Выбрать главу

— Użyjemy wszelkich dostępnych środków — powiedział — by Majipoor znów stał się całością.

— Jeśli mówisz to szczerze, panie, musisz być przygotowany na zniszczenie przeciwnika — odparł ponuro Sleet. — Nie wystarczy wygnanie go do rezerwatu w dżungli, wzorem Lorda Stiamota, nie… konieczna jest eksterminacja, należy zmieść go z powierzchni ziemi, by na zawsze skończyć z zagrożeniem naszej cywilizacji…

— Eksterminacja? Zmieść z powierzchni ziemi? — Valentine roześmiał się. — Mówisz jak postać prehistoryczna, Sleecie!

— Nie używał tych określeń w ich dosłownym znaczeniu — wtrąciła Carabella.

— Ależ używał, używał. Prawda, Sleecie? Sleet tylko wzruszył ramionami.

— Wiesz, panie, że mej nienawiści do Metamorfów nie tylko ja jestem winien, że narzuciło mi ją przesłanie — przesłanie z lądu, do którego właśnie się zbliżamy. Lecz niezależnie od wszystkiego sądzę, że życiem powinni zapłacić za zniszczenia, które już dokonały się za ich sprawą. Nie wstydzę się tego przekonania.

— Wymordowałbyś miliony istot za zbrodnie popełnione przez naszych przywódców? Sleet, Sleet, ty sam jesteś większym zagrożeniem dla naszej cywilizacji niż dziesięć tysięcy Metamorfów!

Blade policzki Sleeta zaczerwieniły się, jednak nie powiedział nic.

— Czujesz się urażony — zauważył Valentine. — Nie miałem zamiaru cię urazić.

— Koronal — powiedział Sleet bardzo cicho — nie musi przepraszać żądnego krwi barbarzyńcy, który mu służy.

— Nie było moją intencją kpić z ciebie. Po prostu nie zgadzam się z twym twierdzeniem.

— Więc nie zgadzajmy się nadal! Gdybym był Koronalem, wybiłbym ich do nogi!

— Lecz to ja jestem Koronalem, przynajmniej części tego świata. I jak długo nim jestem, będę szukał sposobów wygrania tej wojny bez eksterminacji i bez zmiatania z powierzchni ziemi. Czy potrafisz się z tym pogodzić?

— Godzę się z każdym słowem Koronala i ty o tym wiesz, panie. Mówię tylko, co bym zrobił, gdybym to ja był Koronalem.

— Niech Bogini oszczędzi ci tego losu. — Valentine uśmiechnął się słabo.

— A tobie, panie, konieczności odpowiedzenia gwałtem na gwałt, wiem bowiem, że nie leży to w twojej naturze. — Sleet uśmiechnął się również, acz niemal niezauważalnie, i wykonał niezmiernie formalny salut. — Wkrótce wylądujemy w Tolaghai. Czeka mnie sporo pracy przy rozlokowaniu twego dworu. Czy mogę prosić o pozwolenie oddalenia się?

Sleet zszedł z pokładu. Valentine patrzył za nim przez chwilę, a potem, osłaniając oczy przed oślepiającymi promieniami słońca, obrócił twarz do wiatru wiejącego od południowego kontynentu, którego ciemna, potężna masa powoli wyrastała na horyzoncie.

Suvrael! Sama nazwa wywoływała dreszcz. Nie spodziewał się dotrzeć tu kiedykolwiek, na ten osierocony przez Majipoor kontynent, zapomniany przez ludzi i zaniedbany, będący niemal w całości nieurodzajną, groźną, suchą pustynią, tak niepodobny do reszty świata, że sprawiający niemal wrażenie kawałka jakiejś innej planety. Choć zamieszkany przez miliony, gnieżdżące się w kilku miastach rozrzuconych po najmniej niedostępnej jego części, przez wieki Suvrael utrzymywał zaledwie szczątkowe kontakty z dwoma głównymi kontynentami. Kiedy wysyłano tu na inspekcję urzędników rządowych, traktowali to niemal jak zasłanie. Zaledwie kilku Koronalów odwiedziło Suvrael. Valentine słyszał, że był tu Tyeveras w trakcie jednego ze swych Wielkich Objazdów, wydawało mu się także, że coś podobnego uczynił i Lord Kinniken. Była też, oczywiście, słynna wyprawa Dekkereta, który przemierzył Pustynię Skradzionych Snów w towarzystwie założyciela dynastii Barjazidów, lecz zdarzyło się to na długo przedtem, nim został Koronalem.

Z Suvraelu pochodziły tylko trzy rzeczy, które poważnie wpłynęły na życie Majipooru. Pierwszą był wiatr — przez cały rok z kontynentu tego płynął prąd upalnego powietrza, spadający na południowe brzegi Alhanroelu i Zimroelu, czyniąc je niemal tak nieznośnymi jak on sam. Drugą — mięso; po zachodniej stronie niemal w całości pustynnego kontynentu mgły znad morza spowodowały powstanie sawanny, na której hodowano bydło eksportowane na całą planetę. Trzecim towarem eksportowym były sny. Od tysięcy już lat, jako Potęgi królestwa, Barjazidzi, żyjący w wielkiej posiadłości w głębi lądu, niedaleko Tolaghai, za pomocą urządzenia wzmacniającego myśli, którego sekretu strzegli zazdrośnie, wypełniali świat przesłaniami, poważnymi i groźnymi, zapadającymi w duszę każdego, kto skrzywdził współobywatela lub choćby planował skrzywdzenie go. Na swój własny szorstki, nieludzki sposób Barjazidzi byli sumieniem Majipooru, od dawna dzierżyli bicz, dzięki któremu Koronal, Pontifex i Pani na Wyspie mogli rządzić łagodnie i dobrotliwie.

Metamorfowie po raz pierwszy — nieskutecznie — zaatakowali na początku rządów Valentine'a i wykorzystali potęgę Króla Snów. Gdy stary Simonan, głowa rodu Barjazidów, zachorował, sprytnie podstawili jednego ze swoich ludzi na miejsce umierającego, co doprowadziło do uzurpacji władzy Lorda Valentine'a przez najmłodszego syna Simonana, Dominina, choć nigdy nawet nie podejrzewał on, że człowiekiem, który namówił go do tego czynu, nie był ojciec, lecz Zmiennokształtny, który podstępem zajął jego miejsce.

Och, tak, pomyślał Valentine, Sleet ma rację; dziwne, że Koronal przybywa do Króla Snów niczym po prośbie, właśnie teraz, gdy jego tron zagrożony jest powtórnie.

Zdecydował się na tę podróż niemal przypadkowo. Wycofując się z Piurifayne, wraz z dworem podążył wprost na południowy wschód, w kierunku morza, poniekąd z pewnością nierozsądnie byłoby kierować się na północny wschód do zbuntowanego Piliploku, a środkowa część wybrzeża Gihorny pozbawiona była miast i portów. Znaleźli się w końcu na południowym cyplu wschodniego Zimroelu, w odizolowanej od świata prowincji Bellatule, wilgotnej i tropikalnej ziemi wysokich traw, gęstych bagien i skrzydlatych węży.

Bellatule zamieszkiwali przede wszystkim Hjortowie, poważni, ponurzy, o wyłupiastych oczach i szerokich ustach wypełnionych rzędami gumiastych wypustek służących do miażdżenia pokarmu. Większość z nich zarabiała na życie pośrednictwem w handlu, wymieniając produkty z całego Majipooru za suvraelskie bydło. Jako że niepokoje ostatnich czasów spowodowały gwałtowny spadek produkcji i niemal całkowite załamanie handlu między prowincjami, kupcy Bellatule nie bardzo mieli czym handlować, ale przynajmniej nikt nie cierpiał głodu — jeśli chodzi o żywność, prowincja była niemal samowystarczalna dzięki doskonale rozwiniętemu rybołówstwu; także rolnictwo, choć nie było go tu wiele, wydawało się nie dotknięte plagami szalejącymi w innych regionach Zimroelu. Bellatule sprawiała wrażenie cichej i spokojnej, pozostała także lojalna w stosunku do rządu centralnego.

Valentine miał nadzieję znaleźć tu jakiś statek płynący na Wyspę. Pragnął uzgodnić z matką strategię działania, lecz armatorzy Bellatule ostrzegli go przed związanym z tym ryzykiem.

— Od miesięcy nikt nie wypływał od nas na północ — twierdzili. — To przez smoki, one oszalały, niszczą każdy statek płynący wzdłuż wybrzeża lub przez Morze Wewnętrzne w stronę Archipelagu. Póki tak się dzieje, wyruszyć na wschód lub na północ to samobójstwo.

Twierdzili także, że upłynie od sześciu do ośmiu miesięcy, nim ostatnie ze smoczych stad, opływających południowo-wschodni cypel Zimroelu, dotrą na północne wody i szlaki żeglugowe znów zostaną otwarte.

Perspektywa uwięzienia w odległej od cywilizacji, maleńkiej Bellatule przeraziła Valentine'a. Powrót do Piurifayne wydawał się bezsensowny, natomiast próba obejścia prowincji Metamorfów w drodze na ogromne przestrzenie wnętrza Zimroelu byłaby czasochłonna i ryzykowna.