– Jest to całkowicie zgodne z logiką mojego syna. – Cala lekko uśmiechnęła się.
– Waśnie. Większość rzeczy, które wyniosłam ze skarbca, należą do Bahanii i El Baharu. Rozpoznałam je bez trudu, no i prawo własności jest oczywiste. Znalazłam też kilka przedmiotów będących własnością Korony Brytyjskiej i innych królewskich rodzin. Zaznaczam, że nic nie wzięłam dla siebie – zakończyła niczym podsądny oczekujący na wyrok.
Cala milczała jakiś czas, a potem podeszła do otwartego kuferka i zajrzała do środka.
– Wspominałam ci już, że moja działalność dobroczynna rozpoczęła się dzięki pieniądzom uzyskanym ze sprzedaży skradzionych drogocenności.
Sabrina odetchnęła z ulgą.
– Tak, pamiętam.
– Mój ojciec mnie rozpieszczał. – Cala uśmiechnęła się leciutko. – Dawał mi rubiny, szmaragdy i diamenty wielkości twojej pięści. Wszystkie, co do jednego, kradzione. Dbał jednak, by to, co od niego dostawałam, było niemożliwe do zidentyfikowania. Kamienie skradzione zostały co najmniej przed stu laty i nikt już nie pamiętał, do kogo kiedyś należały, dlatego postanowiłam je sprzedać. Z czasem moja fundacja stała się na tyle znana, że zaczęły napływać dotacje, dzięki którym dzisiaj funkcjonujemy. Jednak ziarno, z którego to wykiełkowało, pochodziło z piwnic tego zamku. – Wskazała diamentowy diadem leżący w kuferku. – To jeden z moich ulubionych klejnotów. Do kogo należy?
– Do Wielkiej Brytanii. Zrobiono go dla królowej Elżbiety I. Ma go na głowie na jednym z portretów.
– Kiedy Kardal się z kimś nie zgadza, często zachowuje się okropnie. Upiera się przy swoim tak długo, aż oponent ma już dosyć i jest gotów się poddać, byle tylko zakończyć sprawę. Cieszę się, że znalazłaś sposób, żeby go przechytrzyć.
– Nie powiesz mu o tym? Naprawdę?
– Mój syn jest Księciem Złodziei. Jeśli ktoś nosi taki tytuł, to sam powinien wiedzieć, kiedy go okradają. – Roześmiała się, zaraz jednak spoważniała. – Powiedz mi, Sabrino, co myślisz o moim synu?
– Trudny temat… – Starała się zebrać myśli, bo pytanie ją zaskoczyło. – Kardal mnie onieśmiela, choć staram się z tym walczyć. Tak, bywa uparty i nieznośny, a nawet gwałtowny i dziki, ale potrafi również okazywać serce. – I namiętność, dodała w duchu.
– Jesteś jego więźniem. Czy nie powinnaś go znienawidzić?
– Jeśli spojrzeć na to w ten sposób, to oczywiście powinnam, ale tak się nie stało. Głównie dlatego, że w tej chwili nie mam ochoty na powrót do domu. Dlatego pozostanę w mieście tak długo, jak długo Kardal mi na to pozwoli, i będę katalogować skarby. – Uśmiechnęła się. – No i wykradać te mniejsze, które mogę ukryć pod płaszczem. A kiedy w końcu opuszczę miasto, oddam je prawowitym właścicielom.
Usiadły na fotelach.
– Dlaczego musisz wrócić do domu? – spytała Cala.
Dobre pytanie, pomyślała Sabrina. Rzeczywiście, dlaczego musi wracać? Mogłaby tu przebywać długo, bardzo długo. Lecz jaki byłby koniec tej historii?
– Mój ojciec i ja nie jesteśmy sobie zbyt bliscy – zaczęła ostrożnie. – Ma jednak wobec mnie pewne oczekiwania. Jestem zaręczona.
– Zaręczona? Z kim? – zdumiała się Cala.
– Nie wiem. Kiedy ojciec powiedział mi, że mnie zaręczył, wściekłam się i uciekłam na pustynię. Dlatego nie znam żadnych szczegółów. Mojego przyszłego męża nazwałam księciem trolli i boję się, że trafiłam w sedno.
– Może nie będzie aż tak źle…
Sabrina nie chciała myśleć o swoim narzeczonym ani o tym, że kiedyś nie będzie obok niej Kardala. Lecz kiedyś i tak wyjedzie z miasta. I co wtedy? Czy Kardal będzie za nią tęsknił? Nie rozumiała tego, co łączyło ją z Księciem Złodziei, a przede wszystkim nadal nie wiedziała, dlaczego ją tutaj przywiózł i nadal ją przetrzymuje. Nie należała do niego, bo ta cała zabawa w niewolnicę to absurd, a mimo to kilka dni wcześniej zabronił jej opuścić miasto.
– Nie wiem, dlaczego nie chcę stąd odejść. To nie jest normalne, to zupełnie wbrew mojej naturze. Powinnam znienawidzić moje więzienie.
– Całkiem przyjemne więzienie. – Cala uśmiechnęła się. – I w dodatku pełne wyjątkowych skarbów. – Popatrzyła przenikliwie na Sabrinę. – Chodzi również o Kardala, prawda? Myślę, że trochę go polubiłaś.
– Trochę…
Może nawet bardziej niż trochę. Dzięki niemu zaczęła myśleć o rzeczach dotąd jej nieznanych. Obudził w niej nowe pragnienia, nauczył, czym jest namiętność. Ale nie była im pisana wspólna przyszłość. Sabrina wiedziała, że nie może dopuścić do tego, by połączyli się w prawdziwej miłosnej ekstazie. Bez względu na to, jak wiele miała do zarzucenia swojemu ojcu, nie mogła się przeciwstawić ani tradycji, ani monarchii, a jej rojenia o ucieczce do Kalifornii i rozpoczęciu nowego życia w Ameryce były bzdurą. Nigdy by się na to nie zdobyła. Natomiast Kardal, mimo że go pragnęła, był dla niej zakazanym owocem. Gdyby się z nim kochała, jej ojciec musiałby go zabić. A ona nawet nie chciała myśleć o świecie, w którym zabraknie Księcia Złodziei.
– Życie bywa bardzo skomplikowane. Król Givon wraca tu po ponad trzydziestu latach, a ja nie mam pojęcia, co powinnam mu powiedzieć.
Cala, tak zawsze energiczna i pewna siebie, teraz była kompletnie zagubiona. Sabrina natychmiast zapomniała o własnych kłopotach.
– Przecież sama go tu zaprosiłaś. Czyżbyś zmieniła zdanie?
– Och, zmieniałam je już tysiąc razy. Każdego dnia budzę się z postanowieniem, że muszę wycofać zaproszenie. Zanim nadejdzie pora śniadania, dochodzę do wniosku, że jednak tego nie zrobię, a o dziesiątej łapię za telefon, by dzwonić do Givona, żeby nie przyjeżdżał. Potem znów zmieniam zdanie. – Uśmiechnęła się bezradnie. – I tak przez cały dzień, do późnej nocy. – Skuliła się. – Co powinnam mu powiedzieć?
– A co byś chciała mu powiedzieć? Macie jakieś wspólne sprawy, które przed laty nie zostały załatwione?
– Mam mu bardzo dużo do powiedzenia. Może nawet za dużo. A co do niezałatwionych spraw, to jest jedna. Zresztą nie wiem… – Pokręciła głową. – Byłam wtedy taka młoda, miałam zaledwie osiemnaście lat. Wiedziałam, co nakazuje tradycja i czego się ode mnie oczekuje, rozumiałam, że miasto musi mieć dziedzica. W głębi serca ufałam jednak, że ojciec do tego nie dopuści, że zerwie z tym odwiecznym barbarzyństwem. Każda młoda dziewczyna marzy, że wyjdzie za mąż i założy szczęśliwą rodzinę, a co mnie spotkało? Przyjechał obcy mężczyzna, zapłodnił mnie i odjechał. Czekałam na rozwiązanie, wiedząc, że jeśli urodzi się dziewczynka, znów zostanę zapłodniona, i tak aż do skutku, aż urodzi się chłopiec. – Przymknęła na chwilę oczy, jakby nie mogła znieść okropnych wspomnień – Groziłam, że ucieknę, krzyczałam, że popełnię samobójstwo, ale mój ojciec był nieugięty. Powtarzał, że jako księżniczka muszę spełnić swój obowiązek wobec Miasta Złodziei. „W twoim łonie pocznie się nasza przyszłość", powiedział. Buntowałam się przeciwko tym argumentom, jednak nie potrafiłam przeciwstawić się ojcu. Nikt nie potrafił, wszystkich naginał do swej woli, więc co mogła zrobić osiemnastoletnia dziewczyna? Nie uciekłam, nie odebrałam sobie życia. Aż któregoś dnia on przyjechał. – Cala wstała z fotela i podeszła do kominka. – Pierwszy raz zobaczyłam go w pokoju podobnym do tego. Był stary. – Roześmiała się. – To znaczy wtedy wydawał mi się stary, ale tak naprawdę ledwie dobiegał trzydziestki. Miał dwóch synów, jego żona spodziewała się kolejnego dziecka… – Spojrzała na Sabrinę. – Był dobrym i delikatnym człowiekiem. Ta sytuacja była dla niego równie trudna i niezręczna jak dla mnie, a może nawet bardziej, bo przecież miał rodzinę. Obowiązek jednak wymagał, bym z jego udziałem poczęła syna. – Cala bawiła się cienkim złotym łańcuszkiem zapiętym wokół nadgarstka. – Pierwszej nocy tylko rozmawialiśmy. Powiedział, że mamy czas, nie musimy się spieszyć. Byłam pewna, że zgwałci mnie i porzuci, więc poczułam się trochę pewniej. W ciągu następnych kilku tygodni zaprzyjaźniliśmy się, a tamtej nocy, kiedy wreszcie zostaliśmy kochankami, to ja przyszłam do niego. – Cala zapatrzyła się w kominek. – Byłam szalona. Nie myślałam o jego żonie i synach, tylko o tym, jak cudownie się czuję, kiedy Givon mnie dotyka. Myślałam o naszej radości i naszym śmiechu, kiedy razem tańczymy. O tym, jak każdego ranka kochamy się we wpadających do pokoju promieniach słońca. Zakochałam się w nim.