Выбрать главу

Drzwi są zamykane na klucz, zrozumiał George, gdy Humphries wkroczył do pokoju. Poczekał, aż drzwi prawie się zamknęły i delikatnieje otworzył. Ochroniarz nie zwrócił na to uwagi, znów pogrążony w swojej grze. George poczekał, aż drzwi otworzą się do połowy, po czym wślizgnął się do środka.

Humphries to zauważył. Zmarszczył brwi, podszedł do drzwi i warknął na ochroniarza:

— Nie potrafisz zamknąć drzwi jak trzeba? Po czym zatrzasnął je.

Tłumiąc chichot, George przemknął w róg pokoju. Doktor Cardenas stała sztywno wyprostowana przy jednym oknie. Fajny pokój, pomyślał George. Wielkie meble z prawdziwego drewna. Sprowadzenie ich na Selene musiało kosztować więcej niż dziesięcioletnie zarobki całego personelu kuchennego.

— Jak się dziś mamy? — spytał Cardenas Humphries, idąc w jej stronę po orientalnym dywanie.

— Chcę wrócić do domu — odparła obojętnym tonem, jakby oboje wiedzieli, że to prośba, która zostanie zignorowana.

Humphries oczywiście zachował się, jakby jej nie usłyszał.

— Przykro mi, że musieliśmy zabrać cię na zewnątrz. Wiem, że to nie było przyjemne.

— Chcę wrócić do domu — powtórzyła z naciskiem Cardenas. — Nie możesz mnie tu trzymać wiecznie.

— Mam dla ciebie propozycję. Jeśli się zgodzisz, będziesz mogła wrócić na Ziemię i zobaczyć swoje wnuki.

Zamknęła oczy ze znużeniem.

— Ja tylko chcę wrócić do mojego mieszkania w Selene. Wypuść mnie. Proszę.

Humphries westchnął dramatycznie i usiadł na wyściełanym krześle pod oknem.

— Obawiam się, że to niemożliwe, przynajmniej w tej chwili. Pewnie wiesz dlaczego.

— Nie powiem nikomu ani słowa — odparła Cardenas, siadając na sofie naprzeciwko niego. — Ja tylko chcę żyć normalnie.

— Nie ostrzegając Randolpha?

— Już za późno, żeby ostrzec Dana — rzekła. — Doskonale o tym wiesz.

Humphries rozłożył ręce.

— Wiesz, że najlepiej dla ciebie będzie, jak wrócisz na Ziemię. Będziesz tam sobie wygodnie mieszkać i osobiście ci przyrzekam, że przywieziemy twoje córki i wnuki.

— Tak jak mnie przywieziono tutaj?

— Przecież nikt nie zrobił ci krzywdy, czyż nie? Traktowano cię bardzo dobrze.

— Ale jestem więźniem.

Wyglądało na to, że Humphries ma poważne problemy z panowaniem nad emocjami.

— Jeśli tylko zrobisz, o co cię proszę — rzekł z naciskiem — będziesz mogła wrócić na Ziemię i połączyć się ze swoją rodziną. Czego jeszcze chcesz?

— Nie chcę wracać na Ziemię! — krzyknęła Cardenas. — Nie chcę brać udziału w tym planie!

— Nawet jeszcze nie wiesz, na czym polega ten mój… plan.

— Nie obchodzi mnie to. Nie chcę wiedzieć.

— Ale to powstrzyma efekt cieplarniany. Uratuje Ziemię.

— Nic nie uratuje Ziemi i ty doskonale o tym wiesz. Uniósł głowę na chwilę, jakby próbował odnaleźć właściwe słowo, po czym znów spojrzał na nią.

— Możesz ocalić Ziemię, Kris. Dlatego cię tu sprowadziłem. Potrzebuję cię do przeprowadzenia tej operacji. Potrzebna mi do tego absolutnie najlepsza osoba. I tą osobą jesteś ty. Nikomu innemu się to nie uda.

— Nie zrobię tego, wszystko jedno, co to jest — odparła obojętnie Cardenas.

— Nawet w celu ratowania Ziemi? Rzuciła mu więdnące spojrzenie.

— A czemu sądzisz, że ja chcę ratować Ziemię?

— Swoich wnuków też nie chcesz ratować? — uśmiechał się. Cardenas westchnęła, gdy uświadomiła sobie, co ma na myśli.

— Grozisz mojej rodzinie? Wykonał gest oburzonej niewinności.

— Czy ja wypowiedziałem jakąś groźbę?

— Gardzę tobą.

Humphries wstał powoli, jak człowiek znużony negocjacjami z upartym dzieckiem.

— Kris — rzekł powoli — nie masz dużego wyboru. Posłuchaj.

— Nie powiem nikomu ani słowa.

— Nie o tym teraz mówię.

Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale uznała, że lepiej tego nie robić.

— Wysłuchaj chociaż, co mam ci do powiedzenia. Patrzyła na niego.

— Pomyśl o swoich wnukach na Ziemi — rzekł Humphries. — Ich przyszłość jest w twoich rękach.

Nadal milcząc, usiadła powoli na sofie naprzeciwko niego.

— Teraz lepiej — rzekł z uśmiechem. — Oboje jesteśmy rozsądni. Jestem przekonany, że do czegoś dojdziemy.

George ostrożnie podszedł do nich, słuchając z uwagą.

Starpower 1

Siedząc na mostku w fotelu pilota, Pancho spytała:

— Skąd wiemy, że nanoboty nas w tej chwili nie pożerają?

Dan nigdy nie widział Pancho równie zmartwionej. Jej długa twarz o wyraźnie zarysowanej szczęce była śmiertelnie poważna; zawadiacki uśmieszek znikł.

— Zjadały miedź — odparł Dan. — Pozbyliśmy się próbki drutu. Nanoboty poszły za burtę razem z nią.

— Tak sądzisz.

— Z całą mocą.

— Hm, okablowanie statku nie korzysta z miedzi — rzekła Pancho z nadzieją w głosie.

— Wiem, to światłowody.

— Tylko że w innych miejscach jest pełno miedzi — mówiła dalej. — Może w śladowych ilościach, ale jeśli mamy tu nanomaszynki pożerające miedź, mogą nam załatwić wszystkie procesory na pokładzie.

— Cudownie — jęknął Dan.

— Kanał MHD! — krzyknęła. — Magnes nadprzewodzący jest owinięty drutami!

— Jezu Chryste!

— Jeśli tak się stanie, magnes wydzieli całą energię…

— Wybuchnie?

— Jak pieprzona bomba — odparła Pancho.

— Świetnie. Doskonale — mruknął Dan. — I nie możemy nic na to poradzić.

Pancho potrząsnęła głową.

— Możemy tylko mieć nadzieję, że nie zostały zainfekowane.

Dan poczuł, że drży w środku. Musiał przełknąć ślinę, zanim był w stanie mówić dalej.

— Jeśli tak się stało, i tak nic nie zrobimy.

— Mogło być gorzej — rzekła Pancho z wisielczym humorem. — Gdyby zżerały węgiel, załatwiłyby nas.

Dana nie zachwycił ten rodzaj humoru.

— Gdzie Amanda? — spytał, wskazując na pusty fotel drugiego pilota. — Nie powinna pełnić wachty?

— Jest u Larsa.

— W przedziale z aparaturą?

— Tak. Próbuje przerobić mikroskop elektronowy, żeby uzyskać rozdzielczość rzędu nanometra.

— I będzie się dało dostrzec nanoboty?

— Jeśli jakieś są, to tak.

— Strasznie dużo czasu spędzają razem — mruknął.

— Jeśli już o tym mówimy, to tak.

Dan milczał. Nie podobało mu się, że między Amandą a Fuch-sem coś iskrzy, ale nie miał na to dowodów. Fuchs wydawał się strasznie sztywny. Ale nigdy nie wiadomo, powiedział sobie Dan. Amanda na pewno lubi z nim przebywać.

Pancho wycelowała palec w stronę jednego z ekranów.

— Cóż, przynajmniej osłona magnetyczna jakoś się trzyma. W przypadku burzy słonecznej będziemy bezpieczni. Na razie.

Na razie, powtórzył w duchu Dan.

— A kanał MHD?

Postukała w ekran.

— Całkowicie w normie.

— Nanoboty go zatem nie zainfekowały.

— Być może nie.

— Chyba pójdę do przedziału z aparaturą — mruknął Dan. — Zobaczą, jak im idzie.

— Chcesz robić za przyzwoitkę? — rzuciła złośliwie Pancho.

— Czy to takie oczywiste?

— Pewnie, że tak, szefie. Za bardzo się przejmujesz.