Выбрать главу

— Atak! — odpowiedział Alsimir. — Postawa! Już! Zaatakowali obaj, podnosząc kije.

Hissune głęboko zaczerpnął oddechu i skoncentrował wolę na stworzeniu otaczającej go okrągłej strefy obrony, kamiennej i nieprzeniknionej, kawałka przestrzeni zakutego w zbroję. Był on oczywiście wyłącznie wyobrażony, ale nie miało to najmniejszego znaczenia. Thani, mistrz i nauczyciel, pokazał mu to: utrzymuj strefę obrony, jakby była ścianą ze stali, a nic się przez nią nie przedrze. Sekretem jest stopień koncentracji.

Alsimir sięgnął go o ułamek sekundy przed Stimionem, czego Hissune się spodziewał — jego kij wzniósł się w górę, w stronę górnego lewego kwadrantu obrony Hissune'a, a potem opadł w uderzeniu od dołu. W chwili, w której dotykał sfery, jednym ruchem nadgarstka niczym smagnięciem biczem Hissune zakręcił kijem sparował uderzenie i tym samym ruchem — który zdążył już wyliczyć, choć nieświadomie — obrócił się w prawo i sparował atak Stimiona, skierowany z prawa w górę.

Rozległ się ostry głos drewna uderzającego o drewno. Kij Hissune'a przesunął się do połowy kija, którym atakował Stimion, a potem Hissune wykonał obrót, pozostawiając w ofierze przeciwnikowi, niesionemu w przód siłą zadanego ciosu, jedynie puste miejsce, w którym stał przed ułamkiem sekundy. Sieknąwszy ze zdziwienia, Stimion zaatakował; Hissune lekko uderzył go w plecy swym kijem i zwrócił się ku Alsimirowi. Alsimir zadał cios z góry, z łatwością sparowany, uderzenie Hissune'a, wymierzone w mgnienie oka później, również nie doszło celu, siła odpowiedzi Alsimira niemal sparaliżował a mu rękę od nadgarstka do ramienia. Otrząsnął się jednak szybko, wykonał unik i odskoczył w bok, usuwając się przed Stimionem.

Teraz jednak wytworzyła się nowa sytuacja, przeciwnicy stali bowiem nie przed nim, lecz po bokach. Z pewnością spróbują zaatakować jednocześnie, pomyślał. Nie mogę im na to pozwolić.

Thani nauczał go: “Czas musi zawsze być twym sługą, nigdy panem. Jeśli brakuje ci czasu na wykonanie parady, podziel każdą chwilę na mniejsze, a wtedy będziesz miał czas na wszystko”.

Tak. Hissune wiedział, że nic nie dzieje się naprawdę równocześnie.

Tak jak to ćwiczył od wielu, wielu miesięcy, tak jak nauczył go tego Thani, zmienił percepcję czasu, każda sekunda, była sumą ułamków sekundy — tak człowiek w dziesięć dni przekraczający pustynię może spędzać kolejne noce w dziesięciu kolejnych jaskiniach. Wszystkie zmysły miał nieprawdopodobnie wręcz wyostrzone. Widział Stimiona poruszającego się powolnymi, oddzielnymi ruchami jak jakiś popsuty automat, próbującego podnieść w górę kij i zadać cios. Z największą łatwością wyłapał przerwę między jednym ruchem i drugim, odtrącając jego broń na bok. Alsimir atakował także, lecz Hissune miał aż nadto czasu, by usunąć się z zasięgu kija, a kiedy Alsirnir wyciągnął rękę, dotknął jej lekko końcem kija, tuż nad łokciem.

Wyszedłszy z transu, zwrócił się ku Stimionowi, który znów próbował ataku. Zamiast sparować cios, Hissune sam zaatakował, zaskakując przeciwnika i niszcząc jego obronę. Z tej pozycji wyprowadził cios w górę, znów dotknął Alsimira, — a potem w półobrocie dotknął także całkowicie oszołomionego Stimiona.

— Dotknięcie i podwójne dotknięcie! — krzyknął. — Pokonani!

— Jak tyś to zrobił? — Alsimir rzucił swój kij na matę. Hissune roześmiał się.

— Nie mam pojęcia. Szkoda tylko, że Thani nie mógł tego zobaczyć!

Padł na kolana. Pot spływał mu z czoła na matę. Wiedział, że popisał się zdumiewającą zręcznością. Nigdy przedtem nie walczył tak świetnie. Przypadek, łut szczęścia? A może rzeczywiście osiągnął nowy poziom mistrzostwa? Przypomniał sobie Lorda Valentine'a opowiadającego o żonglerce, którą zaczął uprawiać całkiem zwyczajnie, po prostu, dla zarobku, kiedy zagubiony, nic o sobie nie wiedząc, wędrował po Zimroelu. Żonglerka — powiedział Koronal — pokazała mu prawdziwy sposób wykorzystania wszystkich sił umysłu. Posunął się nawet do stwierdzenia, iż być może nie mógłby odzyskać tronu, gdyby nie dyscyplina umysłowa, którą narzucił sobie próbując ją opanować. Hissune zdawał sobie sprawę, że sam nie powinien próbować żonglerki — byłoby to zbyt jawne schlebianie Koronalowi, zbyt oczywiste jego naśladownictwo — lecz zaczynał dostrzegać, że podobne efekty może osiągnąć, walcząc na kije. Pojedynek, który zakończył się przed chwilą, z pewnością wyniósł go na nie znany dotąd poziom postrzegania. Ciekawe, czy potrafi powtórzyć to osiągnięcie. Podniósł wzrok i zapytał:

— To co, spróbujemy jeszcze raz? Dwóch na jednego?

— Czy ty się nigdy nie męczysz? — zdumiał się Stimion.

— Oczywiście, że się męczę! Ale czemu przerywać z tak marnego powodu jak zmęczenie?

Przyjął pozycję i czekał. Jeszcze piętnaście minut walki, pomyślał, a potem popływam trochę i na Dziedziniec Pinitora, gdzie czeka mnie praca, a potem…

— No i co? Zaczynajcie!

Nieco niepewnie Alsimir przyjął pozycję, gestem nakazując Stimionowi zrobić to samo. Lecz gdy we trzech gotowali się do pojedynku, czekając, aż ciała i umysły osiągną konieczną równowagę, służący gimnazjum pojawił się na balkonie nad ich głowami i wywołał imię Hissune'a.

— Polecenie dla księcia — powiedział — od księcia regenta Elidatha: książę Hissune ma natychmiast stawić się przed regentem w gabinecie Koronala.

— Spotkamy się innego dnia. — Tymi słowami Hissune pożegnał Alsimira i Stimiona, ubrał się szybko i ruszył w górę krętym labiryntem Zamku, mijając alejki i podwórza; minął balkon Lorda Ossiera, z którego rozciągał się oszałamiający widok na ogromne zbocze Góry Zamkowej, minął Obserwatorium Kinnikena, pokój muzyczny Lorda Prankipina, szklarnię Lorda Confalume'a i kilkanaście innych budowli jak grona obwieszających właściwy Zamek. W końcu znalazł się w jego centrum, tam gdzie znajdowały się biura rządowe, i bez pukania wszedł do wielkiego gabinetu Koronala, pod nieobecność Valentine'a zajmowanego przez Najwyższego Doradcę Elidatha.

Jak niespokojny niedźwiedź regent spacerował tam i z powrotem przed rzeźbionym globusem przedstawiającym Majipoor, stojącym naprzeciw biurka Valentine'a. Stasilane przybył pierwszy i siedział przy stole rady. Sprawiał wrażenie ponurego, na pozdrowienie Hissune'a odpowiedział niemal niewidocznym skinieniem głowy. Niedbale, jakby nie całkiem zdawał sobie jeszcze sprawę z jego przybycia, Elidath wskazał Hissunowi miejsce obok niego. W chwilę później pojawił się także i Diwis; miał na sobie szatę ustrojoną klejnotami-oczami i maskę z piór, jakby wezwanie przeszkodziło mu w udziale w jakiejś poważnej ceremonii.

Hissune poczuł wzrastający niepokój. Jaki mógł mieć powód Elidath, by wezwać radę tak nagle, tak nieoczekiwanie? I dlaczego jest nas tylko kilku spośród wielu książąt Góry? Elidath, Stasilane, Diwis — z pewnością trzech najpoważniejszych kandydatów do sukcesji po Lordzie Valentinie, najbliżsi mu ludzie wewnętrznego kręgu. Zdarzyło się coś ważnego, pomyślał Hissune. Być może zmarł wreszcie stary Pontifex? A być może Koronal… Niech to będzie Tyeveras — modlił się. Proszę, niech to będzie Tyeveras.

— Dobrze, jesteśmy wszyscy. Zaczynajmy — oznajmił Elidath.