Humphries doskonale wiedział, co się dzieje.
Kobieta podniosła wzrok i zobaczyła stojącego tam Hum-phriesa. Rozpoznała go. Zbladła i złapała za ramię szefa kontroli lotów, po czym wskazała w jego kierunku.
Szef wyskoczył ze swojego fotela i uniosło go na tyle wysoko, że o mało nie przewrócił konsoli za jego własnym stanowiskiem. Nie stało się tak, ale uderzył się boleśnie w goleń i pożeglował, jak w zwolnionym tempie, w kierunku stojącego za konsolą pustego krzesła, a jego kucyk powiewał w powietrzu. Odruchowo wyciągnął ręce i złapał krzesło, by uchronić się przed upadkiem; krzesło jednak odjechało w stronę ostatniego rzędu konsol i szef kontroli lotów upadł niezgrabnie na podłogę z łomotem i głośnym „Au!”.
Szef ochrony Humphriesa odruchowo skoczył w stronę rozciągniętego na podłodze kontrolera i pomógł mu wstać, zaś sam Humphries i jego prawnik stali i gapili się na tę idiotyczną scenę.
Ochroniarz wlókł utykającego kontrolera w stronę Humphriesa.
— Panie Humphries — wybełkotał kontroler — nie mamy pojęcia, co się dzieje.
— Czy to przypadkiem nie Starpower 1 ucieka z orbity? — spytał lodowatym tonem Humphries.
— Tak, psze pana, ale on miał wystartować dopiero za pół godziny i myślę, że Pancho Lane i trzy inne osoby są na pokładzie, nie mając zgody na załogowy lot. MKA chyba ich…
— Czy jest jakiś sposób, żeby ich zawrócić? — Humphries był całkowicie spokojny.
Szef kontrolerów podrapał się w brodę i gwałtownie zamrugał.
— No i jak?
— Nie, psze pana. Nie ma mowy, proszę pana.
— Kto jeszcze jest na pokładzie?
— Właśnie w tym problem, nie mamy pojęcia, kto tam jeszcze jest! Może są w skoczku, ale nie odpowiadają na wezwania radiowe! Może zepsuło się radio.
— Oni są pokładzie Starpower 1 — oświadczył obojętnym tonem Humphries. — Kto jeszcze jest z Pancho Lane?
— Hm… — szef kontroli lotów zwrócił się do swojej pary asystentów, mrugając oczami.
— Amanda Cunningham, drugi pilot — odezwała się kobieta — Lars Fuchs, astronom planetarny i C.N. Barnard, lekarz pokładowy.
— I wy ich wpuściliście na pokład mojego statku? — zwrócił się do nich Humphries lodowatym tonem.
— Mieli odpowiednie uprawnienia — rzekł szef kontroli lotów, cały spocony. — Zgodę MKA. — Para pozostałych kontrolerów, stojąc przy swoich stanowiskach, skinęła głowami potwierdzająco.
— Amanda Cunningham na pewno była z nimi? Cała trójka pokiwała głowami.
Humphries odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia z centrum kontroli lotów. Szef kontrolerów lotów odetchnął z ulgą. Jego kombinezon był przesiąknięty potem.
Humphries zatrzymał się jednak w drzwiach i odwrócił w ich stronę.
— Chcę was tylko poinformować, że tak zwany doktor Barnard to w rzeczywistości Dan Randolph.
Cała trójka kontrolerów wyglądała na zdumioną.
— Nigdy nie zadaliście sobie trudu, żeby sprawdzić jego tożsamość, co?
— Nigdy…? — Kontroler zamilkł na widok wściekłego spojrzenia Humphriesa.
— Wiem, że pracujecie dla Selene, a nie dla mnie. Ale zrobię wszystko, żeby dopilnować, by wasza trójka niekompetentnych durni nie zbliżyła się do żadnego centrum kontroli lotów na odległość mniejszą niż tysiąc kilometrów.
Wyszedł i ruszył tunelem prowadzącym do Selene.
— Mam rozpocząć procedurę przejęcia Astro? — spytał prawnik. Humphries pokiwał ponuro głową.
Z zadowolonym uśmieszkiem prawnik oznajmił:
— Nie będzie miał ani kawałeczka firmy, kiedy wróci.
— On nie wróci — odparł ponuro Humphries. — Żadne z nich nie wróci.
Siedząc w malutkiej mesie za mostkiem statku, Dan Randolph poczuł, że po raz pierwszy od wielu miesięcy udało mu się odprężyć. Statek przyspieszał zgodnie z planem. Fuchs wyglądał nieco lepiej, bo poczuł przyrost wagi spowodowany przyspieszeniem. Koniec z lataniem w nieważkości. Mogli siadać na krzesłach bez przypinania się pasami.
Zadumał się nad swoim dobrym nastrojem. Ziemia się roztapia, twoja firma bankrutuje, złamałeś wszystkie przepisy, jakie kiedykolwiek wymyśliła MKA, Humphries poluje na twoją głowę, lecisz gdzieś w nieznane i siedzisz tu z radosnym uśmiechem na twarzy.
Wiedział, dlaczego tak jest.
Jestem wolny, powiedział sobie. Może tylko na parę tygodni, ale uwolniłem się od nich wszystkich, od tego całego bagna. Jesteśmy sami i nikt nie będzie zakłócał nam spokoju.
Aż wrócimy.
Pancho zanurkowała przez luk i podeszła prosto do dystrybutora z sokiem.
— Jak leci? — spytał lekko Dan.
— Wszystkie systemy pracują idealnie — odparła, napełniając kubek i podchodząc do stołu, by usiąść obok Dana.
— Wszystko musi grać, skoro dałaś się oderwać od mostka.
— Mandy pilnuje wszystkiego. Ptaszek leci sam. Nie musimy siedzieć na mostku cały dzień.
— Jakieś rozmowy? Wzruszyła ramionami.
— Jakieś sześć do siedmiu milionów. Wszyscy, od Douga Stevengera po Global News Network chcą z tobą gadać.
— Global News? — Dan nadstawił uszu.
— Mnóstwo serwisów informacyjnych. Wszyscy chcą przeprowadzić z tobą wywiad.
Dan pogładził się z namysłem po podbródku.
— To może być niezły pomysł. Jeśli chcemy udzielić wywiadu, musimy to zrobić, zanim opóźnienie uniemożliwi rozmowę w czasie rzeczywistym.
— To lepiej załatw to jak najszybciej — zaproponowała Pancho. — Kiedy ptaszek przyspieszy do jednej trzeciej g, będziemy lecieć naprawdę szybko.
Dan skinął głową na zgodę. Wskazując na konsolę telefoniczną wbudowaną w grodź, spytał:
— Możesz mnie połączyć?
— Bez problemu.
— Świetnie… pogadam z La Guaira.
Szefową public relations Astro była brunetka o słodkiej twarzy, o wiele starsza i twardsza niż wyglądała. Dan spytał, czy jest w stanie zorganizować konferencję z najważniejszymi sieciami informacyjnymi na świecie.
— To musi być dziś — przypomniał. — Lecimy tak szybko, że od jutra nie będziemy w stanie normalnie rozmawiać, bo opóźnienie będzie sięgać czterech — pięciu minut.
— Zrozumiano — rzekła szefowa PR.
— Załatwisz to? Uniosła brwi w zdumieniu.
— Zorganizować dużą konferencję prasową z facetem, który porwał własny bajerancki statek kosmiczny i leci poza orbitę Marsa eksploatować asteroidy? Szefie, spadaj z linii i pozwól mi robić, co do mnie należy.
Dan zaśmiał się i wykonał polecenie. Cieszył się, że nie zwolnił nikogo ze swojego zespołu PR, choć w innych działach firmy były zwolnienia. Wylej księgowych i prawników, przypomniał sobie. Pozbądź się przekładających papiery i liczących ziarenka. Ale zostaw ludzi, którzy dbają o twój publiczny wizerunek. Oni odejdą ostatni — jeśli nie liczyć ludzi wykonujących rzeczywistą pracę: inżynierów i naukowców.
Pancho obserwowała go, sącząc sok. Gdy Dan skończył rozmawiać z biurem w La Guaira, spytała:
— I co teraz?
— Poczekamy, aż PR wykona swoją robotę.
— Uhm. Ile czasu to zajmie?
— Dowiemy się za jakąś godzinę — odparł. — Jeśli zajmie to dłużej, nie będzie miało sensu.
Pancho pokiwała głową.
— Słyszałam. Opóźnienie między tobą a nią już jest dłuższe niż zwykłe opóźnienie między Ziemią a Księżycem.
Dan wstał i ruszył w stronę dystrybutora z kawą. Tęsknił za rozkoszną szklaneczką amontillado, ale na statku nie było alkoholu.