Выбрать главу

— Do przodu i w górę — rzekł Dan, wstając z krzesła. — Pobijemy rekord prędkości, a może coś jeszcze.

— Cztery jednostki astronomiczne — mruknęła Pancho, także wstając.

Ruszyła na mostek. Dan poszedł za nią, zostawiając Fuchsa i Amandę przy stole.

Pancho opadła na fotel pilota i dotknęła głównego ekranu, tego z przystojniakiem na plaży. Stojąc za nią, Dan widział dane komputera nawigacyjnego pośród mięśni i pięknego uzębienia.

Pancho spoglądała jednak na jeden z mniejszych ekranów, na którym migało wolno bursztynowe światełko.

— Co to jest?

— Nie wiem — odparła Pancho, stukając po ekranie palcami. — Uruchomię diagnostykę… hm.

— Co?

Nie odrywając wzroku od ekranu, Pancho mruknęła:

— W jednym z nadprzewodników na zewnątrz jest gorący punkt.

Dan poczuł ukłucie niepokoju.

— W nadprzewodniku? W naszej osłonie? Spojrzała na niego.

— Spokojnie, szefie. Takie rzeczy się zdarzają. Może malutkie przebicie przewodu z chłodziwem. Może uderzył mikrometeor.

— Ale jeśli stracimy chłodziwo…

— Wycieka bardzo wolno — odparła spokojnie Pancho. — Obrót nastąpi za sześć godzin. Ustawię statek tak, żeby ta strona była w cieniu. Jeśli to nie pomoże, Mandy i ja wyjdziemy na zewnątrz i usuniemy wyciek.

Dan pokiwał głową i próbował się uspokoić.

Teatr imienia Stavengera

Kris Cardenas zawsze zastanawiała się, po co ludzie z takim zapałem opuszczają wygodne domy i tłoczą się ramię w ramię w ciasnych rzędach wąskich foteli amfiteatru. Był tam cały tłum ludzi. Amfiteatr zbudowano w Plaża, „na zewnątrz”. W wąskim łuku otaczającym wdzięcznie ukształtowaną muszlę ustawiono nad sceną równy tysiąc foteli.

Mimo trójwymiarowych filmów i programów VR, prawie nie-dających się odróżnić od rzeczywistości, ludzie nadal chodzili na przedstawienia. Może dlatego, że jesteśmy ssakami, pomyślała Cardenas. Tęsknimy do ciepła innych ssaków. Tacy się rodzimy i tacy już jesteśmy. Jaszczurki mają lepiej.

Był jeden konkretny ssak, z którym chciała się zobaczyć Cardenas: George Ambrose. Tego ranka zadzwoniła do biura Astro, ale zgłosiła się tylko poczta. Oddzwonił późnym popołudniem.

Kiedy powiedziała, że musi z nim porozmawiać jak najszybciej, osobiście i najlepiej w miejscu publicznym, George podrapał się po grubej, czerwonej brodzie i zaproponował teatr.

— Idę z dziewczyną do teatru — oznajmił radośnie — ale możemy się spotkać w przerwie i chwilę pogadać.

Cardenas szybko wyraziła zgodę. Dopiero potem spytała, co grają w teatrze.

George westchnął ciężko.

— Jakąś pieprzoną tragedię grecką. Moja dziewczyna ma bzika na punkcie klasyki.

Najczęściej wszystkie miejsca w teatrze były wysprzeda-ne, bez względu na to, jaką sztukę grano. Zanim jeszcze zaczął się przełom cieplarniany, a turystyka w Selene wspaniale się rozwijała, rząd Selene zapraszał na Księżyc światowej klasy orkiestry symfoniczne, zespoły taneczne, grupy teatralne. Teraz w większości przedstawień grali miejscowi utalentowani amatorzy.

„Medeę” wystawiała grupa Alphonsus Players z Selene. Cardenas byłaby bardzo zdziwiona, gdyby to miało dla niej jakiekolwiek znaczenie. Teatr był jednak pełen. Tylko wyjątkowy status Cardenas w Selene pozwolił jej zdobyć bilet, a i tak sprawa musiała się oprzeć o Douga Stavengera — po prostu oddał jej własny.

Podczas pierwszej połowy przedstawienia prawie nie patrzyła na scenę. Siedząc w czwartym rzędzie obok przejścia, Cardenas spędziła większość czasu, wpatrując się w tłum i szukając rudej, potarganej czupryny George’a Ambrose’a.

Gdy skończył się pierwszy akt, Kris wmieszała się w wolno przemieszczający się tłum, który rozmawiał o sztuce i przedstawieniu. Cardenas poczuła zdziwienie na widok takiej liczby siwych głów pośród widzów. Selene się starzeje, pomyślała. I bardzo mało ludzi korzysta z nanobotów czy terapii, które mogą to powstrzymać. Wreszcie dojrzała George’a, z jego ognistą czupryną i szerokimi ramionami wystającymi z tłumu.

Za ostatnim rzędem siedzeń większość tłumu rozproszyła się wokół kramów rozproszonych wśród kwitnącej zieleni Plaży. W tłumie krążył wolno robot-sprzątacz, wypatrując śmieci.

George stał przy barze, otoczony tłumem gości. Cardenas cofnęła się, czekając aż kupi swojego drinka i przedrze się przez tłum. Kiedy wreszcie mu się udało, w jednej ręce trzymał plastikowy kufel z logo Selene, a drugą — szczupłą, rudą dziewczynę o ciemnych oczach. Była ładna, jak na tak chudą osobę, pomyślała Cardenas. Zgrabne nogi. Drink w jej dłoni był o wiele mniejszy niż ten u George’a.

Wielki George dostrzegł Cardenas, zostawił swoją dziewczynę przy kwitnącym hibiskusie i podszedł do Kris.

— Doktor Cardenas — rzekł, kiwając uprzejmie głową. — Co mogę dla pani zrobić?

— Muszę przekazać wiadomość Danowi Randolphowi — powiedziała. — I to jak najszybciej.

— Nie ma sprawy. Proszę wpaść do biura jutro rano albo dziś po przedstawieniu, jeśli pani woli.

— Czy jest jakaś możliwość, żebym porozmawiała z Danem, nie przychodząc do biura? Chyba mnie śledzą.

George wyglądał bardziej na zdziwionego niż zaniepokojonego.

— Mogłaby pani do mnie zadzwonić, a ja zestawię połączenie radiowe.

Pociągnął łyk ze swojego kufla.

— Możemy to zrobić dziś wieczorem?

— Pewnie. Nawet teraz, jeśli pani chce. Możemy dać sobie spokój z tym przedstawieniem. Straszne nudy, nie sądzi pani?

— Nie, teraz nie — odparła. — Zwrócilibyśmy na siebie uwagę. Po przedstawieniu wpadnę do kogoś znajomego i stamtąd zadzwonię.

Po raz pierwszy na twarzy George’a odmalowało się zatroskanie.

— Bo się pani, prawda?

— Sądzę, że życie Dana jest w niebezpieczeństwie.

— Chce pani powiedzieć, że ktoś próbuje go zabić?

— Humphries.

Twarz George’a stężała.

— Jest pani pewna?

— Raczej tak.

— Na tyle pewna, żeby ostrzec Dana? Z bezpiecznego miejsca, gdzie telefon nie będzie na podsłuchu?

— Tak.

George wziął głęboki oddech.

— Dobrze. Zamiast gadać o głupotach, po przedstawieniu pójdzie pani ze mną do biura Astro, a ja panią umieszczą w gościnnym apartamencie i w ten sposób zapewnię ochronę.

Cardenas potrząsnęła głową.

— To bardzo miło z pana strony, ale nie wydaje mi się, bym to ja była w niebezpieczeństwie.

— To po co ta cała zabawa spod znaku płaszcza i szpady?

— Nie chcę, żeby Humphries wiedział, że ostrzegę Dana. Gdyby się dowiedział, mogę mieć kłopoty.

George zastanowił się przez chwilę, pochylający się nad nią rudowłosy wielkolud, po czym podrapał się po głowie ze zdumieniem.

— Dobrze — rzekł wreszcie. — Wracamy więc do planu A. Po tym całym pieprzonym przedstawieniu idę do biura, a pani do mnie zadzwoni. Dobrze?

— Dobrze. Świetnie. Dziękuję panu.

— Jest pani pewna, że nie przydałaby się pani jakaś ochrona?

Rozważała jego ofertę przez kilka chwil, po czym odparła:

— Dziękuję, ale nie. Muszę mieć na uwadze moją pracę. Z gościnnego apartamentu Astro nie mogę zarządzać laboratorium.

— Dobrze — rzekł George. — Ale jeśli zmieni pani zdanie, wystarczy zadzwonić.

Martin Humphries siedział wygodnie w swoim ulubionym fotelu i oglądał samego siebie na wideo, gdy zadzwonił telefon. Rozdrażniony, rzucił okiem na konsolę i zobaczył, że to jego linia awaryjna. Strzelił palcami i ekran ścienny rozjaśnił się, ukazując kobietę, którą posłał do śledzenia Cardenas. Była to nie-rzucająca się w oczy urzędniczka działu komunikacji Astro Corporation, która potrzebowała dodatkowej gotówki, by wyciągnąć siostrę ze zrujnowanej Mołdawii.