Выбрать главу

– Wiesz, nigdy przedtem nie rozmawiałem z nikim w ten sposób. Jak powiedziałem, pod niektórymi względami jesteś strasznie naiwna, ale za to pod innymi zdumiewająco dojrzała. Kiedy się z tobą rozmawia, ma się wrażenie, że ciebie naprawdę interesuje to, co człowiek mówi.

– Bo tak jest – szepnęła Liv. – Wiesz, muszę ci teraz coś wyjawić. Pamiętasz ten dzień, kiedy ja widziałam coś… no, to morderstwo na brzegu. Widzisz, ja tam wtedy poszłam, bo bardzo chciałam spotkać ciebie, miałam ci coś powiedzieć… i coś ci dać…

Przerwała. Jo patrzył na nią wyczekująco.

– Ja wiem, że lubisz dawać ludziom różne rzeczy – uśmiechnął się. – Co takiego miałaś dla mnie?

– Nie wiem, boję się, że mógłbyś to źle zrozumieć. Teraz moje zachowanie wydaje mi się takie natrętne, ale to nie było tak, i w ogóle nic takiego. Może motywy mojego postępowania były trochę niejasne, ale właściwie to chciałam cię tylko ucieszyć, a przy okazji także siebie.

Poczuła, że zarumieniła się okropnie, i nie miała odwagi spojrzeć na niego. Bez słowa podała mu bilet na szkolną zabawę.

– Dziękuję – rzekł z uśmiechem. – Ale nie bardzo rozumiem…

– W ogóle to ja nie mam zwyczaju chodzić na takie imprezy – wyjaśniła pospiesznie. – Ale zdawało mi się, że zaprzyjaźniłam się z tobą, polubiłam cię tak bardzo od pierwszej chwili, chciałam więc cię zapytać, czy byś ze mną na tę zabawę nie poszedł. Teraz to już nie ma znaczenia i zresztą tak jest pewnie lepiej, ale gdybyś chciał zachować ten bilet na pamiątkę…

Przerwała, by zaczerpnąć powietrza. Poczuła się głęboko nieszczęśliwa i pożałowała, że zaczęła tę rozmowę. I wtedy poczuła jego dłoń na swojej ręce.

– Dziękuję, Liv – powiedział z powagą. – Wiem, że to nie był żaden wygłup z twojej strony.

Starannie schował bilet do kieszeni.

– A jeśli wrócisz do osady na czas, to myślę, że nie bacząc na nic powinnaś pójść na tę zabawę. Towarzystwo rówieśników bardzo dobrze na ciebie wpływa i na pewno nie zabraknie ci partnerów do tańca. W przeciwnym razie z chłopakami w Ulvodden musiałoby być coś nie w porządku.

– Jo, ile ty masz lat?

– Dwadzieścia cztery. Siedem lat więcej niż ty. Czy wydaję ci się bardzo stary?

– Owszem – westchnęła Liv. – Wolałabym, żebyśmy należeli do jednego pokolenia.

Nie mogła pojąć, dlaczego na jego twarzy nagle pojawił się wyraz wesołości.

Finn miał rację. W rzece aż się roiło od ryb, z żalem musieli przerwać połów, kiedy mieli już dość na obiad. Liv z wielkim wrzaskiem wyciągnęła z wody szczupaka. Wylała mnóstwo łez nad nieszczęsnym losem biednej ryby i stanowczo odmówiła podjęcia jeszcze jednej próby. Nawet zrównoważony i pedantyczny Morten uległ gorączce rybnej i łowił jak szalony.

Zjedli wspaniały obiad. Chmury też ostatecznie odsłoniły słońce i ukazały się monumentalne szczyty na tle błękitnego nieba. Ognisko nad rzeczką dymiło z początku nieznośnie, bo drewno okazało się wilgotne, ale i tak można się było przy nim ogrzać. Płaszcze przeciwdeszczowe zostały zapakowane do plecaków.

– Czy pójdziemy teraz w dół brzegiem rzeczki? – zapytała Liv.

– Ha, ha – zaśmiał się Finn szyderczo. – Chciałabyś najłatwiejszą drogą, bez wysiłku? O, nie, nie, moja kochana, przeprawimy się przez tę straszną górę, tam dalej. Ale za to, kiedy już ją pokonamy, będziemy na miejscu.

– O, to ja już wiem, gdzie my jesteśmy! – zawołała Liv. – Jesteśmy po drugiej stronie największej góry w Månedalen! Nigdy nie miałam odwagi pokonać tej drogi sama. Ale czy to nie jest trochę niebezpieczne?

– Trzeba znać szlak – powiedział Finn. – W przeciwnym razie można wpaść do rozpadliny. A gdzie się podział Harald?

– Spaceruje po okolicy – wyjaśnił Morten. – Kiedy jedliśmy, widziałem go wysoko przy rozpadlinie. Stał uważnie nad czymś pochylony. Pewnie studiował jakieś kamienne formacje.

– Pewnie tak, ale teraz idzie brzegiem rzeczki.

Zagasili ogień i Liv po raz ostatni rozejrzała się jeszcze po obozowisku. Należała do tych ludzi, którzy zawsze opuszczają ze smutkiem miejsce, do którego nie mają nigdy wrócić. Potem poszła za Finnem, najpierw brzegiem rzeki, a potem wprost ku wysokiej, groźnej górze przed sobą.

Mimo że odpoczywali dosyć długo, wspinaczka po kamienistym zboczu okazała się bardzo męcząca. Niekiedy trzeba było iść na czworakach, przeciskać się pomiędzy skałami. Co chwila musieli przystawać.

Krajobraz był wspaniały w swojej dzikości, a widoki porażające. Co prawda szczyty gór po zachodniej stronie nadal były dla nich niewidoczne, ale od wschodu nic nie przesłaniało perspektywy. Ciężkie, czarne góry, które minęli zaledwie parę godzin temu, piętrzyły się teraz groźnie za nimi i Liv nie mogła się pozbyć uczucia, że są to żywe istoty, złe, które uważnie śledzą każdy krok ludzi.

Droga do szczytu wydawała się nieskończona. Liv za każdym razem, gdy spoglądała w górę, myślała: tylko jeszcze ten kawałeczek! Po czym zza wzniesienia wyłaniała się nowa stromizna. Mimo że starała się jak mogła dotrzymywać kroku innym, to i tak wlokła się na końcu – była rozczarowana i wściekła na siebie.

Ale Jo zaczekał na nią.

– No i jak ci się idzie? – zapytał przyjaźnie. – Gdybyś wzięła mnie za rękę, byłoby ci lżej.

Zdyszana potrząsnęła głową.

– Zatrzymaj się na chwilę i posłuchaj, Jo!

Stanęli oboje. Otaczała ich kamienna pustynia, daleko przed nimi wspinali się ich trzej towarzysze, wyglądali jak kozice pośród skał.

– Słyszysz coś? – zapytała Liv.

– Nie, nic, najmniejszego dźwięku.

– No właśnie. Słyszałeś kiedyś taką ciszę? Znajdujemy się ponad rzekami, ponad wszystkim, co szumi, góry jakby pochłonęły wiatr, tutaj panuje kompletna cisza. Cisza gór.

– Nirwana – powiedział Jo.

– Dlaczego tak to nazywasz?

– Ponieważ „nirwana” znaczy tyle co „bezwietrzny”, stan, gdy „żaden wiatr nie wieje”. Może jesteśmy martwi, a może znajdujemy się w wiecznej pustce.

– Jeśli tak, to nirwana jest czymś bardzo pięknym – stwierdziła Liv.

– Hallo! – wołał Morten z daleka. – Czy macie zamiar stać tam cały dzień?

– No tak, to akurat ktoś, kto pozostaje niewrażliwy na piękno natury – westchnął Jo i ruszył dalej.

– To prawda, ale i tak myślę, że dzisiaj dociera do niego znacznie więcej niż wczoraj – rzekła Liv. – I nie jest już taki dokuczliwy w sprawie byle głupstwa.

– Może powoli zrobimy z niego człowieka. Spójrz, tamci doszli do szczytu. Ale co się tam dzieje? Wygląda, jakby się coś stało.

Przyspieszyli kroku i wkrótce zbliżyli się do chłopców, którzy machali do nich rękami. Na wierzchołku góry znajdował się kamień oznaczający najwyższy punkt, a przy nim stał jakiś człowiek.

Liv poczuła dziwne ssanie w żołądku. Coś jej mówiło, że to spotkanie nie zwiastuje niczego dobrego. Postać na górze miała w sobie coś niepokojącego, coś, co wydawało jej się groźne. To, oczywiście, mógł być turysta. Chyba jednak ów człowiek czekał właśnie na nich.

ROZDZIAŁ VII

Wyglądało na to, że mężczyzna nie ma żadnego bagażu. Ubrany był w szarozieloną sportową kurtkę z kapturem, ciemne spodnie i wysokie gumowe buty. Kiedy podeszli bliżej, Liv stwierdziła, że jest to niewysoki, ciemnowłosy, mniej więcej czterdziestoletni człowiek. Na ich widok zaczął coś krzyczeć, ale słowa ulatywały z wiatrem.

– Czy panienka nazywa się Liv Larsen?

– Tak – odpowiedział Jo.

Mężczyzna podszedł jeszcze kilka kroków, Liv kurczowo ściskała rękę Jo.

– Jestem z górskiego hotelu Bjørnemyr – oznajmił. – Mam wiadomość dla Liv Larsen.