Выбрать главу

– Dla mnie? – zapytała Liv z niedowierzaniem.

– Telefonowano do nas – wyjaśnił mężczyzna. – To siostra panienki, powiedziała, że powinna pani natychmiast wracać do domu, bo mama jest ciężko chora. Odprowadzę panią do hotelu, a stamtąd odwiezie panią samochód, panno Larsen.

Liv była jak sparaliżowana.

– Mama… chora? Ale… – Niepokój o matkę spadł na nią jak ciężkie brzemię. Dochodziło do tego rozczarowanie, że będzie musiała wracać, że trzeba będzie opuścić Jo.

– Gdzie znajduje się ten hotel Bjørnemyr? – zapytał Jo.

– Dokładnie na północ stąd, u podnóża tamtej góry.

– A jak jest położony w stosunku do Månedalen?

– Na zachód od doliny.

– W takim razie nasze drogi tutaj muszą się rozejść, Liv – stwierdził Jo. – Bardzo mi przykro, że spadło na ciebie takie zmartwienie. Mam nadzieję, że z mamą wszystko będzie dobrze.

– Ale, Jo… – szepnęła. – Pomyśl, to może być zasadzka.

– Dlaczego? Masz przecież towarzystwo aż do samego hotelu, a stamtąd odjedziesz samochodem prosto do domu. Nie powinnaś więc się bać! Wszystko ułoży się dobrze, zobaczysz. I chociaż jest mi przykro, że musisz zawrócić i przerwać wycieczkę tak blisko celu, przecież niedługo znowu zobaczysz Finna, kiedy on również wróci do Ulvodden.

– Finna? – syknęła Liv. Nie miała odwagi mówić głośno. – Jak możesz być taki głupi, by sądzić, że będzie mi brakowało akurat jego?

– Czy to nie w nim jesteś zakochana?

– Nigdy nie byłam! – parsknęła ze złością. – W każdym razie nie na poważnie. A teraz się po prostu boję! Z tobą czułam się bezpieczna, ty jednak pójdziesz inną drogą. Boję się tego człowieka, Jo!

– Opanuj się! Do widzenia, Liv, i wszystkiego najlepszego. Milo było cię poznać.

Nie miała wyjścia. Pożegnała się z resztą grupy i poszła za nieznajomym w dół zbocza. Raz jeszcze odwróciła się i zobaczyła, że jej niedawni towarzysze zeszli już dość nisko po swojej strome. Wkrótce zniknęli jej z pola widzenia i została sama w górach z obcym człowiekiem, który ją przerażał.

Nie była w stanie wzbudzić w sobie sympatii dla niego. Wymuszona bliskość kogoś takiego męczyła ją, starała się więc trzymać od niego z daleka, na ile tylko sytuacja pozwalała.

Schodzili w dół w milczeniu. Wkrótce opuścili szare kamieniste zbocze i weszli na porośniętą trawą łąkę. Kolejny wodospad, potężny i dziki, wyłonił się zza pobliskiej góry, długo słyszeli jego grzmot. Znajdowali się teraz w zagajniku górskich brzóz, przypominających raczej szare, na pół zbutwiałe pieńki niż drzewa. Stały niczym groźne upiory i starały się chwytać idących rozczapierzonymi palcami. Liv czuła się coraz gorzej, opuszczały ją resztki odwagi.

– Jak daleko mamy do hotelu? – zapytała.

– Do jakiego hotelu? – zaśmiał się obcy niemądrze.

Serce Liv zaczęło bić jak młotem.

– Do hotelu Bjørnemyr. Tam przecież miał mnie pan odprowadzić.

– Tak? A kto to powiedział?

Nie! Nie, to nie może być prawda! Liv zawróciła i zaczęła uciekać.

Obcy jednak schwytał ją natychmiast i zacisnął rękę na jej ramieniu niczym żelazne kleszcze.

– No, no, panienko, zaczekaj! Będziesz łaskawa pójść ze mną do wodospadu. Taki nieszczęśliwy wypadek każdemu może się tu przydarzyć…

– Ratunku! – wrzasnęła Liv w panice.

Mężczyzna zasłonił jej usta dłonią.

– Zamknij pysk! Już dosyć mamy z tobą korowodów. Ale dam ci szansę. Powiedz mi tylko, gdzie są te cholerne papiery? Gdzie jest ta dziura w kamieniu?

– Nie wolno mi nikomu tego powiedzieć – wyjąkała Liv. – To niemożliwe… Czy… Moja mama jest zdrowa?

– Co mnie, do cholery, obchodzi twoja mamuśka? Musiałem cię tylko wyrwać spod opieki tego gagatka. Ale tym razem on ci już nie pomoże, teraz pokażesz mi drogę do kamienia!

– Nie! Nie mogę tego zrobić i nie chcę!

– W takim razie nie będę miał wyboru. Jak nie dowiem się po dobroci, to może zmiękniesz, kiedy się z tobą trochę pobawimy…

Liv zrobiło się gorąco, a potem zimno z obrzydzenia.

– Nie, nie, nie!

Wyrwała się i udało jej się odbiec kawałek, ale natychmiast ją dogonił i przewrócił na ziemię. Liv drapała, gryzła, kopała, a napastnik klął siarczyście.

Poprzez swoje własne wrzaski i przekleństwa mężczyzny Liv słyszała dudniący łoskot wodospadu. Wiedziała, że nie ma żadnych szans. Jej zwłoki zostaną wrzucone właśnie tam i znikną pod huczącymi masami wody.

Jo Barheim odczuwał niepokój. Wszystko było niby jak należy. Liv co prawda musiała zawrócić, ale miała przecież bezpieczne towarzystwo. Mimo wszystko coś go dręczyło. Wciąż widział jej błagalne, przestraszone spojrzenie, które prosiło o pomoc. Ale on ją odesłał. Postąpił właściwie, jak inaczej mógłby się zachować, a mimo to nie był z siebie zadowolony. W gruncie rzeczy to wspaniała dziewczyna. Szczególnie cenił sobie jej wzruszająco dziecinne reakcje, a zwłaszcza ufność, z jaką odnosiła się do niego. Tak łatwo się z nią rozmawiało. Rozmawiał też z nią więcej niż z jakąkolwiek dziewczyną od wielu lat, co tam, niż z jakąkolwiek dziewczyną kiedykolwiek. Niech to diabli!

Morten wyrwał go z zamyślenia.

– Jak pusto zrobiło się bez Liv – powiedział jakby zaskoczony. – Uważałem, że to szalona głowa i fantastka, ale teraz naprawdę mi jej brakuje!

– Mnie też – przyznał Finn. – Wygląda na to, że dzisiaj w górach większy ruch niż zazwyczaj.

Znaleźli się na samym dole, na pustkowiu zasypanym kamieniami. Zejście nie trwało długo, z daleka widzieli już te zbocza, które, zdaniem Finna, prowadziły wprost do Månedalen. Zawsze szybciej się idzie, kiedy widać cel. Doliną zmierzał ku nim jakiś wysoki mężczyzna i przywoływał ich, machając rękami. Ruszyli mu na spotkanie.

– Zdaje się, że jesteśmy tu bardzo popularni – zauważył Morten niechętnie.

– O co chodzi tym razem? – zastanawiał się Harald.

Obcy biegł przez ostatni odcinek drogi.

– Jo Barheim? – spytał zdyszany.

– Tak, to ja – odparł Jo.

– O, Bogu dzięki – wykrztusił mężczyzna. – Biegłem prawie przez całą drogę z hotelu. Mam dla pana telegram. Proszę bardzo.

– Jeszcze jeden telegram? – zapytał Finn. – No nieźle. Czy ty też masz chorą matkę, Jo? Nie, przepraszam, to głupie z mojej strony.

Jo otworzył telegram. Poczuł skurcz w sercu, kiedy przeczytał: Berger znaleziony. Liv mówiła prawdę. Idę do Månedalen. Lensman Lian. Potworne podejrzenie zrodziło się w jego umyśle.

– Proszę mi powiedzieć – rzekł pobladły. – Czy wy w hotelu dostaliście niedawno inny telegram? Do Liv Larsen.

– Inny telegram? Nie, żadnego.

– Ani przekazanej telefonicznie wiadomości?

– O ile wiem, to nie!

– Nic na temat, że mama Liv Larsen zachorowała? Czy pan jest z hotelu Bjørnemyr?

– Oczywiście. Nie, nie dostaliśmy żadnej takiej wiadomości, mogę pana zapewnić.

Jo zacisnął pięści. Poczuł się zdruzgotany i po prostu chory.

– Zdradziłem Liv – szepnął. – A ona mi ufała. Słuchajcie, zaopiekujcie się moim bagażem i czekajcie tutaj. Tam niedaleko jest opuszczony szałas pasterski, przenocujcie w nim. Dziękuję panu za wiadomość – zwrócił się do człowieka z hotelu. – Ja muszę biec za Liv. Żeby tylko nie było za późno!

Zanim pozostali zdążyli się zorientować, o co chodzi, pomknął niczym wiatr w kierunku, gdzie zniknęła Liv ze swoim budzącym grozę przewodnikiem.

Teraz bardzo mu się przydała jego znakomita forma fizyczna. Kalosze były ciężkie i w pewnym stopniu hamowały tempo, ale mimo to nawet długodystansowiec nie biegłby szybciej niż on. Jo pędził przez najwyższe płaskie wzniesienie, a nad nim wznosiły się szczyty gór, widział, że większość szlaków wiedzie wzdłuż rzek lub wodospadów. I rzeczywiście, wkrótce odkrył wąską, lecz głęboko wydeptaną dróżkę, wijącą się przez jałowcowe zarośla.