Выбрать главу

„… chyba, że to ONA zawlokła go do beczki i utopiła. Kotyk się bronił, stąd te pazury na drewnie” – pomyślałam spanikowana. Zanim zdecydowałam się wleźć do beczki, zawróciłam z powrotem w jeszcze większej panice: zostawiłam przecież Jonyka samego, na kocyku, z drugiej, niewidocznej teraz strony domu! A jeśli TA DZIEWCZYNA wróci i znów zrobi mu jakąś krzywdę?

Teraz działałam błyskawicznie: wróciłam, złapałam Dziecko i pognałam do beczki. Kątem oka dostrzegłam, że podekscytowana sąsiadka tak się przechyliła, aby lepiej nas widzieć, że prawie wpadła przez płot do naszego ogrodu. Nie zważałam na nią. Jonyka położyłam w trawie u podnóża beczki, a sama już nie wspinałam się na nią nieporadnie jak wtedy, gdy znalazłam Kotyka, lecz podstawiłam drabinkę, która na szczęście stała obok, oparta o ścianę.

– Dziecko leży gołe na ziemi i dostanie wilka! – wrzasnęła sąsiadka zza płotu.

– A potem ten wilk panią pożre! – odwrzasnęłam, wspinając się na suchą, ciepłą od słońca beczkę. To była pestka w porównaniu do tamtej zimowej wspinaczki. „Jakiej zimowej wspinaczki?” – zdziwiłam się przelotnie. Tym razem w gardle dławił mnie strach. Panicznie bałam się ujrzeć pływające na powierzchni deszczówki zwłoki Kotyka…

… na powierzchni jednak nie pływały żadne zwłoki, bo w beczce w ogóle nie było wody! Tylko na dnie stała płytka, może kilkunastocentymetrowa kałuża. W beczce nie było też tak ciemno, jak powinno być, gdyż klepki się rozeschły i przez szpary wpadały promienie słońca. To dlatego wyciekła z niej woda. Mieliśmy szczęście… W półmroku zobaczyłam bezwładne, wielkie cielsko kocura, leżące w płytkiej kałuży. – Rozeschnięcie się beczki uratowało Kotyka od utonięcia. Ale czy uratowało od śmierci…? Gdybym wcześniej wpadła na myśl szukania go tutaj! Może jeszcze wczoraj była jakaś szansa!

– Nie żyje, nasz Kotyk nie żyje – wymamrotałam i łapiąc za skraj beczki, opuściłam się na jej dno. Przyłożyłam głowę do ciała Kota, aby posłuchać, czy przypadkiem nie oddycha. Rany boskie! ODDYCHAŁ! Oddech był wprawdzie tak słaby, że ledwo poruszał pojedyncze włoski wilgotnego futra kocura, ale był!

O wiele trudniejsze niż wejście do beczki okazało się wyjście. Wzięłam się na sposób: chwytając skraj beczki jedną ręką, drugą złapałam drabinkę. Udało mi się spuścić ją do środka. Przytulając z całej siły Kotyka, wylazłam na górę. Usiadłam na skraju beczki i znów jedną ręką odwróciłam drabinkę, wystawiając ją na zewnątrz, i zlazłam.

Gdy położyłam Kotyka koło Jonyka, w trawie, ku mej radości i Jonyk, i Kotyk dosłownie na ćwierć sekundy zerknęli ku sobie jednym, tym zielonym okiem. Jonyk coś zagaworzył niezrozumiale.

– Co tam pani ma? – zawołała sąsiadka, nie mogąc wytrzymać z ciekawości.

– To moje drugie dziecko. Nieślubne! Dlatego trzymam je w beczce! – krzyknęłam. Teraz pognałam do telefonu i wezwałam pogotowie weterynaryjne.

– Żądam najlepszego lekarza! Cena nie ma znaczenia! – darłam się do słuchawki. Drugi telefon wykonałam do męża. Obiecał natychmiast przyjechać.

– Zrobicie z tym weterynarzem konsylium – powiedziałam surowo i odłożyłam słuchawkę.

Adam przyjechał jeszcze przed specjalistą z pogotowia dla zwierząt, w dodatku przytomnie wiózł już przygotowaną kroplówkę. Okazała się niezbędna, gdyż Kotyk, ułożony teraz na kanapce w pokoju dziecinnym, miał prawie białe dziąsła.

– … a to oznacza szok albo wylew. No, jest jeszcze trzecia możliwość, że po prostu stracił sporo krwi. Jeśli to wylew, to nie ma szans – mruknął Adam.

Weterynarz, gdy przyjechał, skoncentrował się już tylko na zewnętrznych ranach kocura. Było ich sporo. Trzy na tyle głębokie, że trzeba było założyć szwy. Na szczęście wielki łeb Kotyka był cały, choć mocno poharatany. Prawa przednia łapa była złamana, więc została włożona w specjalny, elastyczny półgips.

– Teraz możemy już tylko czekać. Przetrzyma tę noc albo nie – oświadczył weterynarz, inkasując sowite honorarium. – Będę tu jutro w południe. Jeśli będzie do czego przyjeżdżać…

– Nie do czego, lecz do kogo. I będzie – odparłam z naciskiem.

Było oczywiste, że tej nocy muszę spać w pokoju dziecinnym, z Kotykiem i z Jonykiem.

– Ale na czym, skoro Kot zajął kanapę? – spytał mąż.

– Na materacu dmuchanym – mruknęłam.

– Nie sądzę, żebyś musiała się aż tak męczyć. Twoja obecność nie ma znaczenia. Kotyk albo wyżyje, albo nie.

– Moja obecność ma znaczenie – powiedziałam z przyganą.

Na noc odłączyliśmy kroplówkę, a ja wsunęłam swój materac między kanapę a dziecinne łóżeczko. Jonyk, leżący na brzuszku, ciągle podnosił główkę i obracał ją w stronę Kotyka.

– On w tym wieku jeszcze niewiele widzi. To złudzenie. W rzeczywistości Jonyk bardziej czuł Kotyka, gdy razem spali, niż go widział – zwrócił mi uwagę Adam. – Wątpię, by umiał odróżnić go od innych kotów.

– On go widział – zniecierpliwiłam się. Nauka nauką, a ja swoje wiem.

Adam wyszedł i zgasiłam światło, zostawiając świecącą się nocną lampkę w odległym kącie pokoju. Postanowiłam, póki nie usnę, nie spuszczać oka z Kotyka. Muszę widzieć, czy jeszcze oddycha… Na razie kocie futerko ciągle delikatnie drżało, w rytm słabego oddechu.

… drżało na szczęście nadal i Alef powiedział: – Zrobimy mu nosze z mojej peleryny i z dwóch kijów. Nie mamy czasu. Musimy jak najszybciej dotrzeć do Źródła Kaph. Na szczęście znajduje się ono blisko Wieży Czterech Królestw.

– Co to jest Źródło Kaph? – spytałam, gdy już wiązaliśmy pelerynę Włóczęgi wokół dwóch grubych gałęzi. Jonyk tańczył wokół, dotykając co jakiś czas futerka Kotyka, jakby chciał się upewnić, że kocur naprawdę znowu jest z nami.

– Jedni nazywają to źródło Kołem Fortuny, gdyż jest ono okrągłe jak koło. Ja wolę jego starą, tradycyjną nazwę: Źródło Kaph. Gdy się w nim obmyjesz, wracają ci siły jego woda leczy rany i skaleczenia, a wypita, przywraca przytomność umysłu. Stąd nazwa Koło Fortuny, gdyż są na przykład rycerze, którzy piją tę wodę i obmywają się nią przed wyprawami po wojenne łupy. Z kolei różni awanturnicy i rabusie przybywają tu, zanim ruszą na poszukiwanie skarbów lub łupieżcze napady. Ale zwykli ludzie i zwierzęta pielgrzymują do Źródła, gdy są słabi, gdy zagraża im śmierć z ran lub choroby, z którą medycy nie mogą sobie poradzić. Źródło Kaph jest też zawsze oblężone, gdy w Cesarstwie panuje zaraza.

– A co będzie, gdy natkniemy się przy nim na jakiegoś awanturnika? – zaniepokoiłam się.

– Istnieje niepisane prawo, iż przy Źródle wszyscy są nietykalni.

Prawie biegliśmy przez las, niosąc Kotyka na prowizorycznych noszach. Oczy miał ciągle zamknięte, a podniebienie, gdy je sprawdziłam, zgodnie z tym, czego uczył mnie mąż, ciągle białe zamiast różowego. Biegnąc, dziękowałam Bogu, że jestem wysportowana i silna, gdyż Włóczęga narzucił takie tempo, że niewielu by je wytrzymało. Nie było ono problemem dla Jonyka, który to tańczył, to płynął w powietrzu, to znów po ptasiemu frunął, ale ja ciągle potykałam się o wystające korzenie czy leżące w poprzek przegniłe gałęzie. Alef bowiem nie trzymał się ścieżki, lecz gnał na Przełaj przez las.

Nie wiem, jak długo tak pędziliśmy, gdyż straciłam rachubę, ale nagle moim oczom ukazała się miękka, zielona, nakryta gładkim mchem polana, pośrodku której, jak ogromna złota moneta, lśnił krąg Źródła Kaph. Jego woda robiła wrażenie złotej, lecz chyba sprawiały to promienie słońca. Przy źródle, w pewnej odległości od siebie, stali dwaj rycerze w różnych zbrojach. Na jednej z nich widniały znaki skrzyżowanych mieczy, a na drugiej grube buławy. Domyśliłam się, że z mocy źródlanej wody korzystają teraz rycerze z Królestwa Mieczy i Królestwa Buław. Czyżby wybierali się na wojnę…? Kawałek dalej wodę piły dwa jelenie, a tuż obok nich potężny, ranny w łapę niedźwiedź. Kilka metrów dalej, przykucnięty, obmywał się wodą jakiś chudy, ranny w ramię, włóczykij, w którego twarzy jednak nie dopatrzyłam się inteligencji Alefa, tylko chytrość i żądzę posiadania.

„Pewnie wraca z jakiejś złodziejskiej wyprawy” – pomyślałam, widząc przy nim brudny worek, wypełniony przedmiotami o nieregularnych kształtach.

Rzeczywiście, nikt z obecnych nie zwrócił na nas uwagi, gdy zbliżyliśmy się z Kotykiem na noszach i położyliśmy go jak najbliżej magicznej, życiodajnej wody. – Ty go napoisz, a ja obmyję – nakazał Alef. Brałam w dłoń złotą wodę i, rozchylając drugą ręką pyszczek kocura, wlewałam do niego strużkę płynu. Większość, niestety, wsiąkała w mech. Alef tymczasem brał wodę dużymi garściami i zmywał nią ciało Kota, tak że jego futerko wkrótce stało się całkiem mokre. Jonyk krążył nad nami, to patrząc z ciekawością na źródło, to znów przyglądając się Kotu. Dostrzegłam kątem oka, że mój, już prawie pięciomiesięczny, tańczący synek budzi ciekawość rycerzy i podejrzanego włóczykija, lecz gdy na nich spojrzałam, odwrócili obojętnie głowy, zgodnie z niepisanymi prawami Cesarstwa. Wkrótce Rycerz Mieczowy oddalił się w głąb lasu, gdzie usłyszałam parskanie jego konia, a zaraz po nim, udając się w przeciwną stronę, uczynił to Rycerz Buław. Tętent ich koni oddalił się.