— Tylko wtedy, gdy ich użyją we własnych ciałach — rzekła Cardenas unosząc palec dla podkreślenia wagi swych słów.
— MKA łaskawie zdecydowała, że mogą używać nanotechnologii do konserwacji i naprawiania sprzętu.
Dan wyczuł w jej tonie sarkazm.
— Założę się, że Nowa Moralność była tym zachwycona.
— Oni jeszcze nie trzęsą całym przedstawieniem. Jeszcze nie. Dan sapnął ze złością.
— To i tak dobry powód, żeby żyć poza Ziemią. Zawsze mawiałem, że jeśli idzie ku ciężkiemu, twardzi ludzie idą tam…
— …gdzie idzie się lżej — dokończyła za niego Cardenas.
— Znam to powiedzenie.
— Nie sądzę, żebym mógł na zawsze zamieszkać poza Ziemią — rzekł Dan. — To znaczy… cóż, tam jest mój dom.
— Nie dla mnie — warknęła Cardenas. — I nie dla pół tuzina marsjańskich badaczy. Zaakceptowali nanomaszyny. Nie mają zamiaru wracać na Ziemię.
— Nie wiedziałem o tym — rzekł zdziwiony.
— Nie mówi się o tym głośno. Nowa Moralność i jej ludzie trzymają mocno media za twarz.
Dan przez długą chwilę wpatrywał się w jej twarz. Doktor Cardenas była fizycznie młodą, dość atrakcyjną laureatką Nagrody Nobla, ale wydawała się przy tym niesympatyczna.
— Cóż — przemówił w końcu — cieszę się, że znalazła pani czas na spotkanie ze mną. Wiem, że jest pani zajęta.
Uśmiechnęła się z zadowoleniem.
— Pana wiadomość wydawała się taka… — szukała właściwego słowa — …tajemnicza. Zaczęłam się zastanawiać, po co chce pan widzieć się ze mną osobiście, zamiast po prostu zadzwonić.
Dan odwzajemnił uśmiech.
— Doszedłem do wniosku, że rozmowy twarzą w twarz są zawsze łatwiejsze. Telefony, poczta, nawet spotkania VR, to wszystko nie zastąpi osobistego spotkania.
Uśmiech Cardenas wyrażał zrozumienie.
— Powiedzieć komuś twarzą w twarz „nie” jest znacznie trudniej.
— Przejrzała mnie pani — odparł Dan, podnosząc ręce w obronnym geście. — Potrzebuję pani pomocy i nie chciałem o tym rozmawiać na odległość.
Wydawało się, że trochę się odprężyła. Rozsiadając się wygodnie, spytała:
— Dlaczego zatem przyleciał pan tu na górę, żeby się ze mną spotkać?
— Na dół. Przyleciałem z Selene.
— Na czym polega pański problem? Tkwię po uszy w pracy dla Marsa i nie jestem na bieżąco z nowinkami.
Dan wziął głęboki oddech i zaczął mówić:
— Jak pani wie, jestem szefem Astro Manufacturing. Cardenas skinęła głową.
— Dysponuję małym zespołem, który jest gotów zbudować prototyp rakiety z napędem fuzyjnym za pomocą nanomaszyn.
— Rakieta z napędem fuzyjnym?
— Testowaliśmy małe modele. System działa. Teraz chcemy zbudować pełnowymiarowy prototyp i przetestować go. Planujemy misję do Pasa Asteroid i…
— Przecież do Pasa latano zwykłymi rakietami. Po co panu napęd fuzyjny?
— To były pojazdy bezzałogowe. Z tą misją poleci załoga, cztery osoby, może sześć.
— Do Pasa? Po co?
— Żeby zacząć poszukiwania metali i minerałów, których potrzebują ludzie na Ziemi — rzekł.
Twarz Cardenas stała się równie wyrazista jak kamień. Spytała chłodno:
— Co pan próbuje osiągnąć, panie Randolph?
— Próbuję ocalić Ziemię. Wiem, że to brzmi pompatycznie, ale jeśli nie…
— Nie widzę powodu, żeby ocalić Ziemię — oświadczyła obojętnie Cardenas.
Dan zagapił się na nią.
— Wpakowali się w ten bałagan z efektem cieplarnianym. Ostrzegaliśmy ich, ale nie zwrócili uwagi. Politycy, liderzy biznesu, media… nikt z nich nie kiwnął palcem. Aż było za późno.
— To nie jest do końca prawda — rzekł cicho Dan, przypominając sobie własne zmagania o to, żeby światowi liderzy dostrzegli nadciągający przełom cieplarniany.
— To jest prawda — odparła Cardenas. — I jeszcze mamy Nową Moralność i wszystkie pozostałe ultrakonserwatywne kulty. Chce ich pan ratować?
— To są ludzie — wyrzucił z siebie Dan. — Istoty ludzkie.
— To niech się utopią we własnym gnoju — głos Cardenas ociekał jadem. — Mają to, na co zasłużyli.
— Ale… — Dan poczuł się kompletnie bezradny. — Nie rozumiem…
— Wygnali mnie — Cardenas prawie warczała. — Tylko dlatego, że wstrzyknęłam nanomaszyny do swojego organizmu, zabronili mi wracać na Ziemię. Ci fanatycy mordowali wszystkich, którzy wypowiadali się za nanotechnologią, nie wie pan?
Dan potrząsnął w milczeniu głową.
— Zaatakowali Bazę Księżycową, jeszcze zanim przekształciła się w Selene. Jeden z ich zamachowców-samobójców wysadził profesora Zimmermana w jego własnym laboratorium. I pan chce, żebym im pomagała?
Zaskoczony jej furią, Dan mruknął:
— Ale — to było całe lata temu…
— Ja tam byłam, panie Randolph. Widziałam zmasakrowane ciała. I wtedy, gdy wygraliśmy i nawet stare ONZ musiało uznać naszą niepodległość, ci hipokryci, ci ignoranci uchwalili prawo skazujące na wygnanie każdego, kto miał w ciele nanomaszyny.
— Rozumiem, ale…
— Miałam męża — mówiła dalej, a jej błękitne oczy pałały. — Miałam dwie córki. Mam czwórkę wnuków na studiach i żadnego z nich nie dotknęłam! Nie trzymałam ich, gdy były niemowlętami. Nie siedziałam z nimi przy tym samym stole.
Jeszcze jedna kobieta, która zaraz się rozpłacze, pomyślał Dan. Cardenas była jednak zbyt wściekła. Jak ja mam do niej dotrzeć, u licha, zastanawiał się.
W końcu odzyskała panowanie nad sobą. Kładąc obie dłonie na biurku, rzekła spokojnie:
— Przepraszam pana za tę tyradę. Chcę, żeby pan zrozumiał, czemu nie jestem szczególnie zainteresowana pomaganiem ludziom na Ziemi.
— A pomaganiem ludziom w Selene? Uniosła podbródek.
— Co pan ma na myśli?
— Działający napęd fuzyjny może sprawić, że pozyskiwanie hydratów z asteroid węglowych stanie się opłacalne. Nawet przechwytywanie pary wodnej z komet.
Zastanowiła się przez chwilę.
— Czy pozyskiwanie paliw z Jowisza.
Dan patrzył na nią. Święci pańscy, o tym nie pomyślałem. Atmosfera Jowisza musi być naładowana izotopami wodoru i helu.
Cardenas uśmiechnęła się lekko.
— Oczywiście, może pan na tym zrobić fortunę.
— Podjąłem się zrobić to po kosztach. Uniosła brwi.
— Po kosztach?
Zawahał się, po czym przyznał:
— Chcę pomóc ludziom na Ziemi. Jest ich dziesięć miliardów, minus te parę milionów, które zginęło w powodziach, epidemiach i klęskach głodu. To nie są źli ludzie.
Cardenas spojrzała w inną stronę, po czym przyznała:
— Rzeczywiście nie są.
— Tam są pani wnuki.
— To cios poniżej pasa, panie Randolph.
— Dan.
— To i tak cios poniżej pasa, i doskonale o tym wiesz. Uśmiechnął się do niej.
— Nie mam nic przeciwko paru podłym ciosom, jeśli pomogą mi załatwić sprawę.
Nie odwzajemniła uśmiechu. Ale odpowiedziała.
— Rozdzielę robotę związaną z Marsem wśród paru moich studentów. Teraz to już głównie rutynowe prace. Wracam do Selene za tydzień.
— Dziękuję. To dobry wybór.
— Nie byłabym tego tak pewna. Wstał z krzesła.
— Chyba sami się kiedyś przekonamy, do czego to wszystko prowadzi.
— Tak, pewnie tak — przytaknęła.
Wymienili uściski dłoni i wyszedł z jej biura. Nie ma co zwlekać, gdy się dostanie to, o co chodzi. Nie dawaj drugiej stronie szansy na przemyślenie sprawy. Miał zgodę Cardenas, nieważne, jak niechętnie udzieloną, ale miał.