Выбрать главу

— Więc Astro Corporation może rościć sobie prawo do użytkowania asteroidy, na którą poleci bezzałogowa misja?

Odpowiedź nadeszła prawie trzy sekundy potem.

— Nie. Takie roszczenie może zostać wysunięte wyłącznie przez osoby znajdujące się na terenie, którego roszczenie dotyczy.

— Ale po dwakroć przeklęty statek kosmiczny będzie sterowany zdalnie przez ludzi z Selene.

Znów opóźnienie i odpowiedź.

— Nie, Dan. To nie jest możliwe. W przeciwnym razie korporacje rozsyłałyby minisondy po całym Układzie Słonecznym i wysuwały roszczenia do wszystkiego, co się da. To trochę jak pomysły z patentowaniem segmentów DNA i żywych organizmów z zeszłego stulecia.

— Zatem bezzałogowy lot testowy niczego nam nie załatwia — rzekł.

Usłyszawszy to pytanie, prawniczka odparła:

— To ty musisz podjąć tę decyzję, Dan. Jestem tylko prawnikiem, ty jesteś prezesem.

— Wielkie dzięki — mruknął.

Martin Humphries nie zadał sobie trudu ścigania inspektora MKA. Po co? Młody biurokrata zrobił dokładnie to, czego Humphries chciał. Z trudem ukrywając satysfakcję, pojechał ruchomymi schodami do swojego apartamentu pod powierzchnią Księżyca.

Wszystko idzie jak po maśle, pogratulował sobie, idąc korytarzem w stronę groty. Wystarczające opóźnienie, żeby załatwić Randolpha…Akcje Astro można spłukać w kiblu, a inni większościowi akcjonariusze chętnie je sprzedadzą, gdy tylko okaże się, że misję odroczono z powodu dalszych testów. Zanim misja wreszcie wyruszy, będę właścicielem Astro, a Dan Randolph zostanie na lodzie.

A co najlepsze, pomyślał, kiedy zostanę szefem, dopilnuję, żeby Amanda została tutaj. Ze mną.

Orbita księżycowa

— Lepiej teraz wygląda, nie? — spytał Dan, gdy ich pojazd sunął w stronę rakiety z napędem fuzyjnym.

Pancho skinęła głową na zgodę. Statek miał kształt raczej utylitarny, nie był smukły, ale teraz prymitywny wygląd samego silnika uwypuklało jeszcze sześć wielkich, połyskujących zbiórników paliwa. Na cylindrycznym module załogi namalowano nazwę: Starpower 1; na zbiornikach paliwa widniały znaki Astro Corporation, Humphries Space Systems i Selene.

Rakietka była niewiele większa niż zwykłe księżycowe rakiety transferowe, miała tylko dodatkowy zestaw zbiorników i większy silnik rakietowy służący do startów z powierzchni Księżyca i lądowań. Dan i Pancho mieli na sobie ciemne kombinezony Astro i lecieli w zrobionym ze szkłostali module dla załogi, stojąc z nogami przypiętymi do pętli na podłodze, bo przy tak krótkim locie z małymi przeciążeniami fotele były zbędne. Na przodzie modułu był kokpit, ale stery nie były używane, gdyż sterowanie należało do kontrolerów lotu z portu Armstrong. A jednak Dan czuł się pewniej, mając obok siebie doskonałego pilota. Różnie bywa, pomyślał.

Zbliżając się do statku, Pancho aż zagwizdała na widok zbiorników z paliwem.

— To są jakieś straszne ilości paliwa.

— Mnie to mówisz? — rzekł Dan z żalem w głosie. — Musiałem zerwać dwa kontrakty na dostawę helu-3 do ziemskich elektrowni, żeby napełnić te przeklęte zbiorniki.

— Zerwać?

Dan pokiwał ponuro głową.

— Dwa kroki na drodze do bankructwa.

Pancho zdecydowała się na drobną zmianę tematu.

— Co zdecydowałeś w kwestii długotrwałego testu? Dan potrząsnął głową.

— Spędziłem dwie godziny, pociągając wszelkie możliwe sznurki.

— No i co?

— Jak dotąd nic. Zero. Nikt nie kiwnie palcem, żeby nie podpaść MKA.

— Więc będziesz musiał wykonać lot bezzałogowy? Drapiąc się po brodzie, Dan odparł z niechęcią:

— Wygląda na to, że tak.

— To po co tu lecimy?

Po twarzy Dana przemknął cień uśmiechu. Myślał o dawnych czasach, wiele, wiele lat temu, kiedy był najemnikiem, piratem porywającym statki bezzałogowe i łupiącym przewożone przez nie towary lub rudę. Był to akt desperacji, jedyny sposób, który pozwalał sfrustrowanemu Danowi Randolphowi otworzyć siłą kosmiczne rynki zagarnięte przez monopolistów. Wygrał wojnę z monopolem i otworzył Układ Słoneczny dla wolnego rynku dla ludzi, korporacji i rządów. Miało to jednak pewną cenę. Jego uśmiech zgasł, gdy Dan przypomniał sobie o ludziach, którzy zginęli w tej krótkiej, niewypowiedzianej wojnie. On sam o mało nie zginął.

— I co? — dopytywała się Pancho. — Jedziemy na przejażdżkę, czy co?

Porzucając na jakiś czas myśli o przeszłości, Dan odparł:

— Chcę sam zobaczyć moduł załogowy. I mamy spotkać się z geologiem planetarnym, którego wybrał dla nas Zack Freiberg.

— Ten specjalista od asteroid?

— Tak. Jest teraz na pokładzie. Spał tam wczoraj. Pancho prychnęła.

— Szybka rybka. Pewnie jakiś studenciak.

— Właśnie otrzymał stopień na Politechnice w Zurychu.

Kontrolerzy lotu sprawnie sterowali skoczkiem aż do gładkiego połączenia ze Starpower 1. Dan i Pancho przyglądali się, jak mała rakietka transferowa cumuje do korytarza łączącego większego statku. Unosili się w przypominającej łono komorze, aż przyłączyli do śluzy statku.

Śluza otworzyła się w połowie modułu załogowego. Po lewej stronie Dan dostrzegł harmonijkowe drzwi prywatnych kabin przylegających do korytarza. Dalej był kambuz, mesa ze stołem i sześcioma małymi, ale wyglądającymi na miękkie krzesłami, a dalej — za otwartą klapą — mostek. Z prawej była łazienka i zamknięta klapa, która prowadziła do magazynów i ładowni.

Dan ruszył w lewo, do mesy i na mostek.

— Krzesła? — spytała zdumiona Pancho, gdy płynęli przez mesę, unosząc się parę centymetrów nad wykładziną.

— Przez większość drogi będziecie hamować albo przyspieszać — przypomniał Dan. — W zerowej grawitacji nie spędzicie dużo czasu.

Skinęła głową, jakby zła na siebie.

— Wiedziałam o tym, jakoś nie skojarzyłam.

Dan rozumiał, co Pancho czuje. Widziała projekt modułu załogowego setki razy, oglądała trójwymiarowe makiety, spacerowała po symulacjach VR. Znalezienie się na statku było jednak czymś zupełnie innym. Czuł zapach nowości, zapach metalu i tkaniny; mógł wyciągnąć rękę i przesunąć ręką po plastikowych panelach nad głową. Mostek wyglądał na mały, ale lśnił i słychać było mruczenie obwodów pod prądem.

— Gdzie nasz studencik? — spytała Pancho rozglądając się.

— Pewnie o mnie chodzi — rozległ się skrzypiący głos za nimi.

Odwracając się, Dan zobaczył solidnie zbudowanego młodzieńca trzymającego się oboma rękami otwartej klapy. Był odrobinę niższy od Dana, ale szerszy w ramionach, z pękatą klatką piersiową. Zbudowany jak zapaśnik. Twarz miał także szeroką: ciężka szczęka, szerokie, cienkie wargi, małe, głęboko osadzone oczy. Włosy miał tak przylizane, że Dan w pierwszej chwili nie dostrzegł, jakiego są koloru. W lewym uchu miał mały, błyszczący kolczyk, Dan nie był w stanie dostrzec, czy to brylant, cyrkonia czy szkło.

— Słyszałem, jak wchodzicie. Byłem w ładowni, sprawdzałem sprzęt — mówił z płaskim akcentem amerykańskiego Środkowego Zachodu, a wymawiał wszystko tak dokładnie, że musiał się tego nauczyć w szkole za granicą.

— Och — wykrztusiła z siebie Pancho.

— Jestem Lars Fuchs — rzekł, wyciągając rękę do Dana.

— Pan Randolph, jak sądzę.

— Miło mi pana poznać, doktorze Fuchs — dłoń Dana utonęła w ręce Fuchsa. Uścisk dłoni młodego człowieka był silny, zdecydowany. — To jest Pancho Lane — mówił dalej Dan. — Będzie pilotem misji.