— Dobrze — odparł Dan, uwalniając się z pętli i płynąc w stronę luku. Wersja dla kontrolerów lotu brzmiała: cała czwórka leci na pokład w celu dokonania ostatniej kontroli przed opuszczeniem przez statek orbity Księżyca. Mieli wrócić do Selene skoczkiem.
— Trochę się zdziwią, jak skoczek wyląduje pusty — oświadczyła Pancho ze złośliwym uśmieszkiem.
Dan przeszedł przez luk i dalej, do sekcji przejściowej rozmiarów trumny. Wystukał kod pozwalający na otwarcie śluzy statku.
— Dobrze — rzekł, gdy luk się otworzył. — Witamy na pokładzie linii lotniczych Pas.
— Ty pierwszy, szefie. To twój statek.
— W jednej trzeciej — mruknął. — Chyba co najmniej jeden z pozostałej dwójki będzie zszokowany, gdy się dowie, co robimy.
— Przecież on już musi o tym wiedzieć — rzekła Amanda.
— Zgadza się — przytaknęła Pancho. — Któż inny wysyłałby tych zbirów po Amandę?
Brwi Dana powędrowały w górę.
— To dlaczego nie robi awantury? Czemu nas nie zatrzyma? Fuch patrzył na przemian to na Amandę, to na Pancho, najwyraźniej zmieszany ich rozmową.
— Cóż, właźmy na pokład, zanim rozpęta się piekło — zaproponowała Pancho, ponaglając ich gestem.
Czując się nagle nieswojo, Dan przepłynął przez klapę i wszedł na pokład Starpower 1. Przemknął przez wewnętrzną klapę śluzy i poleciał prosto na mostek. Amanda przeleciała przez klapę, ale lekko zawirowała. Fuchs złapał ją za ramiona, pomagając jej wyrównać lot.
— Dzięki, Lars — rzekła.
Dan zauważył, że chłopak strasznie się zaczerwienił. Puścił ją i Amanda przeleciała przez oba luki, nie używając rąk ani stóp. Fuchs, nadal nowicjusz w zero-g, odepchnął się od brzegu luku potężnymi rękami i poleciał dalej. Uderzył boleśnie o oddaloną grodź. Dan nic nie powiedział, tłumiąc w sobie śmiech na widok jego prób zademonstrowania tężyzny fizycznej.
Zamykając luki, Dan czuł, że jego nastrój jest coraz gorszy. Ostrzegałem Amandę przed przymilaniem się do chłopaka. Uświadomił sobie, że choć Amanda ma na sobie tylko prosty kombinezon, on i tak będzie musiał bawić się w przyzwoitkę dla niej i Fuchsa.
Ruszył na mostek, płynąc w zerowej grawitacji i odpychając się czubkami palców o grodzie korytarzyka, co pozwalało mu gładko przemieszczać się do przodu.
Pancho przypięła się na fotelu pilota; jej ręce tańczyły po instrumentach. Przez szerokie bulaje ze szkłostali nad mostkiem Dan widział martwą, szarą krzywiznę Księżyca i za nią lśniący półksiężyc lśniącej Ziemi.
— Odłączyłam kontrolę naziemną — oświadczyła. — Zaraz powinni zacząć się wydzierać.
— Przełącz ich na głośnik — rzekł Dan.
Amanda wsunęła się w fotel drugiego pilota i zapięła uprząż. Fuchs stanął za nią i włożył stopy w pętle na podłodze.
— S-1, mamy sygnał odłączenia — dobiegł męski głos z głośnika. Robił wrażenie raczej znudzonego niż zdenerwowanego.
Pancho obejrzała się przez ramię i spojrzała na Dana, który położył palec na ustach.
— Cicha woda brzegi rwie — wyszeptał. Zasłaniając mikrofon dłonią, Pancho rzekła:
— Mogę odłączyć skoczka.
— Odłącz — odparł.
— Rozpoczynam sekwencję odłączania skoczka — rzekła Pancho do mikrofonu.
— Jesteście na pokładzie skoczka? — spytał kontroler. — Nie możemy odpalić S-l, skoro jesteśmy odłączeni. Straciliśmy kontrolę nad pojazdem.
Na tablicy błysnęło czerwone światełko, po czym znikło.
— Skoczek odłączony — rzekła Pancho…
— Powtarzam, czy jesteście na pokładzie skoczka? — Kontroler tym razem był już zirytowany.
— A gdzie niby mielibyśmy być? — spytała niewinnie Pancho, po czym odcięła połączenie radiowe z Selene.
Amanda uruchamiała właśnie sekwencję startu; jej paluszki ze starannym manicure biegały po ekranie dotykowym.
— Trzy minuty do startu — rzekła spokojnie.
— Udało się — oznajmiła Pancho.
Dan poczuł, że pocą mu się dłonie. Stojąc za fotelami pilotów, gotów do wyruszenia w podróż dalszą niż jakikolwiek zdrowy na umyśle człowiek odbył, powiedział sobie w duchu: ta podróż to wszystko, co mam. Jeśli nam się nie uda, nie mam po co wracać. Nie mam ani jednej, po dwakroć przeklętej rzeczy.
Spojrzał na Fuchsa. Chłopak uśmiechał się radośnie jak starożytny wojownik obserwujący nadciągającą armię wroga, niecierpliwie wyczekujący bitwy, gotów się do niej włączyć. Ma chłop jaja, pomyślał z uznaniem Dan. Wybraliśmy właściwego faceta.
— Dwie minuty — ogłosiła Amanda.
— Tam na dole pewnie dostają już szału — rzekła Pancho z uśmiechem.
— Nic już nie mogą zrobić — stwierdził Dan. — Nie zestrzelą nas.
— Nie wyślą za nami statku Korpusu Pokoju? — spytał Fuchs.
— Kiedy włączymy napęd fuzyjny, nic w całym Układzie Słonecznym nie będzie w stanie nas dogonić.
— Dopóki nie wrócimy — przypomniała Pancho. Dan skrzywił się stojąc za nią. Potem się odprężył.
— Jak wrócimy, będziemy bogaci.
— Ty będziesz bogaty, szefie — odpadła Pancho. — My jesteśmy tylko pracownikami.
Dan zaśmiał się.
— Też będziesz bogata, już ja tego dopilnuję. Będziesz bogata.
— Albo martwa.
— Minuta — wtrąciła Amanda. — Chyba powinniśmy uważnie obserwować odliczanie.
— Racja — przytaknęła Pancho.
Dan obserwował wszystko na wyświetlaczach. Reaktor fuzyjny działał zgodnie z programem. Plazma o temperaturze gwiazd zaczęła wytwarzać energię. Pędziła przez kanał MHD, gdzie niewielki ułamek energii cieplnej zamieniał się w energię elektryczną. Wewnętrzne akumulatory statku zaczęły się ładować. Zimny wodór i hel zaczęły płynąć przez ścianki chłodnicy dysz. Gorąca plazma bluznęła dyszami.
— Zapłon — oznajmiła Amanda, używając tradycyjnego słowa, choć teraz nie miało ono fizycznego odpowiednika.
— Ciąg rośnie — rzekła Pancho. Dan obserwował krzywe na wykresach ciągu, ale nie musiał; czuł, że znowu coś waży, czuł, jak pokład pod jego stopami staje się znów stabilny.
— Wystartowaliśmy — ogłosiła Pancho. — Następny przystanek, Pas Asteroid!
Port kosmiczny ARMSTRONG
Martin Humphries w obstawie swojego szefa ochrony i szefa działu prawnego przybył do portu w samą porę, żeby obejrzeć, jak Starpower 1 odpala silniki i schodzi z orbity.
Stał z tyłu w centrum kontroli lotów, z rękami założonymi na piersi i obserwował na ekranie widok statku z teleskopu. Nie był to spektakularny widok: cztery dysze rakietowe Starpower 1 lekko lśniły, a statek dryfował tak powoli, że Humphries musiał sprawdzać dane pojawiające się z prawej strony ekranu, by się upewnić, że statek się porusza.
Mały ekran na bocznej ścianie ukazywał skoczka księżycowego zbliżającego się do portu.
Cztery rzędy konsol zajmowały większość centrum kontroli łotów; zajęte były tylko trzy konsole, ale Humphries wyczuł u kontrolerów konsternację i zdenerwowanie.
— Skoczek sześć, zgłoś się! — kontroler po lewej krzyczał do mikrofonu.
Mężczyzna z kucykiem i bródką, siedzący pośrodku tej trójki, szeptał coś nerwowo do kobiety po drugiej stronie. Potem obrócił się w fotelu i złapał własny zestaw słuchawkowy.
— Pancho! — krzyknął grzmiącym basem. — Ludzie, gdzie wy jesteście, u licha? Co tam się dzieje?