Jo okazał się prawdziwym dyplomatą, kiedy budził gospodarza i zaspanemu tłumaczył, że koniecznie musi pożyczyć sobie jego konia, a chłop mimo wszystko nie poszczuł ich psami. Wprost przeciwnie, kiedy już sobie poszli, chłop miał poczucie, że zrobił bardzo dobry uczynek, którym zasłużył sobie na najwyższe uznanie. Chociaż tak całkiem gratis Jo tego konia nie dostał.
Liv za nic nie chciała dosiąść wierzchowca, broniła się i zapierała, kiedy stanęła obok tej brązowej żywej góry. Ale Jo się nie cackał. Stanowczo wziął ją na ręce i posadził na końskim grzbiecie, ona zaś wczepiła się w grzywę zwierzęcia i ze strachu nie była w stanie się ruszyć. Finn tymczasem żałował, że to nie on ma bolące kolano. Morten z uroczystą miną prowadził konia za uzdę, a Jo szedł obok i uspokajał Liv.
To był bardzo łagodny koń i powoli, powoli Liv przyzwyczajała się do jazdy. Kiedy dotarli do Månedalen, zachowywała się już niemal jak doświadczony kowboj i śmiała się radośnie z wysokości końskiego grzbietu.
– Gdzie leży domek twojego taty? – zapytał Jo.
– Tam na prawo, na tym wysokim zboczu. Od nas licząc, drugi.
Przystanęli wszyscy. Żadne nie powiedziało ani słowa. W bladym rozświcie drzewa i budynki rysowały się już dość wyraźnie na tle nieba. Domek Larsenów trwał pogrążony w nocnej ciszy, a białe okiennice były starannie pozamykane.
ROZDZIAŁ VIII
– Taty nie ma – powiedziała Liv zaskoczona.
– Ciekawe, gdzie się mógł podziać? – zastanawiał się Finn.
– Wygląda na to, że oni za wszelką cenę nie chcą dopuścić do tego, żeby Liv spotkała się ze swoim ojcem – rzekł Morten ponuro.
Liv się przestraszyła.
– Myślisz, że oni…
Jo przerwał jej pospiesznie:
– Niezależnie od tego, gdzie jest, nic mu się z pewnością nie stało. Nie mogli jednocześnie urządzać polowania na ciebie w górach i na twojego tatę w Månedalen.
– No tak, masz rację – westchnęła z ulgą. – Uff, zrobiło mi się zimno, kiedy pomyślałam…
– Sama widzisz, że twoje przywiązanie do rodziny trwa tak samo jak w dzieciństwie.
– Chyba tak. Ale co teraz zrobimy?
– Najpierw pójdziemy do gospodarzy, u których my, geodeci, mamy mieszkać. Nazywają się Skarbu. Wiesz, gdzie to jest?
– Należy do nich tamto duże gospodarstwo, znam ich bardzo dobrze.
Cała rodzina Skarbu została obudzona i przybysze wypytywali ich o inspektora Larsena. Owszem, Larsen był w domu jeszcze do wczoraj, ale dostał wiadomość, że żona mu się rozchorowała, i natychmiast wyjechał.
Czwórka nowo przybyłych zarządziła wojenną naradę.
– Wiemy przynajmniej jedno, że mama Liv chora nie jest, że to wszystko wymyśliły te dranie, żeby usunąć z drogi i ją, i jej tatę. W tej sytuacji jednak to Liv musi nas zaprowadzić do kryjówki. Panie Skarbu, mógłby nam pan pożyczyć konia?
– Trzy konie! – zawołał Finn, ale natychmiast zamilkł, widząc surowe spojrzenie Jo.
Niestety, Skarbu nie miał konia i w ogóle wszystkie konie były zajęte daleko w lasach przy zwózce drewna.
– W takim razie mamy tylko jedno wyjście – powiedział Jo. – Czas bardzo już teraz nagli, a poza tym Liv boli kolano. Do kryjówki możemy iść tylko my dwoje, Liv i ja. Ona jest lekka, więc jeden koń uniesie nas bez kłopotu.
Obaj chłopcy protestowali gwałtownie, ale nie potrafili znaleźć dostatecznego powodu, dla którego ich obecność byłaby również niezbędna.
– Finn, gdybyś ty poszedł z Liv, to czy zdołałbyś ją obronić przed tymi dwoma mordercami? – zapytał Jo.
Finn zmarkotniał.
– Chyba nie, masz rację. Te przeklęte konie, czy nie mogłyby trzymać się bliżej domu?
Jo wydał Mortenowi instrukcje co do pracy, potem dosiadł konia, a chłopcy pomogli Liv usadowić się przed nim.
I przy wciąż jeszcze bladym świetle poranka wyruszyli z Månedalen.
Liv była wdzięczna, że tym razem nie musi siedzieć na koniu okrakiem. Jazda bez siodła na szerokim w zadzie chłopskim koniu jest nie tylko wyczerpująca, daje się ponadto we znaki skórze, zwłaszcza na udach. Dziewczyna była obolała już po poprzedniej jeździe. Jo prowadził konia pewnie, nie forsował go, ale posuwali się dość szybko naprzód. Jedną ręką Jo obejmował mocno talię Liv, a jej sprawiało to wielką przyjemność. Wiatr rozwiewał krótkie czarne włosy dziewczyny, które łaskotały Jo po twarzy. Za każdym razem, kiedy znajdowali się na wzniesieniu, widzieli przed sobą jaśniejący horyzont, a drzewa i krzewy powoli odzyskiwały swój normalny, dzienny wygląd. Poranna mgiełka unosiła się nad rzeką, budziły się ptaki, a szczyty gór nabierały mocno czerwonego odcienia.
– Zapowiada się piękny dzień – stwierdził Jo. – Nie zimno ci?
– Trochę, ale to podskakiwanie na koniu mnie rozgrzewa.
Przygarnął ją mocniej do siebie.
– Mimo makabrycznych okoliczności ta jazda to chyba moje najpiękniejsze przeżycie, wiesz.
– Moje także.
Chociaż dla mnie znaczy ono dużo więcej niż dla ciebie, pomyślała. Ponieważ ja jestem w tobie zakochana, a ty tylko mnie trochę lubisz. Ale to już i tak wiele, że w ogóle coś do mnie czujesz. A głośno powiedziała:
– Cała ta atmosfera poranka w górach jest niczym wyjęta z Sibeliusa „Konna jazda o wschodzie słońca”. – Zanuciła kilka tonów, oddających rytm końskich kroków.
Posuwali się teraz pod górę i Jo zwolnił.
– Czy można będzie podjechać do samej kryjówki?
– Nie, dla konia byłoby to zbyt trudne. Skręć w lewo!
Skręcili w wąską ścieżynkę przez gęsty zagajnik niskich górskich brzóz. Liv zamykała oczy, kiedy najwyższe gałęzie drzew uderzały ją po twarzy, i starała się odsuwać gałązki od twarzy Jo. Wciąż panowało to niezwykłe, jasne, ale jakby wciąż szare światło poranka. Słońce nie objęło jeszcze pełnej władzy nad górami i szczyty rzucały na ziemię długie, mroczne cienie, a dolina, którą zostawili za sobą, spowita była niebieskawą mgiełką. Koń szedł dróżką wydeptaną przez owce i krowy, gniótł niemiłosiernie rosnące po obu bokach karłowate wierzby i brzózki. Las stawał się teraz taki gęsty, że Liv musiała obiema rękami odgarniać gałęzie, by nie smagały Jo po głowie. Zdawało jej się, że zostali zamknięci w jakimś baśniowym borze, że są całkiem sami na świecie, a w pewnej chwili, kiedy odwróciła się gwałtownie, by uniknąć uderzenia jakiejś wyjątkowo rosochatej gałęzi, musnęła przypadkiem ustami policzek Jo i musiała zmobilizować wszystkie siły, by nie zarzucić mu rąk na szyję i nie zdradzić się ze swoimi uczuciami.
Ścieżka doprowadziła ich do otwartej polanki w lesie.
– Myślę, że tutaj powinniśmy zostawić konia – powiedziała Liv. – Przywiążemy go do drzewa.
Zeskoczyli i poszukali odpowiednio grubego pnia, przy którym mogli zostawić swojego wierzchowca, po czym ruszyli piechotą przez gęsty las. Po jakimś czasie zeszli w dół, nad strumień płynący w niewielkiej dolince. Wędrowali teraz jego brzegiem, a niekiedy całkiem po prostu środkiem strumienia w płytkiej wodzie, kiedy brzeg był zbyt zarośnięty lub niedostępny. Woda opłukiwała ich gumiaki, rozpryskiwała się na boki, niekiedy napotykali leżące w zacienionych miejscach płaty śniegu. Kamienne ściany wznosiły się nad nimi po obu stronach, chwilami prawie w ogóle nie było widać nieba. W końcu koryto potoku zaczęło się poszerzać i wkrótce zobaczyli ogromny kamienny blok na jego brzegu. Liv przystanęła.
– Jesteśmy na miejscu – oznajmiła.
– No tak, ale gdzie jest ta dziura?
– Poszukaj!
Okrążył kolosa, ale niczego nie zauważył. Kiedy wrócił na miejsce, Liv nie było.
– Liv! – zawołał przyciszonym głosem.
– Ahoj! – rozległo się z głębi kamienia.