Выбрать главу

Fuchs opuścił lekko podbródek.

— Pani Lane. Aha, i nie jestem doktorem. Jeszcze nie.

— Nie ma sprawy. Zack Freiberg gorąco pana polecał.

— Jestem bardzo wdzięczny profesorowi. Bardzo mi pomógł.

— A ja jestem Dan. Jeśli będziesz się do mnie zwracał „panie Randolph”, będę się czuł okropnie staro.

— Och, nie chciałem pana urazić! — rzekł zaniepokojony Fuchs.

— Mów mi Dan.

— Tak, proszę pana, oczywiście. Proszę mówić mi Lars.

— Zwracając się do Pancho, podkreślił: — Oboje.

— Załatwione, Lars — rzekła Pancho, wyciągając dłoń. Fuchs uścisnął jej dłoń ostrożnie, jakby nie wiedział, co z nią zrobić.

— W Ameryce kobiety noszą takie imiona? Pancho? Zaśmiała się.

— Ta kobieta tak, Lars, staruszku.

Uśmiechając się niepewnie, Fuchs wymówił imię „Pancho”, jakby chciał je wypróbować.

— Doskonale sobie radzisz w stanie nieważkości — zauważył Dan. — Z tego, co mówił Zack, jesteś poza Ziemią po raz pierwszy.

— Dziękuję panu… Dan. Przyleciałem wczoraj wieczorem, więc miałem czas przyzwyczaić się do mikrograwitacji, zanim przylecieliście.

Pancho uśmiechnęła się ze współczuciem.

— Spędziłeś noc z głową w kiblu, co?

— Tak — przyznał z niepewną miną — wymiotowałem kilka razy.

— Wszystkim się to przydarza, Lars — pocieszyła go. — Nie ma się czego wstydzić.

— Nie wstydzę się — odparł, unosząc lekko podbródek. Dan wsunął się między nich.

— Wybrałeś już sobie kabinę? Przyleciałeś tu pierwszy, to powinieneś pierwszy wybrać.

— Hej — mruknęła Pancho — ja tu już byłam wcześniej. Amanda też.

— Prywatne kabiny są identyczne — rzekł Fuchs. — Nie ma znaczenia, którą się wybierze.

— Wezmę ostatnią po lewej — oznajmił Dan, patrząc na korytarz, który biegł wzdłuż całego modułu. — Jest najbliżej toalety.

— Ty? — Pancho wyglądała na zdumioną. — Odkąd to lecisz z nami?

— Od jakichś czterech dni — odparł. — To znaczy, wtedy podjąłem tę decyzję… kilka decyzji.

Bar Pelikan

— A taki jest mój plan — oświadczył Dan z krzywym uśmieszkiem.

On i Pancho siedzieli skuleni przy jednym ze stolików rozmiaru znaczka pocztowego, w najdalszym kącie baru Pelikan, z dala od szumu rozmów i wybuchów śmiechu tłumu stojącego przy kontuarze. Prawie stykali się głowami, siedząc blisko siebie jak para konspiratorów.

Którymi w istocie byli. Dan nie mógł się w duchu nadziwić swojemu znakomitemu samopoczuciu. Czuł się wolny. Prawie szczęśliwy. Po dwakroć przeklęci biurokraci próbowali mnie spętać. Za tym wszystkim stoi oczywiście Humphries, manipulując MKA i bigotami z Nowej Moralności. Sztywni goście z psalmami na ustach nie chcą, żebyśmy polecieli do asteroid. Wolą Ziemię taką, jaka jest: godną pożałowania, wygłodzoną, rozpaczliwie szukającą resztek porządku i władzy w propozycjach Nowej Moralności. Efekt cieplarniany to dla nich błogosławieństwo, gniew boży ścierający w proch niewiernych. Wszystko, co robimy, żeby zmniejszyć jego skutki, postrzegają jako zagrożenie dla swej władzy.

Dan przypominał sobie niewyraźnie z dzieciństwa lekcje historii o jakiejś grupie zwanej nazistami, jeszcze w dwudziestym wieku. Doszli do władzy, bo panował kryzys ekonomiczny i ludzie potrzebowali pracy i jedzenia. Jeśli tylko dobrze zapamiętał te lekcje historii…

Zatem Nowa Moralność zapuściła macki w MKA, rozmyślał Dan. I w GRE. Założę się. A Humphries dyryguje nimi jak orkiestrą, wykorzystując do rzucania mi pod nogi kłód, aż odbierze mi Astro.

Cóż, to nie będzie łatwy partner.

— Co cię tak śmieszy? — spytała zdziwiona Pancho.

— Śmieszy?

— Powiedziałeś „taki jest mój plan” i zacząłeś się szczerzyć, jak kot na kanarka w klatce.

Dan pociągnął łyk brandy z piwem imbirowym i rzekł:

— Pancho, zawsze mawiałem, że jeśli idzie ku ciężkiemu, twardzi ludzie idą tam, gdzie jest lżej.

— Już to kiedyś słyszałam.

— Więc ja idę z tobą. — Ty?

— Tak.

— Lecisz do Pasa.

— Potrzebny ci inżynier. Znam systemy statku jak nikt.

— Boże święty — mruknęła Pancho.

— Poza tym jestem wykwalifikowanym astronautą. Lecę z tobą.

— Nie możesz lecieć, dopóki nie odbędziemy lotu bezzałogowego — przypomniała, sięgając po piwo.

Pochylając się nad stołem jeszcze bliżej, Dan oświadczył ochrypłym szeptem:

— Pieprzyć lot bezzałogowy. Lecimy do Pasa od razu. Ty, Amanda, Fuchs i ja.

Pancho prawie udławiła się piwem. Pociekło na stół, zakaszlała, wreszcie spytała:

— Szefie, co ty pijesz?

Szczęśliwy jak pirat na otwartym morzu, Dan rzekł:

— Niech sobie myślą, że robimy dokładnie to, czego od nas chcą, tylko przez przypadek nasza czwórka będzie na pokładzie, kiedy statek zejdzie z orbity.

— Tak po prostu?

— Yhm. Obliczymy nową trasę po drodze. Zamiast przyspieszać do jednej szóstej g, jak planowaliśmy, przyspieszymy do jednej trzeciej i skrócimy czas przelotu o ponad połowę.

Pancho nie wyglądała na przekonaną.

— Lepiej weź na pokład astrogatora.

— Nie. — Dan wycelował w nią palec. — Ty nim będziesz, mała. Ty i Amanda. Nie zabieram nikogo, kto nie jest absolutnie niezbędny.

— Nie byłabym tego taka pewna — rzekła Pancho słabym tonem.

— Nie drocz się ze mną, mała — burknął. — Wy dwie uczyłyście się techniki „wyceluj i strzel” całymi tygodniami. Jeśli tego nie potraficie, zmarnowałem na was kupę kasy.

— Ja potrafię — odparła szybko Pancho.

— To świetnie.

— Po prostu czułabym się lepiej, gdybyśmy mieli na pokładzie prawdziwego fachowca.

— Nie będzie fachowców. Tylko nasza czwórka. Nie chcę, żeby ktoś coś podejrzewał. Włączając w to Humphriesa.

Pancho machnęła niedbale ręką.

— Nie odezwał się, odkąd przenieśliśmy Sis.

— Nie sądzę, żeby wiedział, gdzie ją schowaliśmy — rzekł, sięgając po drinka.

— On wie wszystko.

— O tym locie nie wie — upierał się. — Nikt nie będzie o nim wiedział. Rozumiesz? Nie mów nawet Amandzie czy Fuchsowi. To nasza wspólna tajemnica, mała.

— I kontrolerów lotu — mruknęła. — Co?

— A co zrobisz z kontrolerami lotu? Nie możesz, ot tak sobie, wejść na pokład Starpower i odpalić go, żeby się nie dowiedzieli. Do ciężkiego licha, Dan, nie będziesz nawet w stanie wejść na pokład, jeśli nie dadzą ci skoczka i pozwolenia na start.

Pociągając łyk brandy z piwem imbirowym, Dan przyznał:

— To jest problem, którego jeszcze nie rozwiązałem.

— Duży problem.

— Tak, duży — Dan nie mógł powstrzymać uśmieszku. Pancho potrząsnęła głową z dezaprobatą.

— Ty się tym wszystkim dobrze bawisz.

— A czemu nie? Cały świat pędzi ku zagładzie, Nowa Moralność przejmuje rządy, Humphries chce mnie pozbawić mojej własnej firmy — dlaczego nie mogę porwać swojego własnego statku i polecieć nim do Pasa Asteroid?

— To dziwne — mruknęła Pancho.

Dan zobaczył, że jego szklanka jest pusta. Przycisnął guzik na skraju stołu, przywołując jednego z pękatych małych robotów, przeciskających się przez tłum.