Выбрать главу

Adam umilkł, zamilkłam i ja. Jonyk spojrzał na mnie błękitnym okiem, a zielone skierował gdzieś w dół. Bezwiednie spojrzałam w ślad za nim: na ziemi, koło moich stóp leżała motyka. Jej metalowa część oblepiona była ciemnopurpurową, gęstą, zastygłą już mazią, przemieszaną z kocią sierścią… Zdrętwiałam. „A jeśli Kotyk nie był winny…” – Domyślałam w panice. Adam nie zauważył motyki, ale dostrzegł, że wpadłam w panikę.

– Nie denerwuj się – powiedział. – Zbadałem rany Jonyka. Są stosunkowo czyste, nie powinno być zakażenia… Jeśli Jonyk nie rozdrapie strupków, które się zrobią, to nawet nie będzie blizn. W każdym razie na buzi. A z tą wścieklizną to jeszcze mamy odrobinkę czasu… Gdyby Kotyk się odnalazł, gdybyśmy mogli stwierdzić, czy jest faktycznie chory…

Aha, zatem Adam też miał wątpliwości… Milczałam, mając przed oczami Kotyka z Jonykiem, sypiających co noc razem, przytulonych do siebie jak para najdroższych przyjaciół. Widziałam niezwykłe, tak podobne do oczu Dziecka, zielono-błękitne ślepia Kotyka, jego trójkolorowe miękkie futerko i słyszałam łagodne mruczenie, jakie wydawał, gdy się go głaskało. Owszem, miałam też w pamięci potężną masę jego gibkiego cielska i wielkie pazury, które jednak zawsze chował, gdy się z nami bawił… Wprawdzie mogło się zdarzyć tak nieszczęśliwie, że Kotyk złapał wściekłą mysz i zachorował… Ale w okolicy od dawna nie było wścieklizny! No i Kotyk, jak przystało na kota lekarza, był zaszczepiony!

– Kotyk… – zaczęłam z wahaniem. – Gdzie on może być?

– Uciekł. Nie ma go już od dwóch dni. Dokładnie od momentu, gdy zranił Jonyka, i gdy ta dziewczyna…

Znowu chwilę milczeliśmy, każde pogrążone w swoich myślach.

– Ty… ty w to wierzysz?! Wierzysz, że ten kot mógł zrobić coś takiego naszemu Dziecku? – zawołałam nagle, Adam zaś głęboko westchnął i niepewnie powiedział:

– Szczepienie powinno go chronić, więc ta wścieklizna… hm… trochę jest wątpliwa. Z drugiej strony to był ogromny, drapieżny kocur… Nigdy w życiu nie widziałem tak wielkiego kota. Gdyby taki kocur chciał kogoś zaatakować, nie chciałbym znaleźć się w jego skórze. Może Jonyk niechcący zrobił mu jakąś krzywdę, na przykład złapał za ogon? Może kocur wpadł wówczas w złość…? Ale czy aż taką, że chciałby zagryźć Dziecko?! Co najdziwniejsze, Jonyk teraz co noc płacze i nie chce bez tego zwierzaka spać. Najwyraźniej go szuka… Gdyby Kotyk… no wiesz… gdyby to on go tak poranił, to ja myślę, że Jonyk powinien raczej się go bać, niż tęsknić za nim.

– Może płacze ze strachu, a nie z tęsknoty? Może właśnie boi się, że Kot wróci i znów zrobi mu krzywdę? – spytałam z wahaniem.

– Może – odparł równie niepewnie Adam. – W każdym razie szukałem Kotyka przez wiele godzin w najbliższej okolicy, żeby się upewnić, czy jest wściekły, czy zdrowy. I nie znalazłem go…

– A ta Joanna?

– Ona odeszła od razu po tym wydarzeniu. Bardzo się zdenerwowała. Nie protestowałem, bo… to głupie, przecież Jonyk jest czteromiesięcznym niemowlakiem, który jeszcze tak niewiele umie okazać, ale… miałem uczucie, że Jonyk tej dziewczyny nie lubi.

„Skoro czteromiesięczne niemowlę umie pokazać, że na przykład nie cierpi szpinaku, a lubi marchewkę, to czemu nie mogłoby zademonstrować sympatii lub niechęci wobec ludzi?” – pomyślałam.

– Wiesz co, skoczę teraz do tej Joanny. Wezmę jej adres z agencji i wypytam ją jeszcze raz o tę całą historię.

– Po co? – spytał mąż. – Opowiedziałem ci wszystko najdokładniej, jak umiałem. Co jeszcze chcesz wiedzieć? Ona powie ci to samo co mnie. I nie wie, gdzie uciekł Kot. Pytałem ją o to. Bała się go, więc za nim nie biegła…

– Nie wiem, czego mogę się jeszcze dowiedzieć, ale chcę ją zobaczyć. I porozmawiać. Muszę tak zrobić – powiedziałam z uporem.

Nawet nie przebierając się po podróży, natychmiast wybiegłam z domu. W agencji, z której pomocą wynajęłam Joannę, dano mi adres domu, gdzie ta dziewczyna właśnie pracowała jako baby sitter. Odszukałam go bez trudu. Bez trudu też od razu rozpoznałam naszą niefortunną niańkę. Bawiła się z dwuletnim dzieckiem w ogrodzie, wystarczyło nacisnąć furtkę i wejść. Ona też mnie poznała i mój widok wyraźnie ją speszył. Pewnie wystraszyła się, że będę ją winić za postępek Kota, a przecież nie mogłabym jej niczego zarzucić. Ona też swoje przeżyła. Musiała się nieźle przerazić… Mam nadzieję, że Adam dopłacił jej coś do umówionej sumy.

– Joanno, chcę znać całą prawdę – powiedziałam od razu na przywitanie, gdyż nie lubię niczego owijać w bawełnę. – Ale naprawdę całą. Ze szczegółami.

– To pani już wie… Skąd? – spytała, wyraźnie zdenerwowana.

– Od męża. Właśnie wróciłam z lotniska i po rozmowie z Adamem przybiegłam prosto do ciebie. Muszę dokładnie znać przebieg tego wypadku…

– Wypadku? – powtórzyła ostrożnie i leciutko zarumieniła się.

– No, chcę wiedzieć, jak doszło do tego, że Jonyk jest aż tak poharatany. Ale zacznij od początku. Mów wszystko, po kolei, z najdrobniejszymi szczegółami – zarządziłam. „Gdy chcę, to wydaję nieomal królewskie rozkazy” – pomyślałam przelotnie.

– Więc pani dziecko jest poharatane…?! To znaczy, że coś mu się stało, gdy pani wyjechała? – zawołała Joanna wyraźnie zszokowana i zaraz pacnęła się ręką w usta, jakby chciała je sobie sama zamknąć.

– To ty niby tego nie wiesz? Jak to? Przecież byłaś przy tym! – teraz z kolei ja się zdziwiłam.

– Coś się stało? Coś złego? Niby gdy ja tam byłam, tak? No to ja już powiem pani całą prawdę, ale przysięgam, że nie jestem winna. Bo ja jej uwierzyłam – powiedziała zdenerwowana Joanna.

– Komu uwierzyłaś? – zdziwiłam się.

– No, tej pani kuzynce. Wzięła mój adres z agencji, przyszła do mnie do domu na dzień przed rozpoczęciem pracy u pani i powiedziała, że chce wam zrobić niespodziankę. Właśnie przyjechała z zagranicy. Więc już nie jestem potrzebna do opieki nad pani dzieckiem, bo ona się nim sama zajmie. No i jeszcze dodała, że pani mąż o wszystkim wie.

– Ja nie mam żadnej kuzynki. – szepnęłam zdezorientowana. – Widzisz, ja jestem z domu dziecka i nawet nie wiadomo, kim byli moi rodzice… Nigdy nie znaleziono mojej dalszej rodziny, ani wujków, ani ciotek, więc nie mam też nawet najmarniejszej kuzynki. Dlaczego nie zatelefonowałaś do mnie od razu, żeby sprawdzić, czy ta dziewczyna mówi prawdę?

Joanna nagle wybuchnęła płaczem.

– Bo ona dała mi ten piękny złoty pierścionek! Skusiłam się…

… i wyciągnęła przed siebie dłoń. Na serdecznym palcu dziewczyny tkwił wyjątkowo oryginalny pierścień, z dużym czarnym kamieniem. Był rzeczywiście piękny i coś mi przypominał, choć nie pamiętałam co. Zresztą to akurat nie było ważne.

– Jak wyglądała ta dziewczyna? – spytałam, już z góry wiedząc, że to też nie ma żadnego znaczenia. Pewnie i tak jej nigdy nie spotkam. „W każdym razie nie TU” – pomyślałam idiotycznie, tak jakby było jakieś TAM…

– Ona była taka ot, właściwie ładna, wysoka, ciemnowłosa. Miała bardzo białe zęby, jak jakaś aktorka… No i robiła miłe wrażenie, więc jej uwierzyłam. A nie powinnam. Czy dziecku stało się coś poważnego? – wyjąkała Joanna przez łzy. Nie dziwię się, że płakała. W końcu gdybym się uparła, mogłam powiadomić o jej lekkomyślności agencję i zapewne by ją z niej wyrzucono.

– Moje Dziecko podrapał Kot – powiedziałam sucho, a potem obróciłam się na pięcie, nie reagując na zdziwiony i zarazem pełen ulgi wyraz twarzy Joanny. Przypomniałam sobie, że ta dziewczyna mówiła mi, że lubi zwierzaki i ma w domu dwa koty. Nic dziwnego, że kocie zadrapania nie wydały jej się czymś poważnym! Ale ona nigdy nie widziała naszego kocura, jego łap i pazurów, no i nie widziała ran Jonyka…

– Więc „twoja” Joanna jest blondynką, tymczasem „moja” była brunetką. Psiakrew, że też nie wpadło nam do głowy, żeby ją sobie opisać, skoro pofatygowałaś się przed wyjazdem, żeby ją pooglądać. Ta druga dziewczyna mogła być przecież groźną psychopatką! – orzekł Adam, po wysłuchaniu mojej relacji. – Pierścionek zapewne jest z tombaku, a nie ze złota. Mimo to chciałbym wiedzieć, dlaczego jej tak zależało, żeby przyjść do naszego domu…