– … ponieważ Bóg nie lubi tych, którzy myślą, że wchodząc po drabinie, są bliżej Niego – uśmiechnął się Alef w odpowiedzi do moich myśli. – Bóg jest wszak wszędzie, a nie tylko w górze.
Dopiero teraz zobaczyłam Wisielca. Na nasz widok wyraźnie się ożywił, a wcześniej zwisał nieruchomo, prawie jak martwy. Rzeczywiście wisiał powieszony za nogę, na grubym powrozie i na prawdziwej szubienicy. I nie był straszny. Był niesamowity. Mimo to Jonyk tańczył wokół niego jak zauroczony, w ogóle się nie bojąc. Gdy podeszłam, usłyszałam, że, frunąc wokół twarzy Wisielca, mój synek zadaje mu szeptem pytanie:
– Czy Kotyk żyje? Czy nic mu się nie stało? Czy mój Kotyk nie umarł?
Jonyk pytał szeptem, gdyż bał się usłyszeć głośną, złą odpowiedź. Wisielec zaś, także szeptem, odparł:
– Nie widzę go wśród martwych… – zamyślił się, jakby zapadł się w sobie i po dłuższej chwili dodał: – Ale nie widzę go też wśród żywych.
– Co to znaczy? – spytałam zaniepokojona.
– To znaczy, że nie ma go w Cesarstwie – odparł włóczęga.
– Więc gdzie jest?! – wrzasnęłam zirytowana. Wisielec wzruszył ramionami.
– Skoro nie ma go TU…
– A Książę Thet? – spytałam.
– Nie widzę go wśród martwych – powiedział Wisielec, lecz zaraz zasępił się, dodając: – Ale nie widzę go wśród żywych.
– Czyli że nie ma ich NIGDZIE – zezłościłam się.
– Uspokój się. Nie każdy potrafi zrozumieć Wisielca. To nie takie proste. On mówi zagadkami – szepnął Alet – Ale dzięki niemu wiemy przynajmniej tyle, że obaj, i Kotyk, i Książę, nie są martwi. To jest chyba najważniejsze.
– Ale co to znaczy, że nie są żywi?! – zdenerwowałam się znowu.
– Wisielec nie powiedział, że oni nie są żywi, tylko że nie widzi ich w tutejszej krainie żywych – powiedział z naciskiem Alef. – To może oznaczać, że Kotyk jest teraz TAM, w twojej krainie. Ona zaś…
– Gimel? – szepnęłam trwożnie. Alef tylko skinął głową.
– … Ona rozsnuła magię, która kryje Księcia Thet tak, że jest niewidoczny dla oczu śmiertelnika. Przebywa w Krainie Mroku, królestwie Gimel, pomiędzy śmiercią a życiem. Tam wzrok Wisielca nie sięga. Od początku tak myślałem. Kot też to podejrzewał. Dlatego tym razem jako ochotnika przyprowadził niemowlę, które widzi wszystko takie, jakie jest, bez względu na wysiłki magów czy czarownic. Bo w Krainie Mroku widzą tylko nieliczni, rozumiesz?
– Nie. I na razie nie chcę rozumieć – burknęłam. – Za to muszę się śpieszyć. Bo skoro Kotyk od dwóch dni, poraniony motyką, przebywa gdzieś w moim świecie, to być może zostało mu już niewiele czasu, aby rzeczywiście przejść do krainy martwych. Im szybciej go znajdę… jeśli w ogóle znajdę… tym większe ma szansę.
– No to spadamy! Pomagaj, Złocisty Ptaku! – krzyknął Włóczęga, i rzeczywiście zaczęliśmy w trójkę spadać w czeluść Wieży. Huraganowy wicher, który pomógł nam wspiąć się w górę, tym razem działał jak poduszka powietrzna. Spadanie wydawało się wręcz przyjemne…
– … nie chciałem cię budzić, ale dziś już naprawdę muszę iść do szpitala – szepnął mąż tuż nad moim uchem i postawił mi na kołdrze tackę ze śniadaniem. Odruchowo spojrzałam na Jonyka: spał z rączką tak ułożoną, jakby: obejmował nią wielkiego Kota.
– Idź spokojnie, damy sobie radę – odszepnęłam Adamowi. – Będziemy szukać Kotyka. A z tą wścieklizną to jak? Kiedy trzeba by szczepić Jonyka?
– Jeśli nie wyjaśni się, czy Kotyk jest chory, czy zdrowy, żywy czy martwy, to najpóźniej pojutrze Jonyk musi dostać serię zastrzyków. Na wszelki wypadek, sama rozumiesz… Nie wolno nam ryzykować. Może ta twoja Joanna skłamała, a właśnie ta moja, fałszywa, mówiła prawdę? I Kotyk naprawdę zaatakował Dziecko?
Pokiwałam głową, bo rzeczywiście wszystko mogło się zdarzyć i każda wersja mogła okazać się prawdziwą. Ale po co w ogóle zjawiła się w naszym domu ta druga, fałszywa Joanna…?
Rozdział siódmy
Po śniadaniu wzięłam Jonyka do ogrodu, a że zaczęło się już lato i ziemia była nagrzana, położyłam go na kocyku, wśród kwiatów i traw. Sama usiadłam obok, na leżaku, z mocną kawą – i zaczęłam myśleć. Moim zdaniem, szukanie zawsze powinno się zaczynać albo od modlitwy do świętego Antoniego, albo od myślenia: gdzie mogę znaleźć to, co mi zginęło… Tak mnie uczył mistrz logiki, Adam, i chyba miał rację.
Postanowiłam połączyć obie te metody, więc uruchomiłam mózg i odmówiłam modlitwę do świętego Antoniego, patrona rzeczy zagubionych:
Święty Antoni Padewski,
obywatelu niebieski,
niech się stanie wola Twoja:
niech się znajdzie zguba moja…
Święty Antoni już wiedział, że na niego Uczę. Zatem przeszłam do myślenia. Musiałam zanalizować dwa warianty: pierwszy, że fałszywa Joanna mówiła prawdę, i drugi, że kłaniała. Najpierw załóżmy zatem, że Kotyk rzeczywiście zachorował na wściekliznę, pogryzł Jonyka, a ta obca dziewczyna uratowała Dziecko i zraniła zwierzę motyką. Co mogło dziać się dalej? Kotyk, jak każde wściekłe stworzenie, nie uciekałby przed ludźmi, lecz wręcz przeciwnie: lgnąłby do nich. Zatem ktoś z naszego osiedla powinien natknąć się na niego! Tym bardziej że trudno byłoby go przeoczyć, skoro jest nietypowo wielkim kociskiem…
Wzięłam do ogrodu telefon i po kolei wykręciłam numery najbliższych i dalszych sąsiadów, pogotowie weterynaryjne, policję i schronisko dla zwierząt… Nie, nigdzie w okolicy nikt nie dostrzegł wściekłego kota. Przeciwnie, od paru lat na tym terenie nie było i nie ma wścieklizny… Nie, nie ma nawet wściekłych myszy. Wykluczone. Tak, jeśli kot był szczepiony przeciw wściekliźnie, to szczepionka powinna chronić zarówno jego, jak i jakieś podrapane czy pogryzione przez niego osoby. „A czyj to kot?” – zaciekawił się ktoś na policji. Odłożyłam słuchawkę.
Rozpatrzmy teraz wariant drugi: Kotyk wcale się nie wściekł, a w dodatku w ogóle nie pogryzł i nie podrapał Jonyka. Nie pogryzł, bo go kocha i ja to wiem. Ba, wyczuwa tę miłość nawet mój racjonalnie myślący mąż i najwyraźniej nie wierzy, że Kotyk mógł zaatakować naszego synka. W takim razie Dziecko skrzywdziła, raniąc jakimś ostrym narzędziem, tajemnicza dziewczyna, której aż tak zależało na tym, by dostać się do naszego domu, że prawdziwej Joannie ofiarowała pierścionek z czarnym kamieniem. Ten czarny kamień coś mi przypominał, lecz nie wiedziałam co…
W każdym razie zakładam teraz, że fałszywa Joanna zraniła Kotyka. Może nawet go zabiła. Na motyce zostały przecież zaschnięte ślady krwi i kociej sierści… Nie było ich mało… Ale Kotyk jest ogromnym, silnym stworzeniem, więc może udało mu się uciec przed ostatecznym ciosem? Jeśli tak, to gdzie poczołgałby się ranny, cierpiący Kot…? Jakiego miejsca by szukał, aby być bezpiecznym przed swoim wrogiem, a zarazem żebyśmy mieli szansę go znaleźć? Gdyż to był naprawdę wyjątkowo mądry Kot i nie robił niczego bez sensu…
Skończyłam pić kawę, zerknęłam na Jonyka, bawiącego się z zapałem własnymi nóżkami, i zaczęłam obchodzić uważnie cały ogród. Tym razem szukałam śladów krwi Kotyka. Skoro były na motyce, powinny też być gdzieś tu, w ogrodzie! Przez ostatnie trzy dni nie padał deszcz, ziemia była sucha, więc jeśli Kotyk zostawił ślady, muszę je znaleźć! Opadłam na czworaki i zaczęłam intensywnie wpatrywać się w grządki, ścieżki, rośliny.
Oczywiście, jak zawsze, gdy cokolwiek się działo, nasza sąsiadka zza płotu natychmiast się pojawiała! Teraz też objawiła się, jak zwykle w papilotach na głowie i – mimo ciepła – w pikowanym różowym szlafroku. Widząc mnie w nietypowej dla człowieka postawie, od razu zaczęła warować przy płocie, czekając, co też jeszcze się wydarzy! Ale miałam ją w nosie.
…i znalazłam. Najpierw dostrzegłam ciemne, purpurowe plamy wśród gęstej trawy, potem na paru kwiatach, a wreszcie na gałęziach róży. Ślady prowadziły w stronę tarasu. Teraz odnajdywałam następne… i znowu… znowu… A potem ujrzałam kolejną, większą plamę zaschniętej krwi i… ślady pazurów na beczce z deszczówką! Do diabła, od razu powinnam na to wpaść! Kotyk wiedział, że powinnam pamiętać o beczce!