Выбрать главу

— Nanomaszyny nie przedostały się do nadprzewodnika generatora MHD? — spytał Dan. Wyglądało na to, że wypowiedzenie tych słów to największy wysiłek, na jaki go stać.

— Nie, jest w jak najlepszym porządku — odparł Fuchs. Po czym dodał: — Dzięki Bogu.

Lecimy do domu, pomyślał Dan. Zamknął oczy. Do domu.

— Dopóki go tu nie przywieziecie i nie poddamy go właściwym zabiegom medycznym — wyjaśniał główny lekarz medycyny nuklearnej Selene — nic nie możecie zrobić poza podawaniem tabletek chelatowych i przeciwutleniaczy, a to już robicie.

Siedząc bezradnie w fotelu pilota, Pancho patrzyła na zasmuconą minę lekarza. Skontaktowanie się z Selene zajęło im ponad godzinę. Antena dalekiego zasięgu Starpower 1 została uszkodzona przez promieniowanie i musiała użyć zapasowego laserowego systemu łączności. Poza tym statek działał bez zakłóceń, tu i tam występowały uszkodzenia spowodowane przez promieniowanie, ale nie było to nic istotnego. Nanomaszyny nie przedostały się do nadprzewodzącej cewki generatora MHD.

Z Danem było jednak źle i smutny medyk w Selene nie mógł zdziałać więcej niż banda szamanów. Przywieźcie go jak najszybciej! Pewnie! Nic innego nie robimy. Ale czy dotrzemy na czas?

Elly nie żyła. Przed opuszczeniem statku Pancho włożyła węża do pudełka, a pudełko do lodówki, z nadzieją, że w chłodzie wąż będzie hibernował, a lodówka zapewni mu wystarczającą ochronę przed promieniowaniem. Powinnam była zabrać ją ze sobą do skafandra, pomyślała Pancho. Nawet gdyby mnie ugryzła, powinnam była zabrać ją ze sobą. Promieniowanie zabiło węża razem z ostatnią myszą.

Jej myśli powróciły do Dana. Kiepsko z nim. Wszyscy zaliczyliśmy sporą dawkę, wszyscy będziemy wymagać pomocy medycznej, kiedy wrócimy do Selene. Pigułki chelatowe pomagają, ale Danowi może to nie wystarczyć. Już wygląda, jakby umierał. Amanda wkroczyła na mostek i opadła na fotel po prawej stronie.

— Co z nim? — spytała Pancho.

— Umyliśmy go i teraz śpi. — Zrobiła dziwną minę. — Włosy mu wypadają. Garściami.

Pancho zwalczyła w sobie chęć, by pobiec do kabiny Dana. Nic nie możesz zrobić, powiedziała sobie w duchu.

— A jak Lars? — zwróciła się do Amandy.

— Nic mu nie będzie.

— Wziął pigułki?

— Oczywiście. Pracuje nad anteną dalekiego zasięgu.

— Elektronika miała być zabezpieczona przed promieniowaniem — rzekła ze złością Pancho. — Powinniśmy pozwać producenta, jak wrócimy.

— Och, Pancho, była narażona na tak wysoki poziom promieniowania. To była solidna burza.

Skinęła głową, ale odparła:

— Tak, mimo to sprzęt łączności powinien był to wytrzymać.

— Powinnaś odpocząć — rzekła Amanda.

— Wszyscy powinniśmy.

— Przejmę dowodzenie. Idź się przespać.

— Może i masz rację.

— Idź, Pancho.

Przyjrzała się Amandzie, po czym podjęła decyzję i powoli wstała, dziwiąc się, jak sztywne jest jej ciało.

— Jak nie wrócę za dwie godziny, obudź mnie. Amanda skinęła głową.

— Mówię serio, Mandy. Dwie godziny.

— Dobrze, obudzę cię.

Usatysfakcjonowana, Pancho ruszyła w stronę mesy. Zawahała się przy drzwiach do swojej kabiny, po czym poszła dalej i stanęła pod drzwiami Dana.

Uchyliła je lekko. Dan ciągle spał, leżąc na pryczy, jego ciało błyszczało od potu, bokserki i podkoszulek, które mu włożyli, były całe mokre. Na jego głowie widać było łyse plamy w miejscach, gdzie wypadły kępki włosów. Boże, źle z nim, pomyślała.

Otworzył oczy i spojrzał na nią.

— Hej, mała — wysapał.

— Jak się czujesz, szefie?

— Kiepsko.

— Potrzebujesz czegoś? Mogę ci zrobić zupę albo coś.

— Tylko bym ją porozlewał.

— Będziemy w Selene za jakieś półtora dnia. Odpoczywaj, a jak dostarczymy cię lekarzom…

— Wysłałaś im mój testament? — spytał. Pancho potrząsnęła głową.

— Mamy problemy z główną anteną. Lars nad tym pracuje.

— A laser?

— Łącze zapasowe? Działa. Używamy go do…

— Wyślij mój testament — upierał się Dan.

— Nie musimy tego robić. Nic ci nie będzie.

— Wyślij — nalegał. Próbował podnieść się na łokciu, ale nie udało mu się. — Wyślij — wyszeptał.

— Jesteś pewien, że chcesz zostawić wszystko mnie?

— Będziesz walczyć z Humphriesem? Skinęła poważnie głową.

— Tak. Przyrzekam, szefie.

— Dobrze — uśmiechnął się niewyraźnie. — Wyślij go. I to już.

— Dobrze, jeśli tak chcesz — odparła Pancho z niechętnym westchnieniem.

— Właśnie tak chcę — wyszeptał. — I pamiętaj, żeby wysunąć też roszczenia co do Przystani.

Pancho o mało się nie uśmiechnęła. Cały Dan Randolph.

— Jeszcze jeden dzień — rzekł Fuchs.

On i Amanda siedzieli obok siebie w mesie. Fuchs grzebał bez entuzjazmu w śniadaniu złożonym z paczkowanych jajek i sojowego mięsa. Amanda ledwo spojrzała na swoje płatki z owocami.

— Jeszcze dzień — powtórzyła ponuro.

— Nie jesteś zadowolona.

— W Selene jest Humphries. Jak wrócimy, wszystko zacznie się od nowa.

— Jeśli za mnie wyjdziesz, to się nie zacznie — wyrzucił z siebie Fuchs.

Patrzyła na niego. Mówił poważnie, prawie ponuro. I wtedy na jego ustach pojawił się pełen nadziei uśmiech.

Zanim jednak Amanda zdołała odpowiedzieć, Fuchs przemówił dalej:

— Kocham cię, Amando. Nie oświadczam ci się tylko po to, żeby chronić cię przed Humphriesem. Kocham cię i bardziej niż cokolwiek na świecie pragnę, żebyś została moją żoną.

— Lars, przecież my się znamy ledwie parę tygodni. A może nawet krócej.

— A ile na to trzeba czasu? — spytał. — Zakochałem się w tobie beznadziejnie. To się stało w mgnieniu oka.

Była zaskoczona. Ten spokojny, zdolny, myślący i inteligentny młody człowiek patrzył na nią oczekująco, a w jego jasnych błękitnych oczach malowało się całe jego życie. Nawet się nie całowaliśmy, a on sądzi, że mnie kocha? A czyja go kocham?

Fuchs oblizał nerwowo usta i rzekł:

— Wiem, że jestem tylko studentem i moje perspektywy finansowe nie są oszałamiające, ale czy mogłabyś… to znaczy… czy sądzisz, że…

Nie wiedział, co powiedzieć. Siedział i patrzył, bojąc się mówić dalej.

Rozmyślała, nie spuszczając z niego wzroku. Jest silny. Jest spokojny. Tak często czułam, że chce przekroczyć tę intymną granicę, ale nigdy tego nie zrobił. Nigdy mnie nie dotknął, nigdy nie powiedział słowa. Aż do dziś. To człowiek honoru.

Wydawało się, że minęła cała wieczność, zanim usłyszała swój szept.

— Tak, Lars, będę bardzo szczęśliwa, zostając twoją żoną. Nauczysz się go kochać, powiedziała sobie w duchu. Wiesz, że można mu zaufać, że jest łagodny i słodki. Ochroni cię przed Humphriesem.

Fuchs pochylił się w jej stronę i otoczył ją ramieniem w pasie. Amanda zamknęła oczy, a Lars ją pocałował, z początku delikatnie i czule, a potem z prawdziwą namiętnością. Objęła go ramionami.

Po kilku minutach delikatnie się rozdzielili. Amanda poczuła, że zaczyna jej brakować oddechu.

Fuchs promieniał jak tysiąc laserów.

— Musimy powiedzieć Pancho! — wykrzyknął, zrywając się na równe nogi. — I Danowi!

Ze śmiechem ujął dłoń Amandy, która także wstała. Ruszyła przez luk na mostek, a on zanurkował za nią.