Bez żadnych wstępów pochyliła się nad stołem tak energicznie, że ich głowy prawie się zetknęły.
— Musisz ich ostrzec — wyszeptała żarliwie.
— Mamy na to mnóstwo czasu — odparł beztrosko. — Odpręż się i baw się dobrze przy kolacji.
„Widok na Ziemię” istotnie była przyzwoitą restauracją. Obsługa składała się przeważnie z młodych ludzi, z wyjątkiem starszego szefa sali, który przydawał temu miejscu dostojeństwa. Restauracja wycięta w księżycowej skale, cztery poziomy pod powierzchnią, zawdzięczała swoją nazwę wielkim holooknom wyświetlającym obraz z księżycowej powierzchni. Przypominało to wyglądanie prze okno na jałowe, pustynnie piękne dno krateru Alfons. Na ciemnym niebie zawsze było widać Ziemię, wiszącą jak świetlista niebieskobiała kula, zmienna, ale zawsze obecna.
W restauracji nie było widać żadnych robotów, choć menu i karta win wyświetlały się na ekranach wbudowanych w stoliki. Zamiast obrusów na stolikach leżały maty z błyszczącego księżycowego metalu o strukturze plastra miodu, cienkie i elastyczne jak jedwab.
Humphries zamówił wino u kelnera, który ich obsługiwał. Gdy tylko młody człowiek oddalił się od ich stolika, Cardenas znów pochyliła się i wyszeptała:
— Natychmiast! Musisz im natychmiast powiedzieć! Im szybciej się dowiedzą, tym będą bezpieczniejsi.
Rzucił jej twarde spojrzenie. Najwyraźniej nanomaszyny w jej krwiobiegu nie potrafiły sobie poradzić ze skutkami braku snu. Najwyraźniej dręczy ją poczucie winy.
— Doktor Cardenas — odezwał się cicho — uzgodniliśmy, że powiemy im, jak tylko zbliżą się do granic Pasa. To będzie za jakieś półtora dnia.
— Chcę, żebyśmy ostrzegli ich natychmiast — upierała się. — Niczego takiego nie uzgadnialiśmy.
Potrząsając lekko głową, Humphries odparł:
— Obawiam się, że nie mogę tego zrobić. Musimy trzymać się planu.
— Byłam szalona, że się na to zgodziłam.
— Ale zgodziłaś się — podkreślił Humphries. — I na dłuższą metę będziesz zadowolona z tego, że tak się stało.
Tak łatwo było ją przekonać. Humphries uważał tę umiejętność za jeden ze swoich podstawowych talentów: odkryć słaby punkt w czyjejś osobowości i wykorzystać go do własnych celów. Zadziałało w przypadku Dana Randolpha i jego idiotycznej krucjaty ratowania Ziemi. Zadziałało z doktor Cardenas i jej nienawiścią do Ziemi i ludzi, którzy rozdzielili ją od męża i rodziny.
Przyniesiono wino. Humphries skosztował i odesłał je. Wino było niezłe, ale Humphries odczuwał potrzebę dowartościowania się. Tak troszeczkę. Cardenas prawdopodobnie nie zdawała sobie sprawy z tego, co się dzieje, przynajmniej świadomie. Gdzieś głęboko i tak zdaje sobie sprawę z tego, że ja tu rządzę. To ja podejmuję decyzje, ja rozdzielam kary i nagrody.
Siedziała w milczeniu, zaś zakłopotany kelner zabrał butelkę wina i przyniósł następną. Humphries pociągnął łyk. Było gorsze niż pierwsze, ale postanowił na tym zakończyć.
— W porządku — mruknął. — Proszę nalewać.
Zamówili dania. Cardenas ledwo skosztowała swoich, jedzenie przyniesiono i odniesiono. Humphries jadł z apetytem. Doskonale bawił się jej podłym samopoczuciem.
Wreszcie kelner przyniósł im desery i po chwili zostali sami.
— Jeśli ty im nie powiesz — odezwała się Cardenas — ja to zrobię.
— Nie tak się umawialiśmy — odparł twardo Humphries.
— Do diabła z tym, jak się umawialiśmy! Nie wiem, dlaczego dałam się na to namówić.
— Powiem ci, dlaczego. Bo chcesz wrócić na Ziemię, do byłego męża, dzieci i wnuków.
— On się już ożenił ponownie — rzekła gorzko. — Nie ma sensu jeszcze bardziej komplikować mu życia.
Humphries o mało się nie uśmiechnął. Jaka ładna eskalacja poczucia winy.
Głośno zaś rzekł:
— Ale twoje wnuki! Chcesz je zobaczyć, prawda? Jeśli wolisz, załatwię wszystko tak, żeby tu przyleciały.
— Prosiłam ich już wielokrotnie, żeby przylecieli w odwiedziny. Błagałam ich — odparła. — Nie zrobią tego. Boją się, że nie będą mogli wrócić na Ziemię. Zostaną wygnani jak ja.
— Załatwię wszystko — tłumaczył jej spokojnie Humphries — aby przylecieli poza normalnymi kanałami. I gwarantuję, że nie będą mieli kłopotów z powrotem.
Zobaczył nową nadzieję w jej oczach.
— Możesz to zorganizować?
— Bez problemu.
Siedziała w milczeniu, a jej deser powoli topił się na talerzu. Humphries zgarnął swój i patrzył na nią wyczekująco.
— Czy ty nie rozumiesz, jakie to niebezpieczne? — wyrzuciła w końcu. — Lecą dalej niż orbita Marsa, na litość boską. Nikt im tam nie pomoże.
— Randolph nie jest głupi — odparł ostro. — Kiedy statek zacznie zawodzić, zawróci i zaraz tu będzie, najszybciej jak się da.
— Nie wiem…
— Ma znakomitych pilotów. Nie zrobią niczego głupiego. Cardenas nie słuchała go ani nie słyszała co powiedział.
— Kiedy te nanomaszyny ruszą — rzekła — nic ich nie powstrzyma. Rozbiorą osłonę radiacyjną, atom po atomie, i wtedy…
— Nie będą miały czasu — upierał się Humphries. — Zapomniałaś, jak szybko leci Starpower. Wrócą tu za parę dni.
— A jednak… — Cardenas nie wyglądała na przekonaną. Próbując mówić beztroskim tonem, Humphries wyjaśnił:
— Posłuchaj, wiem, że wycięliśmy Randolphowi wredny numer, ale taki jest świat biznesu. Chcę, żeby ta misja skończyła się niepowodzeniem, bo wtedy kupię tanio jego firmę. Nie chcę go zabić! Nie jestem mordercą!
Jeszcze nie, dodał w duchu. Ale będę. I muszę uciszyć tę kobietę, zanim jej poczucie winy zmusi ją do ostrzeżenia Randolpha.
Wtedy przyszła mu do głowy Amanda. I to tylko utwierdziło go w przekonaniu. On mnie zmusza, żebym ją zabił. Randolph zasługuje na śmierć. On mnie zmusił, żebym zabił Amandę.
Spoglądając przez stół na Kris Cardenas, załamaną, z oczami utkwionymi w przestrzeni, Humphries przytaknął sobie w duchu. Jeśli zostawię ją samą, ostrzeże Randolpha. Wszystko popsuje. Nie mogę do tego dopuścić.
Burza słoneczna
Misje księżycowe Apollo, które odbyły się w połowie dwudziestego wieku, były tak zaplanowane, by uniknąć okresów, w których istniało prawdopodobieństwo erupcji słonecznych, wysyłających w system planetarny zabójcze dawki twardego promieniowania.
Później statki kosmiczne latające między Ziemią a Księżycem po prostu szukały schronienia, kiedy zbliżała się burza słoneczna. Wracały pod osłonę pola magnetycznego Ziemi, które chroniło przed nawałnicą protonów i elektronów albo lądowały na Księżycu i ich załogi szukały schronienia pod ziemią.
Wczesne statki wożące ludzi poza układ Ziemia-Księżyc nie miały takiej możliwości, gdyż ich czas przelotu na Marsa był tak długi, że spotkanie z burzą słoneczną w ciągu tygodni lub miesięcy z dala od bezpiecznego schronienia było nieuniknione. Były więc wyposażone w schrony radiacyjne, specjalne pomieszczenia, w których załoga mogła ukryć się przed intensywnym promieniowaniem spowodowanym przez rozbłysk słoneczny. Pierwsi badacze wysłani na Marsa spędzili parę dni stłoczeni w schronie radiacyjnym swojego statku, aż obdarzone wysoką energią cząsteczki chmury plazmy minęły ich.
Starpower I nie miał schronu antyradiacyjnego. Cały moduł załogi był chroniony jak schron. Moduł był owinięty cienkimi drutami egzotycznego stopu opartego na itrze, tworzącymi nadprzewodzący magnes generujący stałe pole magnetyczne dookoła modułu załogi, miniaturową wersję pola magnetycznego Ziemi. Nadprzewodnik nie był jednak w stanie wytworzyć na tyle silnego pola magnetycznego, by odbić wysokoenergetyczne protony, najgroźniejszych zabójców rozbłysku słonecznego.