Выбрать главу

— Zabieraj go do szpitala! Szybko! Powiedz im, co się stało i nich mu to dadzą! To antidotum.

Złapała nadal otwartą torbę podróżną i ruszyła w stronę drzwi. Amanda pobiegła za nią, po czym zawróciła i wzięła własną. Biegnąc korytarzem, Pancho obejrzała się przez ramię i zobaczyła blondyna wlokącego swojego partnera w drugą stronę w kierunku szpitala.

— Dobra dziewczynka, Elly — rzekła. Niemrawiec owinął się z zadowoleniem wokół nadgarstka Pancho.

Dotarły do tunelu prowadzącego do portu kosmicznego, gdzie przechadzał się nerwowo Dan Randolph.

— Gdzie wy byłyście, do licha? Późno się robi.

— Już wszystko mówię, szefie — wyjaśniła Pancho, gdy wpakowali się do wózka.

— To Martin — rzekła cicho Amanda.

— Humphries?

— On szaleje za Mandy i myśli, że chcemy ją stąd zabrać.

— Co się stało, do cholery? — dopytywał się Dan. Pancho zaczęła opowiadać, gdy tylko automatyczny wózek ruszył tunelem w stronę portu.

Martin Humphries usiadł przy biurku, patrząc z niechęcią na przerażonego, załamanego agenta ochrony — blondyna. Facet pocił się i nerwowo dotykał wąsów raz za razem.

— Więc pozwoliliście jej uciec — stwierdził Humphries, gdy mężczyzna po raz trzeci wyjaśnił przyczyny niepowodzenia.

— Mój partner umierał! — rzekł blondyn łamiącym się głosem. — Ten pieprzony wąż go ukąsił!

— A ty pozwoliłeś uciec pani Cunningham — powtórzył lodowatym tonem Humphries.

— Musiałem zabrać go do szpitala. Bez tego by umarł.

— Nie zadzwoniłeś do mnie ani do ochrony, ani do nikogo, kto mógłby im przeszkodzić w ucieczce.

— Przecież dzwonię — oświadczył blondyn żarliwie. — Jeszcze nie dolecieli do statku. Może pan zadzwonić do centrum kontroli lotów i odwołać misję.

— Naprawdę?

— Jest jeszcze czas.

Humphries ze złością przerwał połączenie. Tępy muł, pomyślał. Kazałem mu zrobić prostą rzecz i kompletnie ją spieprzył.

— Odwołać misję — powiedział do siebie. Potrząsnął głową. Mam zadzwonić do centrum kontroli lotów i powiedzieć, że Dan Randolph porywa mój statek i zabiera ze sobą kobietę, którą kocham. Fajna wiadomość dla serwisów informacyjnych. Wszyscy tarzaliby się ze śmiechu na mój widok.

Oparł się wygodnie w swoim wyściełanym fotelu, ale w jego miękkościach nie czuł się wygodnie. Amanda ucieka z Randol-phem. Pewnie zawsze miał do niej słabość, tylko czekał, żeby mi ją odebrać. I teraz mogą być razem. Ona woli jego. I może z nim zginąć.

Bolały go zęby. Humphries uświadomił sobie, że zaciskał je tak mocno, aż rozbolała go cała głowa. Czuł, że szyję i ramiona ma całe sztywne. Zaciskał pięści tak mocno, że paznokcie wbiły mu się w dłonie.

Amanda odeszła z nim. Może i przejmę Astro, aleją straciłem na zawsze. Umrą razem. To nie moja wina. Nie chciałem nikogo zabijać. Sami to robią. Sami się zabiją.

Żałował, że nie potrafi płakać. Spojrzał na listę głównych akcjonariuszy Astro wyświetlaną na ekranie. Uderzył pięścią w ekran, a ten eksplodował snopami iskier i odłamków tworzywa.

Starpower 1

Fuchs przywitał ich w porcie, zastanawiając się, po co cała czwórka ma udać się na statek tuż przed jego zejściem z orbity i startem w stronę Pasa.

— Mała zmiana planów, Lars — oznajmił Dan. — My też lecimy.

Ciemne brwi młodego człowieka uniosły się do połowy czoła.

— MKA to zatwierdziła?

— To nie robi różnicy — rzekł Dan, gdy Pancho i Amanda wspinały się do traktora, który miał ich zawieźć na stanowisko startowe skoczka. — Lecimy.

Fuchs zawahał się, stojąc w otwartym luku śluzy traktora.

— Lecimy — powtórzył Dan. — Z tobą albo bez ciebie. Na szeroką twarz Fuchsa wypełzł powoli uśmieszek.

— Ze mną — odparł i wskoczył do traktora, omijając sześć stopni.

Dan uśmiechnął się półgębkiem i oparł się chęci naśladowania sportowego wyczynu młodego człowieka. Amanda i Pancho zajęły tylne fotele, Fuchs usiadł przy włazie. Dan usadowił się za fotelem kierowcy; pełniąca tę rolę kobieta zamknęła śluzę i sprawdziła ciśnienie w kabinie. Następnie usiadła za kierownicą i włożyła słuchawki.

Czeka na pozwolenie kontrolera na wyjazd, Dan doskonale o tym wiedział. Jeśli mają nas powstrzymać, to jest najlepszy moment.

Po chwili jednak wrzuciła bieg i traktor wytoczył się ze śluzy garażu. Parę minut później znajdowali się obok skoczka i przyłączali elastyczny rękaw klapy traktora do śluzy modułu załogowego skoczka. Cała czwórka, w lekkich kombinezonach, pokonała ostrożnie giętki, plastykowy, wąski rękaw, trzymając się ścian, z głowami pochylonymi, by nie zahaczyć o niski sufit.

Moduł załogowy skoczka, choć malutki, był lepszy od klau-strofobicznego rękawa. Było to parę metrów kwadratowych metalowego pokładu otoczonego bańką ze szkłostali. Na środku znajdował się pulpit sterujący wysunięty na podeście sięgającym im do piersi. Pancho podeszła do pulpitu i włożyła na głowę leżące tam słuchawki. Amanda zajęła miejsce z jej prawej strony.

— Lepiej skorzystaj z pętli na nogi — zwrócił się Dan do Fuchsa. — Przez parę minut będziemy w zero g.

Fuchs skinął głową. Wyglądał na spiętego, wyczekującego, z zaciśniętymi mocno ustami.

Mogą nas zatrzymać w każdej chwili, powiedział sobie w duchu Dan. Z każdą mijającą sekundą czuł się jednak coraz lepiej.

— Pięć sekund, odliczanie trwa — powiedziała Pancho. Nie włączyła głośnika wbudowanego w konsolę.

Dan odwrócił się, by złapać się jednego z uchwytów znajdujących się na zakrzywionej powierzchni bańki; skoczek poderwał się z ziemi jednym ostrym szarpnięciem rakiety wynoszącej. Dan poczuł, jak uginają się pod nim kolana, ale Fuchs o mało nie upadł. Dan chwycił go za ramię i podtrzymał.

— Przepraszam — wykrztusił Fuchs. — Nie spodziewałem się tego.

— W porządku — rzekł Dan, ale był pod wrażeniem twardości mięśnia, którego dotknął. — To twój drugi start, prawda?

Fuchs był blady.

— Mój drugi z powierzchni Księżyca. Leciałem też wahadłowcem z portu kosmicznego w Zurychu.

Dan zauważył, że przy zerowej grawitacji Fuchs ma mdłości.

— Nic ci nie jest? — spytał. Nie ma nic gorszego, niż współtowarzysz rzygający przez całą drogę na statek.

Fuchs uśmiechnął się słabo i ukazał swój doskonale umięśniony biceps.

— Zabezpieczyłem się plastrem przeciwwymiotnym.

— Doskonale.

— To też mam — Fuchs wyjął z kieszeni na udzie kombinezonu gruby plik plastikowych torebek.

— Spryciarz — rzekł Dan z nadzieją, że Fuchs nie będzie musiał ich używać.

Sterowany z ziemi skoczek połączył się ze Starpower 1 i za-dokował w głównej śluzie statku. Dan poczuł lekkie stuknięcie, gdy łącznik skoczka przycumował do klapy statku.

— Potwierdzam dokowanie — rzekła Pancho do miniaturowego mikrofonu. — Dobra robota, chłopcy. Nie musiałam ani razu dotknąć sterów.

Nie usłyszeli, co kontroler odpowiedział Pancho, ale musiało to być coś zabawnego, bo zaczęła się śmiać.

— Tak, wiem, i dlatego płacą wam taką kupę kasy. OK, wchodzimy na pokład.

Zwracając się do Dana, Pancho rzekła:

— Ustawię automatyczne rozłączanie i powrót do Selene.