Выбрать главу

– A w takim razie Kotyk… – zaczęłam, pełna niepokoju i urwałam. Adam dokończył za mnie:

– W takim razie może to Kotyk poranił Jonyka, a może nie on. Jeśli nie on, to jednak trzeba byłoby powiadomić policję – zamyślił się Adam. – A jeżeli ta dziewucha naprawdę biła Kotyka motyką…

Drgnęłam, myśląc o makabrycznych śladach, doskonale widocznych na motyce do tej pory. Adam tymczasem głośno myślał:

– Może Kotyk, śmiertelnie przez nią zraniony, zawlókł się gdzieś i… i już nie żyje.

– Nie! – przerwałam mu. – Nie!

Przez wiele godzin szukałam naszego kocura. Obiegłam dookoła wszystkie domy, ogrody i różne dziwne miejsca, nawołując go głośno. Wszędzie porozklejałam karteczki, obwieszczające, że zginął trójkolorowy, wielki kot, wabi się Kotyk, na znalazcę zaś czeka bardzo wysoka nagroda. Zatelefonowałam nawet na policję i do schroniska dla zwierząt.

– Jeżeli żyje… – zaczął ostrożnie Adam, gdy wieczorem, znękana, kładłam się spać w pokoju dziecinnym. Jonyk znowu płakał i obracając główką na wszystkie strony, najwyraźniej szukał Kotyka. – Jeżeli żyje, to sam wróci – zakończył mąż. – A jeżeli nie, no to…

Zgasiłam światło i wzięłam Jonyka za rękę, żeby go uspokoić. Jego mała piąstka natychmiast zacisnęła się na moim serdecznym palcu…

…spadaliśmy. Tym razem tylko we dwoje: ja i Jonyk. Dziwne, że udało się to nam bez Kota – pomyślałam, lecąc.

– Nareszcie! – zawołał Alef zamiast powitania. Zresztą już wiedziałam, że gdy znikamy, to nie całkiem. – Co ja tu z wami miałem…! Musiałem cały czas opiekować się i tobą, i Jonykiem, bo zniknięcie Kota szalenie was zdenerwowało. A gdy jeszcze potem ty zniknęłaś bardziej niż zwykle… Przez jakieś cztery dni był z nami tylko twój cień. Owszem, jeśli trzeba, to umiem opiekować się niemowlętami, ale to nie jest moja specjalność.

Szliśmy mrocznym, gęstym lasem. Jonyk tańczył przed nami lub z tyłu i ciągle nawoływał Kota.

– Daj wreszcie spokój – mruknął do niego Alef. – Daj spokój, bo głowa mnie boli od twoich wrzasków.

Widziałam jednak, że był zdenerwowany. Z opowieści Włóczęgi wynikało, że Kot zniknął dwa dni temu. Przez chwilę jeszcze widniał między nami zarys jego sylwetki, zacierający się jednak coraz bardziej i bardziej, a potem Kotyk rozpłynął się w powietrzu! I to na naszych oczach! Było to w tydzień po opuszczeniu przez nas Królestwa Kielichów. Wcześniej ustaliliśmy, że teraz z kolei udamy się do Królestwa Denarów. Mieliśmy nadal zbierać wieści o Księciu Thet, których nie uzyskaliśmy w Królestwie Kielichów, i szukać śladów Złocistego Ptaka, Który Wszystko Wie i Wszystko Widzi. Gdy zniknął Kotyk, Alef jednak zmienił decyzję i zaczęliśmy się kierować ku Wieży Czterech Królestw. Nas o zdanie nie pytał, gdyż „cienie trudno pytać o cokolwiek” – wyjaśnił ze złością.

– A dlaczego idziemy do tej jakiejś Wieży? – spytałam.

– Bo tylko Wisielec może nam powiedzieć, czy Kotyk jeszcze żyje. Przy okazji powie nam, czy żyje też Książę Thet, czy raczej niepotrzebnie się trudzimy. Widzisz, Wisielec fantastycznie wprost tropi ślady życia i śmierci, właśnie dlatego, że jest Wisielcem.

Wzdrygnęłam się:

– Nie chcę oglądać żadnego Wisielca!

– Ależ chcesz, skoro tylko on zna prawdę – odparł Alef z niezmąconym spokojem. – Zaraz za tym lasem ujrzysz Wieżę. Wisielec wisi na jej szczycie. Pogadamy sobie z nim…

– Wisi i żyje?! Myślałam, że Wisielec to jego przezwisko, ale że z tym wiszeniem to jakiś żart! – zdenerwowałam się. – Jeśli to jest prawdziwy wiszący i martwy Wisielec, to naprawdę nie chcę go oglądać!

– Ten wisi sobie tutaj, powieszony nietypowo, bo za nogę, a wisi tak już od wieków. A jeśli idzie o jego martwość… hm… on żyje i zarazem nie żyje. Jest cały czas na granicy życia i śmierci, i dlatego tylko on wie, czy ktoś jest jeszcze wśród żywych, czy już wśród martwych. Kotyk, gdy jeszcze był z nami, też planował wyprawę do Wieży, choć nie od razu. Najpierw chciał zasięgać języka w kolejnych Królestwach. No, ale jego zniknięcie zmienia sytuację. Zanim zaczniemy go szukać, musimy wiedzieć, czy w ogóle warto – wyjaśniał mi cierpliwie Alef.

Jonyk ruchem tancerza na lodowisku poszybował nagle naprzód, więc i ja przyśpieszyłam kroku. Las właśnie się skończył i między drzewami, na rozległej polanie, ujrzałam sterczącą ponuro niezwykle wysoką Wieżę. Jej czubek krył się już w chmurach i wcale nie było go widać.

… nie. Wieża Czterech Królestw nie robiła miłego wrażenia. Była zbudowana z ciemnego kamienia, który tu i ówdzie się kruszył. Jej wysokość zdumiała mnie. Włóczęga opowiedział nam, że według zamierzeń nieznanych budowniczych Wieża miała dosięgnąć nieba i Boga. Nie dosięgła, a jej budowniczowie pokłócili się. Paru z nich zostało zabitych w bójce. Przez kilkanaście wieków Wieża stała pusta, martwa, więc nikt nie wiedział, że na jej szczycie tkwi Wisielec, czyli jeden z ostatnich żyjących-nieżyjących budowniczych. Powiesili go skłóceni koledzy, gdyż usiłował przerwać ich bójkę. Niestety, nie miał go kto uwolnić, gdyż ci, co pozostali, pozabijali się wzajemnie. W stanie pół życia i pół śmierci Wisielec jednak przeżył-nie przeżył. Odkryli go rycerze z Czterech Królestw, gdy razem z przedstawicielami Cesarstwa wyznaczyli sobie tu spotkanie, w celu przerwania wyniszczającej kraj wojny. Wojna trwała już kilkanaście lat i nikt nie pamiętał, kto z kim walczy i o co. Właśnie wówczas Cesarstwo zdecydowało, że od tej pory Wieża będzie miejscem rozejmu i nikt nie ma prawa zabić tu nikogo, nawet największego wroga. Rozkazowi ówczesnego Cesarza Podporządkowali się nie tylko ludzie, ale i zwierzęta, czarodzieje i demony, słowem, wszyscy i wszystko, co tylko zamieszkiwało w Cesarstwie.

– A Gimel? – spytałam, przypominając sobie to tajemnicze imię.

Włóczęga zmarszczył brwi i rozejrzał się niespokojnie.

– Nie wymawiaj jej imienia, gdy nie musisz. Z Gimel nigdy nic nie wiadomo. Ona sama sobie wyznacza prawa.

– A Złocisty Ptak? – spytałam znowu.

– Jedyną istotą, której Gimel się obawia, jest Złocisty Ptak. Gdyż On jest ponad wszystkim, jest Początkiem i Końcem. Ale nikt nie wie, gdzie Złocisty Ptak ma swoje gniazdo, choć od prapraprawieków wszyscy go szukają. Bo w tym gnieździe jest Rubinowe Jajo…

– Rubinowe Jajo? – zdziwiłam się.

– W twoim świecie Rubinowe Jajo, zniesione przed wiekami przez Złocistego Ptaka, nazywano kamieniem filozoficznym. I też poszukiwano go przez długie wieki. Bo Rubinowe Jajo spełnia wszystkie życzenia i odpowiada na wszelkie pytania. Nikt nigdy go nie znalazł…

Umilkliśmy, gdyż właśnie stanęliśmy u stóp Wieży. Nie miała ona okien ani bramy w normalnym znaczeniu tego słowa. Miała jednak nieregularne otwory, niektóre przy samej ziemi, inne zaś wyżej. Jonyk wpłynął jednym z nich i poszybował ku górze, jak mały ptaszek. Nas czekało pokonanie kilkunastu tysięcy zniszczonych kamiennych schodów i już z góry wyobraziłam sobie tę męczarnię…

Jednak w Wieży działała jakaś magia, gdyż wydawało mi się, że pokonuję naraz po sto schodów, jakby ciągnęła mnie dziwna siła. A może sprawiał to niezwykły wicher, który, choć na dworze było spokojnie, wiał tu cały czas, i to niemal z huraganową mocą? Wypychając nas cały czas ku górze?

– Czy zawsze jest tu tak okropnie?! – wrzasnęłam do Włóczęgi, aby przekrzyczeć świst wichru. Jonyk mknął przed nami jak kolorowa piłka.

– Nie, zawsze jest gorzej! – odkrzyknął Alef. – Ten wicher nas wznosi, jest nam pomocny. Inni na ogół wspinają się całymi tygodniami, a wiatr ich spycha! Widocznie Duchy Wieży ci sprzyjają!

– Mnie? – zdziwiłam się.

– Tobie lub Jonykowi. Albo wam obojgu! Lub naszej sprawie! – krzyknął Włóczęga. – Bywałem tu z takimi, których w ogóle nie wpuściły! Spadali z paru tysięcy schodów, niekiedy nawet łamiąc karki!

Z pomocą wichru osiągnęliśmy szczyt Wieży w cztery godziny zamiast w zwyczajowe, jak twierdził Alef, dziesięć dni. Gdy stanęliśmy na górnej platformie, stwierdziłam, że Wieża naprawdę sięgała chmur – choć nie sięgnęła nieba. Co dziwniejsze, miałam uczucie, że jest z niej do nieba dalej niż z ziemi.