- Ile obecnie jest na rachunku?
- Niecałe pięćset tysięcy złotych w gotówce i sześćset tysięcy w aktywach.
- Słucham?
- Razem około miliona i stu tysięcy. Oczywiście ta kwota codziennie się zmienia, w zależności od kursów akcji, walut i tak dalej. Niektóre inwestycje są długoterminowe, więc gdyby pani Telak chciała jak najszybciej wszystko spieniężyć i wycofać gotówkę, byłoby to zapewne około miliona.
- A polisa?
- Pół miliona.
- Wygląda na to, że wdówka nie będzie musiała pytać w aptece o polskie zamienniki.
- Pan Henryk Telak był naszym klientem, ale też moim wieloletnim przyjacielem. Podobnie jak jego żona. Prosiłbym, aby uważniej dobierał pan słowa.
- Czy ona wiedziała o polisie i rachunku inwestycyjnym?
- Nie.
- Jest pan pewien?
- Chyba, że dowiedziała się od Henryka.
- Czy już państwa odwiedziła?
- Widzieliśmy się na pogrzebie, ale nie rozmawialiśmy o pieniądzach. Obiecała tylko, że wpadnie w przyszłym tygodniu.
- To trochę dziwne, nie uważa pan?
- Nie. O ile mi wiadomo, Jadwidze nie brakuje pieniędzy na bieżące wydatki.
- Rozumiem. Długo pan znał Henryka Telaka?
- Poznaliśmy się jeszcze na studiach na politechnice, to był chyba koniec lat siedemdziesiątych, na pewno jeszcze przed stanem wojennym. Potem nasze drogi się na jakiś czas rozeszły. Ja dostałem trochę po znajomości pracę w jednej z central handlu zagranicznego, zainteresowałem się ekonomią, a on pozostał wierny poligrafii. Spotkaliśmy się przez przypadek już po osiemdziesiątym dziewiątym roku.
- Czyli że to pańska firma?
- Jestem jednym ze wspólników i wiceprezesem.
- I długo zajmował się pan finansami pana Telaka?
- Ponad dziesięć lat, od dziewięćdziesiątego czwartego roku.
- Można do was tak wejść z ulicy?
- Można, choć nie jest powiedziane, że pana obsłużymy. Jesteśmy firmą małą, ale elitarną. Mamy niewielu klientów i żaden z nich nie jest - jak by to powiedzieć - na dorobku. Wszyscy trafili do nas z polecenia. Potrafimy zarobić dla nich dużo pieniędzy, lecz nasze honoraria nie należą do niskich. Mimo to nie zdarzyło nam się, aby ktoś był niezadowolony z naszych usług.
- Nie jesteście żadną tajemniczą sektą?
- W sensie?
- Ociekające seksem rytuały inicjacyjne, hostessy odziane tylko w dwie studolarówki, rytmiczne walenie w bęben i walenie w ogóle...
- Nic mi o tym nie wiadomo.
- A wie pan może, czy pan Telak miał wrogów, ludzi zazdroszczących mu pozycji i pieniędzy?
- Nic mi nie wiadomo na ten temat.
- Mówią coś panu nazwiska Cezary Rudzki, Euzebiusz Kaim, Barbara Jarczyk, Hanna Kwiatkowska?
- Rudzkiego widziałem ze dwa razy w telewizji, występował chyba jako ekspert w jakimś talk-show. Moja żona ma też jego książkę o rozwiązywaniu problemów rodzinnych. Nazwiska reszty nic mi nie mówią.
- Kamil Sosnowski?
- Też nie.
- Szkoda. Proszę się nie dziwić następnemu pytaniu, nie żartuję, sprawdzam ważny trop śledztwa.
- Szkoda. Polubiłem pana żarty.
- Pewien prokurator powiedziałby, że w takim razie jest pan pierwszy. Czy pamięta pan z okresu studiów, lub może Henryk Telak opowiadał panu o czasach jeszcze wcześniejszych, kobiety, z którymi się spotykał? Czy miał jakaś wielką miłość? Czy jego i jej udziałem stała się jakaś tragedia, zaskakujące traumatyczne doświadczenie?
- Nic mi nie wiadomo na ten temat. Politechnika nigdy nie służyła takim obserwacjom, niewiele tam dziewczyn, ale pamiętam, że Henryk prawie nigdy nie uczestniczył w naszych wyprawach - przepraszam za określenie - „na dupy”. Dwa razy chodził z kimś przez kilka miesięcy, choć nie powiedziałbym, że to było coś poważnego. W ogóle był dość nieśmiały. Na ostatnim roku studiów, to był chyba osiemdziesiąty czwarty rok, zakochał się na zabój w Jadzi. Ona go nie chciała. Chodził jak nieprzytomny. Cud, że obronił pracę. Ale zaraz potem się rozstaliśmy, a kiedy spotkaliśmy się następnym razem, byli już małżeństwem. Pobrali się w osiemdziesiątym ósmym albo dziewiątym.
- Czy byli udanym małżeństwem?
- Nie widywaliśmy się tak często, abym mógł to ocenić.
Jak tylko Kuzniecow opuścił siedzibę firmy, Igor wszedł do jego gabinetu. Był bez marynarki.
- Co za upierdliwy prostak, aż się spociłem. Dreszcz mnie przechodził za każdym razem, kiedy otwierał usta. Nienawidzę takich ludzi. Słyszałeś wszystko?
Przytaknął.
- Wygląda na to, że nie możemy dłużej udawać. Nie błądzą po omacku. Zmroziło mnie, kiedy o niego zapytał. Nie sądziłem, że na to trafią.
Prezes wstał i podszedł do okna. Faktycznie, to była pewna niedogodność, ale w porównaniu do innych zagrożeń, którym musieli stawić czoło przez ostatnie lata - nic, czym należałoby się przejmować. Patrzył na rozciągający się w dole betonowy lunapark i myślał, że gdyby miał boską moc, ujawniłby w jednej chwili wszystkie tajemnice skrywane w ścianach tego smutnego miasteczka, jakim była Warszawa. Wszystkie. Nie tylko te największe - ich depozytariuszem był także on - od których zachowania zależało bezpieczeństwo państwa. Wszystkie oszustwa handlowe, nielojalności, zdrady małżeńskie, flirciarskie kłamstwa, rodzicielskie półprawdy, dziecięce zatajenia. Ot tak, na pstryknięcie palcem, wszystko zostałoby odkryte. Czy znalazłaby się wówczas, choć jedna osoba, która ośmieliłaby się powtórzyć za tym ich otoczonym ślepym kultem bożkiem: prawda was wyzwoli? Wątpił.
- Masz rację - powiedział, odwracając się od okna. - Czas zacząć działać. Kuzniecow jest moim zdaniem nieszkodliwy, ale o prokuratorze Szackim musimy wiedzieć jak najwięcej. Gdzie jego żona pracuje, gdzie córka chodzi do szkoły, kogo rżnie na boku, z kim się umawia na piwo i kogo nie lubi w pracy. Myślę, że przed końcem tygodnia trzeba mu będzie złożyć wizytę.
- Do kiedy mam czas?
- Do środy rano. Potem już może być za późno.
4
Cezary Rudzki wyzdrowiał i powrócił do swojego stylowego hemingwayowskiego image'u. Cieniutki golf, szpakowate z przewagą bieli, sprawiające wrażenie puszystych włosy i broda, przenikliwe bladobłękitne oczy i terapeutyczny uśmieszek, jednocześnie życzliwy i kpiący. Cały jego wygląd zdawał się mówić, że ten mężczyzna na pewno wysłucha cię z zainteresowaniem i zrozumieniem, ale zachowa do tego zdrowy dystans i powstrzyma się od inwazji na terytoria intymne. Tak, Cezary Rudzki mógłby występować na billboardach reklamujących psychoanalizę.
Szacki zaczął rozmowę o hipnozie, terapeuta odpowiadał długo i rozwlekle, aż w końcu prokurator musiał go poprosić, aby nie tłumaczył mu tak szczegółowo teorii, tylko odpowiadał na pytania.
- Czy potrafi pan zahipnotyzować pacjenta?
- Oczywiście. Rzadko z tego korzystam, ponieważ uważam, że proces terapeutyczny powinien być w pełni świadomy. Ale często źródłem schorzenia jest tak mocno wyparte wspomnienie, że nie sposób dostać się do niego inaczej, jak poprzez regresjonowanie pacjenta. Traktuję to jako ostateczność.
- Regresjonowanie? - Szacki wolał się upewnić, że on i Rudzki mają to samo na myśli.
- Cofanie pacjenta w przeszłość. To delikatna operacja, wymagająca ostrożności i taktu. I odwagi, ponieważ pacjent często porusza się po wspomnieniach, które najsilniej utrwaliły się w pamięci bądź najsilniej zostały wyparte. To może być szokujące. Miałem kiedyś pacjentkę molestowaną w dzieciństwie przez opiekunów w domu dziecka, straszliwie poharatana kobieta. Ale nie wiedziałem o tym. Ona w pewien sposób też nie. Kiedy nagle w czasie regresjonowania zaczęła mi opowiadać głosem i słowami małej dziewczynki o szczegółach orgii, w której musiała uczestniczyć - proszę sobie wyobrazić, że zwymiotowałem.