– Co masz na myśli?
– Chyba nie masz zamiaru się poddać, Liv? Teraz wszystko zależy od tego, kto pierwszy dojdzie do kryjówki. Ale tym razem oni będą mieli trudniej. Bo teraz mają przeciwko sobie nie tylko samotną dziewczynkę. – Jo miał bardzo groźną minę. – Teraz będą musieli walczyć również z Jo Barheimem!
Kiedy ponownie wyszli na wymarły płaskowyż, słońce opuściło się już bardzo nisko i cienie stawały się coraz dłuższe. Podczas wspinaczki nie zamienili prawie ani słowa, byli zmęczeni i wstrząśnięci, Liv podczas walki z napastnikiem skaleczyła się w kolano i musiała bardzo uważać, by nie pokazać Jo, że ją to boli. W górze jednak łatwiej się było poruszać i wtedy mogli rozmawiać.
Liv gnębiły wyrzuty sumienia.
– Człowiekowi się wydaje, że w sytuacjach krytycznych będzie się zachowywał po bohatersku – rzekła ponuro. – A tymczasem gdy mu coś zagraża, wrzeszczy histerycznie i za wszelką cenę stara się ratować przede wszystkim własną skórę.
– Nie myśl już o tym więcej! – powiedział Jo gorączkowo. – Jeszcze by tylko tego brakowało, żeby ci byle drań robił krzywdę z powodu jakichś idiotycznych papierów. Zachowałaś się, tak jak należało, Liv.
– To nie o papiery chodzi, to moja obietnica złożona umierającemu człowiekowi.
– Rozumiem, co masz na myśli. Właśnie dlatego musimy zrobić, co tylko się da, żeby odzyskać dokumenty, zanim wpadną w łapy tamtych. Liv, ciebie coś boli! Poznaję to po minie. Zaraz dojdziemy do obozowiska, to będziesz mogła odpocząć. A później sprawami zajmie się pewnie też twój ojciec. I przyjedzie lensman. Ale dotrze do nas chyba nie wcześniej niż jutro koło południa, mimo że pojedzie samochodem.
W oddali ukazał się opuszczony szałas i to im dodało sił, chociaż trzeba było iść jeszcze spory kawałek. Liv spojrzała na Jo i doznała ukłucia w sercu na widok jego twarzy, ciemnej twarzy urodziwego fauna o lekko wystających kościach policzkowych, o oczach… Zdarza mi się, niestety, zapominać, jak on wygląda, pomyślała z żalem. A przecież kocham go dlatego, że jest właśnie takim człowiekiem, jakim jest. Ale potem spoglądam na jego twarz i ledwo mam siłę utrzymać się na nogach. I jego wygląd, i osobowość, każde z osobna by wystarczyło, żeby stracić dla niego głowę. A w połączeniu są po prostu zabójcze! Mimo wszystko i tak nie jest on, na szczęście, doskonały. Ma dosyć trudny charakter i chyba jest przewrażliwiony…
Jo zauważył, że Liv przygląda mu się ukradkiem, i uśmiechnął się do niej.
– O czym myślisz?
– O, nic ważnego – odparła zakłopotana. – A o czym ty myślałeś?
– O tym facecie. On musiał nas przez cały czas śledzić. To jego dostrzegłaś w lesie, to on spuścił na ciebie kamienną lawinę, to jego widział Morten i na niego natknęłaś się przy śnieżnej zaspie, chociaż wtedy miał na sobie płaszcz przeciwdeszczowy. Później musiał go wyrzucić albo gdzieś ukryć.
Liv skinęła głową.
– A ja myślę, że wiem, kto mu pomagał.
– Tak… Co do tego nie może chyba być wątpliwości. Zastanawiałem się nad tym. To, że omal nie spadłaś z ciężarówki, nie było żadnym nieszczęśliwym wypadkiem. To Harald cię popchnął. I ten słoik po dżemie, który znalazłaś w lesie, zanim żmija ukryta w twoim plecaku ukąsiła Finna, czy nie sądzisz, że to Harald miał żmiję w słoiku i wypuścił ją do twojego plecaka? I, oczywiście, żmija była przeznaczona dla ciebie.
– Tak jest! Zwłaszcza że znalazłam w lesie zakrętkę do słoika, podziurawioną gwoździem dla dopływu powietrza. A czy pamiętasz, jak machał rękami na ptaki tuż przed zejściem kamiennej lawiny? To był z pewnością sygnał. A jaki Harald był przez cały czas zainteresowany tą dziurą w kamieniu, wciąż nalegał, że muszę mu pokazać to miejsce!
– Ten nóż w nocy w szałasie, to pewnie też sprawka Haralda, prawdopodobnie podłożył ci go, kiedy już wszyscy zasnęliśmy. Powinniśmy byli zwrócić większą uwagę na jego karykaturę, którą narysowałaś. Wydobyłaś wszystkie paskudne cechy tego zbira.
– Wiesz, przypomina mi się jeszcze jedna rzecz. Dzisiaj nad rzeką, kiedy łowiliśmy ryby, on starał się mnie przekonać, żebym zaprowadziła go do kamienia jak najszybciej. Ja odmówiłam, a wtedy on poszedł, niby to na spacer, do urwiska, prawdopodobnie po to, by przekazać kamratowi wiadomość, że mu się nie powiodło i że teraz kolej na tamtego.
Szli właśnie po hali koło szałasów. Stajnia się zawaliła, na przegniłych belkach wspierała się tylko połowa dachu, ale dom mieszkalny zachował się nieźle. Morten wyszedł i czekał na nich przy drzwiach.
– A teraz – powiedział Jo cicho – teraz trzeba się zająć Haraldem.
– Bądź ostrożny, Jo! Oni są niebezpieczni. Berger też tak mówił.
Morten uśmiechał się.
– A więc wróciłaś, Liv? Miło cię znowu widzieć, ale powiedzcie mi, co to wszystko znaczy?
Finn również wyszedł na dwór.
– Wygląda na to, że dom bywa wykorzystywany jako miejsce noclegowe przez pasterzy owiec. W środku jest fajnie, chociaż może niezbyt luksusowo.
– Harald jest tutaj? – zapytał Jo krótko.
– Harald? Nie, on sobie poszedł. Nie miał czasu dłużej czekać. A skoro już jesteśmy tak blisko Månedalen, to sam znajdzie drogę.
Jo nie skomentował tej wiadomości.
– Chodźcie, chłopcy – powiedział. – Musimy porozmawiać.
Wnętrze było mroczne, sufit niski. Jo uderzył głową o grubą belkę. Liv dość sceptycznie spoglądała na dwie prycze zasłane bardzo zniszczonymi skórami reniferów. Mały stół i dwa taborety pod oknem stanowiły całe umeblowanie. Niskie drzwi prowadziły do komórki.
Chłopcy zdążyli już przygotować posiłek i teraz zapraszali do stołu. Jo wyjaśnił krótko, co się stało. Patrzyli na niego wstrząśnięci, nie byli w stanie przyjąć do wiadomości, że coś takiego mogło się wydarzyć tuż obok nich.
– Co teraz zrobimy? – zapytał Finn, kiedy Jo skończył opowiadanie.
– Przede wszystkim powinniśmy się wszyscy przespać, przynajmniej kilka godzin. Liv jest poobijana i zmęczona, boli ją kolano, ale później musimy ruszać dalej, jeszcze w nocy. Do Månedalen, do ojca Liv. Musimy dojść pierwsi!
– Mam pewien pomysł – rzekł Finn z wolna. – Niezbyt daleko stąd znajduje się pasterskie gospodarstwo. O ile dobrze pamiętam, mają tam również konia. Może mogliby go nam pożyczyć, wtedy Liv nie musiałaby iść.
– Świetnie! – wykrzyknął Jo. – Bardzo się niepokoję tym jej kolanem.
– Koń? – zapytała Liv przerażona. – Ja się śmiertelnie boję kont! One są takie ogromne.
– Tylko nie opowiadaj takich rzeczy jakiemuś domorosłemu psychologowi – roześmiał się Jo. – I nie bój się, wszystko będzie dobrze, tylko najpierw musimy się trochę przespać.
Liv miała spać na jednej pryczy, obaj chłopcy na drugiej, Jo chciał zrobić sobie posłanie na podłodze, najpierw jednak musiał przejrzeć jakieś notatki dotyczące pomiarów.
Chłopcy przepychali się przez chwilę, walcząc o miejsce, ale wkrótce umilkli i w pomieszczeniu zaległa cisza. Liv leżała i patrzyła na Jo, który siedział przy oknie w nastrojowym blasku stearynowej świecy i przeglądał swoje papiery. Poczuła dojmującą tęsknotę. Gdyby tak była choć trochę starsza, to może zwróciłby na nią uwagę…
Nagle, jakby czytając w jej myślach, Jo podniósł wzrok.
– Wiecie co, chłopcy? Liv ma dzisiaj urodziny. Myślałem, że zorganizujemy małą uroczystość, ale te okropne wydarzenia nam przeszkodziły. Liv skończyła dzisiaj siedemnaście lat.
Obaj składali jej gratulacje i żartowali.
– Mój Boże, znowu rok starsza – wzdychał Morten współczująco.