takie przemowy. – Przewróciła oczami. – Moi bracia bez przerwy tak się przede mną puszą i mam już tego powyżej uszu.

– Taki już jestem. Nie zmienisz mojej natury.

– Nie zmienię. Ale mogę się domagać zadośćuczynienia. Uważam, że powinieneś mi jakoś wynagrodzić swoje kłamstwa.

– Nie nazwałbym tego kłamstwem. Raczej przeoczeniem albo zaniedbaniem. – Był wyraźnie rozbawiony. – Co byś chciała dostać jako zadośćuczynienie?

Znów udało się jej wniknąć w jego myśli. Wiedziała, czego się po niej spodziewa. Że zażąda jakiejś błyskotki ze skarbca. Jakiegoś bezcennego naszyjnika albo kolczyków. Zrobiło się jej przykro, poczuła się rozczarowana. Była pewna, że w końcu ją zrozumiał, lecz się myliła.

– Nie jestem Sabriną z gazet, stworzoną przez złe języki – powiedziała z naciskiem. – I dobrze o tym wiesz. A jednak tego nie rozumiesz.

– O czym mówisz?

– Zakładasz, że na przeprosiny wybiorę jakiś klejnot ze skarbca. Błyskotkę, mówiąc twoim językiem. Zapiszczę z radości, gdy ją otrzymam, i dołożę do tych, które już mam. Nic nie rozumiesz, Kardal. Po co mi złoto i diamenty, skoro nie kupię za nie tego, na czym mi naprawdę zależy.

– A na czym ci zależy?

Ponownie odwróciła się w stronę okna i popatrzyła na ogród. Jaki sens miało tłumaczenie? On i tak nie zrozumie, ona zaś, zdradzając swoje myśli, tylko się przed nim odsłoni. Kardal był przez całe życie kochany przez swoich bliskich. Choć bolało go zachowanie ojca, tak naprawdę nic nie wie o odrzuceniu. O braku miejsca dla siebie, o pustce i bezsensie istnienia. Łączyło ich poczucie rozdarcia pomiędzy dwoma różnymi światami, ale zawsze miał oparcie w matce. Sabrina nie miała nikogo, choć najbardziej na świecie pragnęła być kochana i akceptowana. Chciała stać się dla kogoś źródłem radości, być w czyichś oczach ważna, najważniejsza.

Kardal dotknął jej policzka.

– Źle mnie osądzasz, mój piękny, pustynny ptaszku. To prawda, nie wiem, o czym marzysz i czego pragniesz, umiem jednak zgadnąć, co powinienem zrobić, by naprawić niewielkie przeoczenie dotyczące wyposażenia zamku.

– Wątpię.

– Trochę więcej wiary. – Postukał palcem w jej złote kajdany. – Twoim obowiązkiem jest sprawiać mi przyjemność. Moim zaś bronić cię i troszczyć się o ciebie.

Tak bardzo chciała, by jego słowa były prawdą.

– Nie masz pojęcia, jaka naprawdę jestem.

Pochylił się nad nią i szepnął:

– Mylisz się i jutro rano ci to udowodnię.

– Do diabła z nim! – pomyślała rozdrażniona Sabrina, przejeżdżając konno przez bramę miasta. Choć akurat w jednym miał rację. Wycieczka na pustynię ucieszyła ją tak bardzo, że nie miała ochoty kłócić się z Kardalem. Gdy ruszyli w stronę wschodzącego słońca, powiedziała:

– Mam wrażenie, jakbym spędziła za tymi murami całe tygodnie. Tu jest naprawdę cudownie.

Kardal spiął konia i ruszył galopem przez płaskie i twarde piaski pustyni. W powietrzu czuło się jeszcze ostatnie ślady nocnego chłodu, lecz była już wiosna, a to oznaczało palące, mordercze słońce, które zaraz zaatakuje. Sabrina nie chciała jednak o tym myśleć. Dzisiejszego ranka liczył się tylko pęd powietrza, który czuła na twarzy, i łopoczące za plecami poły peleryny.

O świcie Kardal pojawił się pod drzwiami jej komnaty, niosąc odzież, jaką nosili nomadowie. Wytłumaczył jej, że ubrana w galabiję, długi burnus i chustę zakrywającą głowę, nie będzie na siebie zwracała uwagi. Sabrina przyznała mu rację i bez protestów włożyła przyniesione ubranie.

Teraz zaś, galopując przez piaski w kierunku podnoszącego się znad horyzontu słońca, miała wrażenie, że stanowi jedność z cudem, jakim jest pustynia.

Po pewnym czasie przeszli w stępa. Sabrina rozejrzała się dookoła po otaczającej ich bezkresnej pustce.

– Wiesz, jak znaleźć powrotną drogę, prawda? – drażniła się z Kardalem.

– Poradzę sobie.

– Czy jako dziecko naprawdę miesiącami mieszkałeś na pustyni?

Skinął głową i podjechał bliżej Sabriny.

– Tak było aż do czasu, kiedy wysiano mnie do szkoły. Do miasta wpadałem tylko po to, by odwiedzić matkę i dziadka. Zresztą dziadek czasami jeździł ze mną na pustynię.