Choć Kardal miał ochotę wybiec z sali i przerwać tę rozmowę, wiedział, że nie ruszy się z miejsca. Zrozumiał, że i on, i Givon, od kiedy tylko Cala wystosowała swoje zaproszenie, dążyli do tej chwili.
– Już dawno powinienem tu przyjechać. – Givon spojrzał na syna.
– Po co? Czy wtedy coś by się zmieniło?
– Być może nic, a być może wszystko. Nigdy się już tego nie dowiemy.
– Z całą pewnością nie otrzymałbyś lepszego systemu ochrony.
– Dobrze wiesz, że nie o tym mówię. Chodzi o ciebie i o mnie. Musimy o tym porozmawiać bez względu na to, jak bardzo chcesz, by nie doszło do tej rozmowy. Życie nauczyło mnie, że pewne rzeczy można opóźnić, ale tylko bardzo niewielu udaje się całkowicie uniknąć. Nie winię cię za to, że jesteś na mnie zły.
Kardal z trudem panował nad sobą. Miał ochotę zerwać się na nogi i dać upust wściekłości, jaką odczuwał do ojca. Chciał zażądać, by Givon wyjaśnił przyczyny, dla których po tylu latach zachował się tak arogancko i przyjechał do Miasta Złodziei. Pragnął mu wykrzyczeć w twarz, że jest dla niego nikim, że nic nie znaczy i że żadne słowa nie są w stanie zmienić tego, co czuje.
Wypełniały go złość, frustracja, głęboka uraza i poczucie krzywdy. Wszystkie te emocje, których istnienia wcześniej nie przyjmował do wiadomości, teraz dały o sobie znać. Wściekłość była tak silna, że aż dusiła za gardło.
Nagle pomyślał, że Sabrina go przed tym ostrzegała. Mówiła, że musi się przygotować na to, co się stanie, kiedy w końcu zobaczy się ze swoim ojcem. Ostrzegała, że spotkanie może być dla niego tak silnym przeżyciem, że emocje całkiem go przytłoczą.
Ta kobieta jest mądrzejsza, niż miał ochotę przyznać.
– Wiem, że jesteś na mnie zły – powiedział Givon.
– Złość jest zbyt łagodnym określeniem – wycedził Kardal.
– Masz rację. To prawda. Chciałbym… Chcę ci to wytłumaczyć. Czy jesteś gotów mnie wysłuchać?
Chciał krzyknąć, że nie, ale wtedy zachowałby się jak smarkacz, którego przerosła sytuacja. Żałował, że nie ma przy nim Sabriny, która zawsze potrafiła go wesprzeć, a wsparcia bardzo potrzebował.
Po chwili chłodno skinął głową na znak, że wysłucha ojca.
– Dziękuję. – Givon oparł się o krzesło. – Jestem pewien, że słyszałeś opowieści o tym, jak przed ponad trzydziestu laty pojawiłem się w Mieście Złodziei. Kiedy było już jasne, że twój dziadek nie doczeka się męskiego potomka, tradycja nakazywała, abym spłodził syna z jego córką. Zostawiłem więc żonę i synów i przyjechałem tutaj.
– Znam historię mojego miasta – niecierpliwie rzucił Kardal.
– Oczywiście, ale to, co mówię, dotyczy nie suchych faktów, ale przeżyć ludzi związanych z tą sprawą. Jak wiesz, byłem już wtedy żonaty i miałem dwóch synów. Bardzo ich wszystkich kochałem. Moja rodzina nie chciała, żebym tu przyjeżdżał. Ja też nie chciałem. Myśl o tym, że mam uwieść osiemnastoletnią dziewczynę, budziła we mnie odrazę. – Spojrzał na Kardala. – Miałem wtedy tyle lat co ty teraz. Pomyśl, jak byś się czuł, gdybyś musiał zrobić to z córką kogoś, kogo dobrze znasz.
Kardal zaczął się niespokojnie wiercić na krześle. Od razu zrozumiał punkt widzenia ojca, ale nie chciał się do tego przyznać.
– Mów dalej.
– Bez względu na to, co o mnie myślisz, musisz wiedzieć, że nigdy nie zdradzałem żony. Była w ciąży z moim trzecim synem. Stanowiliśmy szczęśliwą rodzinę, ale obowiązek wzywał. Przyjechałem więc tutaj i poznałem Calę. – Wymawiając imię matki Kardala, król uśmiechnął się, a jego oczy złagodniały. – Była zupełnie inna, niż oczekiwałem. Piękna nie tylko zewnętrznie, wprost promieniała blaskiem płynącym z duszy. Miała zaledwie osiemnaście lat, ale od razu nawiązała się między nami nić porozumienia. Byłem jak zahipnotyzowany. Nigdy wcześniej nie przeżywałem takiego uczucia. Przyjechałem tu, by spełnić swą powinność wobec tradycji, i zaraz zamierzałem wracać. Kiedy jednak poznałem Calę, wszystko się zmieniło. Stało się dla mnie wprost nie do pomyślenia, bym mógł ją tak po prostu wziąć sobie do łóżka. Co innego, gdyby też tego chciała. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, poznawaliśmy się. Wkrótce zrozumieliśmy, że coś zaczyna się dziać między nami. Byłem królem i dojrzałym mężczyzną, lecz ta młoda dziewczyna całkowicie mnie oczarowała. Czułem się jak idiota, zarazem jednak nigdy jeszcze nie byłem tak szczęśliwy. Zrozumiałem, że kocham Calę, i że nigdy tak naprawdę nie kochałem swojej żony. Zdecydowaliśmy więc, że zostanę w Mieście Złodziei.
– Miałeś zamiar tu zostać?!
– Nie chciałem jej opuszczać, więc to było jedyne rozwiązanie.
– Ale jednak wyjechałeś.
– Jeden miesiąc przemienił się w dwa. Wiedziałem, że będę musiał zrzec się korony, że stracę swoich synów i to wszystko, co dotychczas było sensem mojego życia. Byłem gotów to zrobić aż do chwili, gdy przyjechała tu moja żona. Gdy ja byłem w Mieście Złodziei, urodził się mój trzeci syn. Żona podała mi niemowlę i zapytała, czy miałem zamiar ich wszystkich opuścić. Patrząc w oczy mojego maleńkiego dziecka, ujrzałem w nich całą swoją przyszłość. Zrozumiałem, że moje miejsce jest w El Baharze. Grałem, oszukiwałem sam siebie, ale nadszedł czas, by wrócić do obowiązków władcy. Los moich poddanych był ważniejszy niż osobiste uczucia.
Kardal wyobrażał sobie okropną scenę wyjazdu Givona. Znał dobrze swoją matkę i wiedział, że z całą pewnością nie milczała z godnością, gdy spotykało ją największe życiowe rozczarowanie.
– Cala powiedziała ci, żebyś tu nigdy więcej nie wracał. – Kardal wreszcie w to uwierzył.
– Zgodziłem się, ale nie miałem zamiaru dotrzymać słowa. Obiecałem, że wrócę. Ale rok później zmarła moja żona. Zostałem sam z trzema chłopcami, z których najmłodszy miał dopiero rok. Nie mogłem ich zostawić i przyjechać do Miasta Złodziei, nie mogłem ich zabrać ze sobą, bo byli następcami tronu w El Baharze, nie mogłem też przekazać władzy najstarszemu synowi, bo był jeszcze małym dzieckiem. Listownie zaproponowałem więc Cali, by razem z tobą przyjechała do mnie, do El Baharu. Odpowiedziała, że kiedyś zostaniesz Księciem Złodziei, więc musisz się wychowywać w swoim mieście. Myślę, że wciąż czuła się zraniona i mi nie wierzyła. Nie mam do niej o to pretensji. Wycofałem się z danego jej słowa, opuściłem ją, więc jak mogła mi ufać? Na pewno mnie znienawidziła.
– Nigdy cię nie znienawidziła – powiedział Kardal, zanim zdołał się powstrzymać. – Nigdy źle o tobie nie mówiła.
– Dziękuję, że mi to powiedziałeś. Jeśli zaś chodzi o mnie, to nigdy nie przestałem jej kochać.
Tego dla Kardala było jednak za wiele. Szybko zakończył rozmowę i przekazał ojca w ręce służby, a potem próbował w samotności uładzić chaos w swojej głowie. Na próżno. Tak naprawdę wiedział tylko jedno: musiał jak najszybciej odnaleźć Sabrinę, bo przy niej wszystko wydawało się łatwiejsze.
Szybko dotarł pod jej drzwi i bez pukania wszedł do środka.
Sabrina siedziała przy stole otoczona starymi księgami. Na widok Kardala uśmiechnęła się, a on od razu poczuł się lepiej.
– Co się stało? – Podeszła do niego.
– Rozmawiałem z ojcem.
Tylko tyle zdołał powiedzieć. Choć chciał, nie potrafił jej wytłumaczyć, jak trudno było mu się pogodzić z tym, że Givon okazał się zwykłym człowiekiem. Nie diabłem wcielonym, tylko uwikłanym w ciężką sytuację mężczyzną, którego okoliczności zmusiły do podjęcia trudnej decyzji. Zdaniem Kardala nie rozgrzeszało to jego ojca, bo mimo wszystko mógł się z nim spotkać, jednak przeszłość nie zdawała się już czarno-biała, a granice winy ojca i sama wina rozmyły się.