Выбрать главу

– Ale najpierw muszę zajrzeć do kuchni – przypomniała mu.

– Do kuchni. Dobrze. Do kuchni. – Spojrzał na nią z boku i poprowadził korytarzem. – To odbiera odrobinę spontaniczności, nie uwalasz?

– Charles! – powiedziała ostrzegawczym tonem.

– Och, już dobrze. – Zmienił kierunek i teraz ciągnął ją ku kuchni, poruszając się przy tym jeszcze szybciej, jak wówczas gdy próbował naprowadzić ją do sypialni.

– Starasz się z góry nadrobić stracony czas? – zadrwiła. Za rogiem przytrzymał ją pod ścianą i szybko pocałował.

– Daję ci w tej kuchni trzy minuty, Trzy. Ani chwili więcej.

Ellie roześmiała się i kiwnęła głową, pozwalając mu na dyktowanie warunków, bo zrobiło jej się od tego jakoś cieplej na sercu. Charles puścił ją i zeszli po schodach na dół. Ellie właściwie musiała biec, żeby dotrzymać mu kroku.

Kuchnia zaczynała tętnić życiem, gdyż monsieur Belmont i jego drużyna zabierali się już do przygotowywania posiłku. Pani Stubbs siedziała w kącie, wyraźnie ignorując Francuza, i pilnowała trzech służących, które zmywały po śniadaniu.

– Moje konfitury stoją tam, na tym piecu – oznajmiła Ellie Charlesowi, wskazując na wielki gar. – Z mieszanych owoców. Helen i ja przygotowałyśmy je razem i…

– Trzy minuty, Eleanor.

– Dobrze. Muszę je tylko zamieszać, a potem…

– No to mieszaj!

Ellie podeszła w stronę pieca, ale w połowie drogi uświadomiła sobie:

– Ach, muszę najpierw umyć ręce, w oranżerii nosiłam wprawdzie rękawice, ale ten brud był taki okropny.

Charles westchnął zniecierpliwiony. Doprawdy, ta dziewczyna mogłaby wreszcie już się z tym uporać!

– Wobec tego umyj ręce i kończ! Tam na stole stoi wiadro z wodą.

Uśmiechnęła się, zanurzyła ręce w wodzie i krzyknęła.

– Co znów się stało?

– Jest lodowata. Monsieur Belmont musiał kazać przynieść lód. Może na deser będą dzisiaj lody owocowe.

– Ellie, konfitury!

Ellie sięgnęła po garnek, zerkając spod oka na widok odsuwającej się od niej służby. Najwyraźniej służący wciąż nie mieli do niej zaufania.

– Zaraz przeniosę go na stół, będą się tu mogły schłodzić i…

Charles nigdy później nie potrafił powiedzieć na pewno, co się wydarzyło w następnej chwili. Obserwował akurat, jak monsieur Belmont po mistrzowsku kroi bakłażana, gdy usłyszał krzyk Ellie. Gdy przeniósł na nią wzrok, wielki garnek z konfiturami właśnie upadał na ziemię. Charles przyglądał się temu z bezradnym przerażeniem. Garnek uderzył o podłogę, pokrywka odskoczyła, a strumień czerwonych konfitur przeleciał przez powietrze, ochlapał kuchnię, podłogę i Ellie. Ellie pisnęła jak zranione zwierzę i osunęła się na ziemię, szlochając z bólu. Charles poczuł, że serce zamiera mu w piersi Podbiegł do niej, ślizgając się na gorących, lepkich konfiturach.

– Zdejmij to ze mnie! – łkała Ellie. – Zdejmij to ze mnie! Charles popatrzył na nią uważnie i zobaczył, że wrzące konfitury przylgnęły jej do skóry, chociaż wydawało się, że tylko do dłoni i nadgarstków. Dobry Boże, a on stoi i się gapi! Nie zastanawiając się dłużej, sięgnął po wiadro z wodą, z którego Ellie korzystała wcześniej, i zanurzył jej ręce. Szarpnęła się, próbując je wyciągnąć.

– Nie! – krzyknęła. – To za zimne!

– Kochanie, wiem, że woda jest zimna – powiedział miękko z nadzieją, że Ellie nie usłyszy, jak bardzo drży mu głos. -Ja też trzymam w niej ręce.

– Boli, okropnie boli!

Charles przełknął ślinę i rozejrzał się po kuchni. Ktoś z zebranych powinien wiedzieć, co robić, jak uwolnić Ellie od tego bólu. Serce pękało mu od jej jęków, od drżeń, które targały ciałem.

– Cicho, Ellie, cicho! – mówił miękkim tonem. – Zobacz, konfitury już się zmywają, widzisz?

Ellie natychmiast spojrzała na swoje ręce zanurzone w wodzie, a Charles od razu pożałował, że ją do tego nakłonił, bowiem w miejscach, w których konfitury się odlepiły, skóra była ogniście czerwona.

– Przynieście więcej lodu! – warknął, nie kierując polecenia do żadnej konkretnej osoby. – Ta woda robi się za ciepła.

Trzy podkuchenne pospieszyły do lodowni, ale pani Stubbs wysunęła się naprzód.

– Milordzie, nie jestem pewna, czy postąpił pan najwłaściwiej.

– Przecież te konfitury były wrzące, musiałem to jakoś schłodzić.

– Ale ona cała się trzęsie.

Charles zwrócił się do Ellie:

– Tak bardzo cię boli?

Pokręciła głową.

– Prawie nic nie czuję.

Charles przygryzł wargę. Wcale nie był pewien, czy zastosował najlepszy sposób na oparzenia.

– No dobrze, może wobec tego zabandażujemy ci ręce.

Pozwolił jej wyjąć ręce z wiadra, lecz nie upłynęło więcej niż dziesięć sekund, jak Ellie znów jęczała z bólu. Z powrotem więc zanurzył jej ręce w wodzie. Trzy służące wróciły z lodem.

– Coś w tej zimnej wodzie najwyraźniej łagodzi ból – oznajmił pani Stubbs.

– Ależ ona nie może tu tkwić na zawsze!

– Wiem, ale jeszcze chociaż przez minutę.

– Czy życzy pan sobie, abym przygotowała specjalną pomadę na oparzenia?

Charles tylko kiwnął głową i całą swoją uwagę skupił na Ellie. Obejmował ją mocno i z ustami przy jej uchu szepnął:

– Nie odsuwaj się ode mnie, kochana. Pozwól, że razem z tobą pozbędę się tego bólu.

Kiwnęła głową.

– Oddychaj głęboko – poinstruował, a kiedy go usłuchała, popatrzył na panią Stubbs i nakazał: – Niech ktoś to posprząta. Nie chcę na to patrzeć! Proszę to wszystko wyrzucić!

– Nie! – wybuchnęła Ellie. – To moje konfitury!

– Ależ Ellie, to tylko konfitury!

Obróciła się do niego, patrzyła teraz trochę przytomniej. -Pracowałam nad nimi cały dzień.

Charles w duchu odetchnął z ulgą. Jeśli Ellie skupi się na tych przeklętych konfiturach, to może odciągną one jej myśli od bólu.

– Co tu się dzieje? – rozległ się przenikliwy krzyk. Charles podniósł głowę i zobaczył ciotkę Cordelię. Dobry Boże, tylko tego im potrzeba!

– Niech ktoś ją stąd wyprowadzi – mruknął.

– Czy ona się poparzyła? Czy ktoś się poparzył? Przecież już od lat ostrzegam wszystkich przed ogniem!

– Czy ktoś może usunąć ją z kuchni? – powtórzył głośniej.

– Ogień pochłonie nas wszystkich. – Cordelia dziko wywijała rękami w powietrzu. – Wszystkich!

– Natychmiast! – wrzasnął Charles i tym razem dwaj lokaje wyprowadzili ciotkę. – Wielkie nieba! – mruknął. – Ta kobieta jest kompletnie niespełna rozumu!

– Ale nikomu nie robi krzywdy – powiedziała roztrzęsiona Ellie. – Sam mi tak mówiłeś.

– Nie rozmawiaj, oszczędzaj siły – poprosił głosem grubym od strachu.

Pani Stubbs podeszła z małą miseczką.

– Oto pomada, milordzie. Trzeba nią posmarować oparzenia, a potem zabandażować ręce pani.

Charles z powątpiewaniem przyglądał się lepkiej masie.

– Co jest w środku?

– Jedno roztrzepane jajko i dwie łyżeczki oliwy, milordzie.

– Jest pani pewna, że to zadziała?

– Moja matka zawsze tego używała.

– No dobrze. – Charles odsunął się i patrzył, jak gospodyni delikatnie nakłada pastę na czerwoną skórę Ellie, a następnie obwiązuje jej ręce pasami cienkiego płótna. Ellie siedziała sztywno i Charles widział, że cały czas wstrzymuje się, by nie krzyczeć z bólu.

Boże, serce mu pękało na ten widok. W drzwiach zapanował jakiś ruch. Charles obrócił się i zobaczył Judith, za którą szły Claire i Helen.