Выбрать главу

— Jak daleko sięga tunel? — spytała szeptem, choć wiedziała, że nie ma tam nikogo prócz nich.

— Jakiś kilometr albo coś koło tego — wyjaśnił George. — Ludzie Yamagaty chcieli wiercić aż do pierścienia krateru i dalej na Marę Nubium. Okazało się, że to zbyt kosztowne. Kolejka nad górą okazała się tańsza.

Zaczął wchodzić po drabince, lekki i zgrabny mimo swoich rozmiarów. Cardenas ruszyła za nim.

— Chwileczkę — zawołał George. — Muszę otworzyć klapę. Usłyszała chrzęst metalu, po czym George powiedział:

— Dobrze, już można.

Drabina kończyła się w pomieszczeniu rozmiarów jej modułu mieszkalnego w Selene. Miało kształt cylindra, jak na statku.

— Czy jesteśmy na powierzchni? — spytała Cardenas, próbując opanować drżenie głosu.

— Jesteśmy zagrzebani pod metrem regolitowego gruzu — wyjaśnił George. — Bezpieczni jak w kościele.

— Ale na zewnątrz?

— Na zboczu pierścienia otaczającego krater. Tuż poniżej kolejki. Pierwotny zamysł był taki, że w przypadku awarii kolejki ludzie mogli tu poczekać na pomoc.

Rozejrzała się ostrożnie po schronie. Na jednym końcu stały dwie piętrowe prycze, na drugim widać było luk śluzy. Między nimi była malutka kuchenka z zamrażarką, kuchenką mikrofalową i zlewem; niektórych elementów wyposażenia nie była w stanie rozpoznać; dwa wyściełane krzesła; biurko z komputerem i stojącym przy nim małym krzesłem…

Na środku podłogi leżał wielki, metaliczny cylinder, prawie wypełniając i tak już zagracone pomieszczenie. Do końca cylindra przyczepiono parę zbiorników i miniaturowy kriostat.

— Czy to jest pojemnik kriogeniczny? — spytała Cardenas. George skinął głową.

— Musieliśmy schować jedną panią przed Humphriesem.

— Ona nie żyje?

— Jest zamrożona — wyjaśnił George. — Jest nadzieja, że będzie można ją ożywić.

— Raczej nie dotrzyma mi towarzystwa.

— Obawiam się, że nie. Ale będę tu od czasu do czasu wpadał i sprawdzał, czy wszystko u pani w porządku.

Cardenas podeszła do biurka, usiłując ukryć niepokój.

— Jak długo będę musiała to zostać?

— Nie wiem. Pogadam z Danem, zobaczymy, co da się zrobić.

— A może Doug Stavenger? — zaproponowała. — On mnie ochroni.

— Sama pani powiedziała, żeby go w to mieszać. Założyła ręce na piersi i czuła, jak drży ze strachu i zimna.

— To było jeszcze zanim się dowiedziałam, gdzie mam się ukrywać.

— Hej, przecież nie jest aż tak źle — rzekł George uspokajającym tonem. — Kiedyś żyłem w takich schronach całymi miesiącami.

— Naprawdę?

— Tak. Ja i koledzy. Dla mnie to jak powrót do domu. Rozejrzała się ponownie po schronie. Wydawał się mniejszy niż na pierwszy rzut oka. Otaczał ją. Między nią a śmiercionośną próżnią nie było nic poza cienką warstwą metalu cylindrycznego schronu i stertą gruzu. A na podłodze, zajmując większość pomieszczenia, leżały zwłoki.

— Proszę zadzwonić do Stavengera — błagała. — Nie chcę tu zostać dłużej niż to konieczne.

— Dobrze — odparł. — Tylko najpierw muszę porozmawiać z Danem.

— Byle szybko.

— Osłona magnetyczna eksploduje? — dopytywał się Dan po raz trzydziesty.

Pancho siedziała naprzeciwko niego w mesie Starpower 1. Amanda była na mostku statku pędzącego z największym przyspieszeniem w stronę Selene. Fuchs był w przedziale z aparaturą, badając próbki odłupane od Bonanzy.

— Wiesz, jak działają nadprzewodniki — rzekła ponuro Pancho. — Muszą być schłodzone poniżej temperatury krytycznej. Jeśli temperatura się podniesie, cała energia cewki zostanie skierowana w gorący punkt.

— I wszystko wybuchnie — mruknął Dan.

— Jak bomba. Nadprzewodnik potrafi zgromadzić dużo energii. To niebezpieczna sytuacja.

— A mamy więcej gorących punktów niż jeden?

— Jak dotąd cztery. Nie będę zaskoczona, gdy pojawi się więcej. Ktoś, kto zapluskwił nam statek, na pewno nie chciał, żebyśmy wrócili do domu.

Dan bębnił palcami po blacie stołu.

— Nie mogę uwierzyć, że Kris Cardenas mogła mi zrobić coś takiego.

— To Humphries, przecież to oczywiste — prychnęła Pancho.

— Jakby mógł, zabiłby cię uśmiechem.

— Ale do tego potrzebowałby Kris.

— Posłuchaj — rzekła Pancho, pochylając się nad stołem.

— To nieważne, kto komu napluł w oko. Jesteśmy w tarapatach i musimy wymyślić, jak uratować nasze głowy, zanim osłona magnetyczna wybuchnie.

Dan nigdy dotąd nie widział Pancho tak poważnej.

— Dobrze więc. Co proponujesz?

— Wyłączymy osłonę magnetyczną.

— Wyłączymy osłonę? Ale wtedy nie będziemy mieli żadnej ochrony przed promieniowaniem.

— Jeśli nie dojdzie do rozbłysku, to nie będzie potrzebna, a pewnie dolecimy do Selene, zanim jakiś się pojawi.

— Pewnie tak — mruknął Dan.

— Więc podejmiemy to ryzyko. Wolę to, niż ryzyko nagromadzenia się gorących punktów i wybuchu, który rozprułby pancerz statku.

— Tak, masz rację — przyznał z niechęcią Dan.

— Dobrze — Pancho wstała od stołu. — Zaraz ją wyłączę.

— Poczekaj chwilę — Dan złapał ją za nadgarstek. — A kanał MHD?

Pancho wzruszyła ramionami.

— Jak dotąd bez problemu. Pewnie nie został zapluskwiony.

— Jeśli coś się stanie, zginiemy?

— Cóż… — starannie ważyła słowa. — Moglibyśmy pozbyć się energii cewki podczas kontrolowanego wyłączenia. To nie miałoby wpływu na dysze.

— Ale pozbawiłoby to nas prądu.

— Moglibyśmy pociągnąć na ogniwach paliwowych i akumulatorach — przez jakiś czas.

— Jak długo?

Pancho zaśmiała się i ruszyła w stronę luku.

— Tak długo, jak długo by wystarczyły, szefie — rzekła, oglądając się przez ramię.

— Prawo Murphy’ego — mruknął Dan.

Jeśli tylko coś może się popsuć, na pewno się popsuje. Tak brzmiało prawo Murphy’ego. Teraz dodamy do niego wniosek Randolpha: jeśli wyłączysz osłonę antyradiacyjną, na pewno zdarzy się rozbłysk słoneczny.

Wiadomości

George wyrzucił wszystkich z centrum kontroli lotów, z wyjątkiem głównej kontrolerki, która uparła się stanowczo, że w centrum musi cały czas pozostawać co najmniej jeden żywy kontroler.

Gdyby to był facet, George po prostu podniósłby go i rzucił nim przez drzwi na korytarz. Niestety, szefem zmiany była chuda jak szczapa, blada kobieta o prostych włosach, uparta jak muł z Arkansas. Nie wyszłaby sama.

Walcząc z chęcią, by podnieść ją i wystawić na korytarz, George błagał:

— Muszę przesłać prywatną wiadomość do Dana Randołpha. Nikt nie może tego słyszeć.

— A czemu nie? — dopytywała się, z dłońmi opartymi na biodrach, rozdymając nozdrza.

— Nie twój pieprzony interes — warknął George. — Nie, bo nie. Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem. George piętrzył się nad nią jak wieża, ale to najwyraźniej nie robiło na niej wrażenia.

— To polecenie Dana — powiedział w końcu George, nieco naciągając fakty. — To bardzo delikatna sprawa.

Kobieta zastanowiła się przez moment, po czym odparła ze zrozumieniem:

— Zajmiesz tę konsolę na samym końcu. Ustawię prywatny kanał. Nie będzie tu nikogo, tylko ty i ja, a ja nie podsłuchuję. Dobrze?